Bezbronni pychą własnych elit
Tomasz Wróblewski 14.12.2015

Gdyby jedyną miarą dobrobytu i bezpieczeństwa było tempo, w jakim zbliżamy się do najbogatszych państw Europy, to perspektywy wyglądałyby nieźle. Już dziś w połowie tak bogaci, rośniemy szybciej niż średnia strefy euro. Z prężnym rynkiem wewnętrznym, imponującym eksportem – jesteśmy jedynym państwem europejskim z nadwyżką handlową z Niemcami. A co ważniejsze, pierwszy raz od rewolucji francuskiej siły destrukcji traktują nas łagodniej niż bogaty Zachód.

Oszczędzony był nam kryzys imigracyjny, kryzys tożsamości narodowej, plagi zamachów terrorystycznych i demoralizacji socjalnej. Choć to, co osłabia Europę, tylko pozornie nas wzmacnia. Gwarantem naszego dobrobytu pozostaje silna Europa – antidotum na rosyjskie przekleństwo. Groźniejsze z każdym dniem i z każdym kolejnym konfliktem. W 2008 r. Rosja potrzebowała pięciu tygodni do zmobilizowania 150 tys. wojsk bojowych mogących wkroczyć do Gruzji. Dziś, według Center for Strategic and International Studies, w ciągu 72 godzin, bez wzbudzania podejrzeń, może przerzucić 60 tys. komandosów do sąsiedniego państwa.

To tyle czasu, ile prezydent Obama potrzebował na zajęcie stanowiska w sprawie strącenia rosyjskiego samolotu w Turcji. A po tygodniu, czyli tyle, ile przywódcy państw NATO potrzebowali na zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia, jest już zwykle za późno – na wszystko jest za późno. Tak było w Osetii, tak było na Krymie, ale tak też było przez całe lata 40. poprzedniego wieku. Ten sam scenariusz, gdzie Sowieci, bez walki, wchłaniali kolejne państwa Europy Środkowej. Silni słabością i bezmyślnością Zachodu. Każdą bezbronną granicę, każdą ułomność charakteru przywódców i lewicowe poczucie winy zachodnich elit obracali w swój oręż.

Potem były jeszcze lata 70. – Wietnam, Angola, Chile, Afganistan. I dziś znowu Europa Zachodnia, wewnętrznie rozdarta i pozbawiona moralnego kompasu, może być dla nas najpoważniejszym zagrożeniem. Polityczna poprawność ogołociła takie kraje jak Francja nie tylko z symboli, ale i z tożsamości narodowej. Skoro im samym coraz trudniej jest wykazać, kto jest Francuzem, to tym trudniej imigrantom aspirować do bycia Francuzem, Niemcem czy Belgiem.

Imigracja nie jest złem, przeciwnie, przez stulecia była siłą napędową cywilizacji. Pod warunkiem że nowa ojczyzna inspiruje, zachęca do naśladowania, kreowania i wzbogacania przejmowanej kultury. Pod warunkiem że wysokość miesięcznego zasiłku nie jest jedyną wartością zaszczepianą przyjezdnym. Systemy socjalne Szwecji, Belgii, Austrii pękają dziś w szwach. Gospodarki duszą się z braku nowej siły roboczej, dla której nie ma już miejsca w miastach obleganych przez uchodźców. Same tylko Niemcy wzięły w tym roku na garnuszek więcej uchodźców niż Stany Zjednoczone w ciągu ostatnich 13 lat.

Chaos wartości, ażurowe granice, zamknięte społeczności fundamentalnej nienawiści, a w polityce melanż bezmyślnej wspaniałomyślności lewicowych elit i paranoicznego strachu nacjonalistów – otoczenie jakby stworzone dla rosyjskiej ekspansji. Europa z kolei, po ośmiu latach wpadania z kryzysu w kryzys, demontowania wolnego rynku, gotowa jest dziś na każdy kompromis, byle nie utracić swojego socjalnego bezpieczeństwa. Stąd Nord Stream 2 czy puszczanie Krymu w niepamięć. Ten postępujący uwiąd nie jest wymarzonym gwarantem naszego bezpieczeństwa i dobrobytu.

Tym gorszym pomysłem dla Polski jest powielanie wzorców, które doprowadziły Europę do tego stanu. Rozbrajanie własnych armii, pozbywanie się swoich tradycji czy przejmowanie tych pseudointelektualnych erzaców jak płeć kulturowa albo fetyszyzowanie genderyzmu jako kierunku filozofii. Potrzebujemy nowego pomysłu i świeżego spojrzenia. Więcej w rządzie ludzi takich jak nasz były kolega redakcyjny Bartosz Marczuk, a mniej takich jak Stanisław Piotrowicz, były PRL-owski prokurator. Więcej wsparcia dla imigrantów z Ukrainy konkurujących o naszą pracę niż paplania o globalnej solidarności. Uczelni kierowanych prawami rynku, a nie narcystycznej profesokomuny. Naprawy sądów niż troski o komfort sędziów. Więcej pieniędzy w kieszeniach podatników niż podatków na spłacanie rządowych kredytów. Nic lepiej nie ochroni dziś naszego dobrobytu.

***
Tekst ukazał się we WPROST

Fot. David Berkovitz/ na lic. Creative Commons/ flickr.com