Bezmierne poczucie wyższości
Mariusz Staniszewski 02.07.2020

Przy okazji każdych wyborów liberałowie i lewica – w przypadku porażki – zgłaszają pretensje, że konkurenci wygrywają z powodu poparcia osób z niższym wykształceniem, mieszkających na wsi i w małych miastach. W domyśle głupszych i gorszych.

 

Podział na światłych i ciemnotę jest dla współczesnych elit – w przeważającej większości liberalno-lewicowych – sensem istnienia. Nie dlatego, że w związku z tym przyświeca im misja przewodzenia społeczeństwu. To wiązałoby się z koniecznością uznania, że razem z motłochem tworzą jedną wspólnotę. Ich celem jest raczej uwolnienie się od poczucia istnienia więzi łączących je z masami, które źle się odżywiają, brzydko pachną czy mają niezbyt ładne twarze. Dzięki zerwaniu tych połączeń elity nie muszą starać się docierać ze swoimi argumentami do ludzi słabiej wykształconych, gorzej zarabiających i niepijących late ze spienionym sojowym mlekiem na Placu Zbawiciela w Warszawie czy rynkach w Gdańsku, Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu. Dla nich ten gorszy świat musi istnieć o tyle tylko, o ile zapewnia im poczucie wyższości.

Paradoks współczesnych państw Zachodu polega na tym, że im więcej jednostka otrzymuje od wspólnoty, tym słabiej czuje się z nią związana. I odwrotnie, osoby, które najmniej skorzystały z osiągnięć społeczeństwa, w którym żyją, mają wobec niego silniejsze poczucie obowiązku. Na przykład to ludzie o niższym wykształceniu chętniej zgłaszają się na ochotnika do wojska, by bronić ojczyznę. Osoby z takich rodzin częściej pracują w służbach, w których praca wiąże się z narażeniem życia (np. policja czy straż pożarna).

Oczywiście można by powiedzieć, że jednostki posiadające bardziej staranne wykształcenie są ostrożniejsze, ponieważ mają więcej do stracenia. Ich pozycja społeczna jest wyższa z racji posiadanych umiejętności, a zatem jako osoby stanowiące większą wartość dla wspólnoty, powinny być bardziej chronione. Ten system gradacji był jednak aktualny w Polsce międzywojennej, gdy elita czuła się odpowiedzialna za współobywateli i gotowa była brać na siebie większe ciężary w okresie próby.

Dziś powodem niechęci elit do mas jest wyznawanie przez nie zupełnie odmiennego systemu wartości. One za wszelką cenę pragną oderwać się od pojęcia narodu rozumianego jako wspólnota pokoleń byłych, obecnych i przyszłych. Nie tylko nie chcą brać na swoje barki zobowiązań zostawionych im przez kilkadziesiąt pokoleń, które zbudowały Polskę, jaką znamy. Raczej wstydzą się tej spuścizny i pragną stać się częścią oświeconej elity europejskiej, która zdaje się zrywać kajdany przynależności narodowej, religijnej, kulturowej czy rasowej.

Jakże kontrastuje to z pojmowaniem wspólnoty przez gorzej wykształconych, którzy sławią bohaterów, nienawidzą zdrajców, oddają hołd poległym i wznoszą pomniki dowódcom. To na przykład prości kibice za prywatne pieniądze odnawiają mogiły powstańców styczniowych na Kresach. Elity wolały stawiać świeczki na grobach żołnierzy Armii Czerwonej.

Podobnie jest z religią. Liberalno-lewicowi wykształceni pragną zastąpić Boga i sami – w imię oświecenia, zwycięstwa nauki czy wreszcie wyzwolenia z plebejskiej moralności – rozsądzać, co jest dobre, a co złe. Nie potrzebują już istoty nadprzyrodzonej, ponieważ same osiągnęły taki poziom doskonałości, że w sferze etyki stają się samowystarczalne. W tym samym czasie lud prosty i bogobojny w niedzielę chodzi do kościoła oraz klepie nudne pacierze. Warto jednak pamiętać, że to właśnie ci, którzy ogłaszali śmierć Boga stworzyli piekło na Ziemi w postaci krwiożerczych totalitaryzmów.

Tę pogardę wobec człowieka, który gnieździ się za parawanem na plaży w Międzyzdrojach najbardziej jaskrawo widać wśród artystów. Z racji wykonywanego zawodu na co dzień obcują oni z kulturą wysoką, a więc pięknem w czystej postaci. Z biegiem lat w ich umysłach zacierają się granice i uznają, że piękno recytowanych tekstów czy odtwarzanej muzyki staje się częścią ich samych. A więc doskonałością nie jest już interpretacja słów czy zapisanych nut, ale oni jako osoby. Uznają się więc za piękno samo w sobie, a to sprawia, że czują się wyjątkowi. Nie tylko lepsi, ale jakby wybrani do wspaniałości. To już nie są aktorzy, muzycy czy reżyserzy, to półbogowie żyjący w rzeczywistości pozbawionej ograniczeń, zakazów i nakazów, a żywiący się jedynie uczuciami wyższymi. Dla nich kontakt z motłochem nie dość, że jest przykry, to wręcz nieczysty. Aby się przekonać, jak bardzo ta elita wzniosła się ponad tłum wystarczy posłuchać słów Krystyny Jandy, Jerzego i Macieja Stuhrów, Andrzeja Ferencego, Agnieszki Holland, Filipa Bajona, Zbigniewa Preisnera, ale także szeregu rockmanów, którzy nie zdążyli nawet porządnie się wykształcić. Masy są dla nich tym czym dla Morlokowie dla Elojów w „Wehikule czasu” Herberta George’a Wellsa.

Teoretycznie można by nawet to poczucie wyższości zrozumieć. Przecież większa wiedza powinna wiązać się z dokonywaniem bardziej przemyślanych wyborów, przeprowadzaniem głębszej analizy faktów i trafniejszych wniosków. W przypadku poglądów politycznych tego rodzaju zależność jednak nie istnieje. Wykształceni cechują się takimi samymi uprzedzeniami i preferencjami, jak ludzie kończący edukację na niższym poziomie. Czasem można nawet odnosić wrażenie, że wiedza nie pomaga, a przeszkadza w wyciąganiu trafnych wniosków. Weźmy przykład sztandarowego symbolu współczesnej lewicy czyli Che Guevary. Ludzie – nie tylko młodzi – głoszący miłość, wyzwolenie, przywiązanie do demokracji czy równość płciową zakładają koszulki i dzierżą transparenty z wizerunkiem rewolucjonisty, mimo tego, że homoseksualistów wysyłał do obozów, opornych chłopów mordował, a demokrację uważał za wroga.

Jeśli wykształceni nie znają tych faktów, to żadna z nich elita. A jeżeli wiedzę taką posiadają, to albo z rozmysłem głoszą kłamstwo, albo nie potrafią powiązać liter przeczytanych w książkach z rzeczywistością. W każdym wypadku nie mają podstaw, by czuć się lepszymi od ludzi, dla których morderca pozostanie mordercą, a zbrodnia zbrodnią.