Białoruś nie jest memem
Jerzy Marek Nowakowski 25.08.2020

Memy z kałaszem bez magazynka (magazynek z białoruską flagą maszeruje w drugą stronę) obiegły już cały Internet. Podobnie jak obrazki z Łukaszenką lustrującym z helikoptera stolicę Białorusi. Prezydent ubrany jak na wojnę, w kamizelce taktycznej i z bronią na stoliku. A obok jego syn – Kola, w pełnym rynsztunku bojowym i z bronią w ręku. Dla porządku dodajmy, że syn jest nastolatkiem i zgodnie z białoruskim prawem nie powinien mieć dostępu do broni.

 

Obraz doskonale oddaje absurd działań Łukaszenki. Przerażony dyktator wykonuje kolejne fałszywe kroki, budząc rosnącą wściekłość w Moskwie. Pytanie czy Putin zdecyduje się zaprosić swojego białoruskiego kolegę na herbatkę z polonem, czy będzie liczył, że Białorusini sami się go pozbędą?

Wbrew legendom rozsiewanym w naszych mediach, Łukaszenka nie był ulubionym kandydatem Moskwy w wyborach 9 sierpnia. Nawet opozycjonistki – trzy panie występujące wspólnie na wiecach Swietłany Cichanowskiej – przed ostatecznym rozstrzygnięciem powtarzały, że rosyjskie media obiektywnie relacjonują kampanię wyborczą. Rosjanie zdecydowanie stawiali na scenariusz armeński w Mińsku. Wybory i ludowa rewolucja obalające władzę Łukaszenki, a następnie zainstalowanie tam życzliwego Rosji rządu, który na dodatek jako demokratyczny i rewolucyjny, będzie suto dofinansowywany z Zachodu.

Protesty i niebywale brutalna reakcja Łukaszenki z jednej strony ułatwiły Moskwie działanie, z drugiej jednak okazały się kłopotem.

Ale po kolei. W ubiegłym roku Putin, skupiony na rozwiązaniu problemu sukcesji władzy w Rosji wpadł na pomysł, że dokończy tworzenie państwa związkowego z Białorusią (po polsku mówiąc przyłączy Białoruś do Rosji) i z wyzerowanym licznikiem konstytucyjnym zostanie wybrany prezydentem nowo-starego tworu państwowego. Łukaszence zaproponował rolę szefa parlamentu nowego państwa. Sam prezydent Białorusi podjął negocjacje licząc na wiceprezydenturę. No ale takie rozwiązanie nie było do przyjęcia ani dla Putina, który by musiał nieustanie rozglądać się czy mu cegła na głowę nie spada, ani dla otaczającej go elity bezpieczniackiej. Perspektywa rządów Łukaszenki na Kremlu nikogo nie pociągała. Wobec tego „Baćka” poszedł na zwarcie. Zaczął kampanię uśmiechów wobec Zachodu, zapowiadał zakupy ropy przez Polskę i protestował przeciwko rosyjskiej propagandzie. Był wręcz skłonny na jakieś gesty bardzo umiarkowanej demokratyzacji systemu. No i przed wyborami dowodził, że rosyjskie „zielone ludziki” chcą się dopuścić inwazji na Białoruś.

Władców na Kremlu diabli wzięli i zaczęli rozważać scenariusz odsunięcia Łukaszenki od władzy. Ten zareagował czystkami w służbach i w wojsku. A Moskwa uruchomiła aparat propagandowy dyskretnie wspierający rywali Łukaszenki: Wiktara Babarykę (wieloletniego szefa banku należącego do Gazpromu), Walerija Capkałę (byłego współpracownika Łukaszenki i twórcę Parku Technologicznego będącego jednym z największych sukcesów białoruskiej gospodarki) oraz Siarhieja Cichanowskiego, popularnego blogera piętnującego korupcję na Białorusi.

Schemat podobny jak w Armenii, gdzie Rosjanie zmęczeni politycznym slalomem miedzy Rosją a Zachodem uprawianym przez poprzedniego prezydenta Serża Sarkisjana, najpierw wmusili mu na premiera wywodzącego się z Gazpromu premiera, a potem liczyli, że na fali rewolucyjnej – protestów przeciwko Sarkisjanowi – ich człowiek zdoła przejąć władzę. Przeliczyli się, ale tylko trochę, bo lider rewolucji Nikol Paszynian musiał być nadzwyczajnie ustępliwy wobec żądań Moskwy. Jego otoczeniu brakowało doświadczenia politycznego, a sytuacja kraju zagrożonego wojną i zależnego gospodarczo od Wielkiego Brata sprawiały, że był wygodniejszy dla Moskwy od poprzedników.

Ogłoszenie „wyników” wyborów z rzekomym 80 procentowym poparciem dla Łukaszenki i niebywale brutalna pacyfikacja protestów oraz skomlenie o pomoc, bo trudno inaczej określić błagalne wypowiedzi do mediów, proszące o rozmowę telefoniczną z Putinem, skłoniły władców Kremla do rozważenia scenariusza pozostania Łukaszenki u władzy.

W końcu znamy go, a pacyfikując demonstracje odciął się od możliwości dialogu z Zachodem. No dobrze – powiedział mu Putin – tylko musisz szybko i sprawnie zrobić porządek. I żeby mi tu nie przesadzać, pogroził.

Dalszy ciąg to gigantyczne jak na Białoruś, wielusettysięczne manifestacje w dwa kolejne powyborcze weekendy, wypędzenia za granicę Swietłany Cichanowskiej, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wygrała wybory prezydenckie i coraz bardziej chaotyczna szarpanina Łukaszenki, której ukoronowaniem była opisana na wstępie scenka z karabinem.

Rosja, która od nieżyczliwej neutralności wobec Łukaszenki przeszła do umiarkowanego wsparcia jego dyktatury, jako wersji pewniejszej i bardziej znanej, znowu znalazła się w trudnej sytuacji. Opozycja, wciąż pozbawiona wyraźnego kierownictwa, stawała się coraz silniejsza. Zakłady pracy, związane więzami kooperacyjnymi z Rosją (i nie chodzi tu bynajmniej o sprzączki do butów tylko o podwozia rakiet atomowych) zaczęły strajkować. Z Moskwy przyjechała brygada. Ale nie wojska czy policji tylko propagandystów. Maragarita Simonian szefowa RT wysłała swoich speców od kłamstwa i pracowników technicznych, by zastąpili zbuntowanych dziennikarzy państwowej telewizji. A rosyjskie media relacjonowały wydarzenia w wyraźnie prołukaszenkowskim duchu.

To był tydzień po pierwszej wielkiej demonstracji. Łukaszenka w tym czasie zaczął rozpaczliwie opowiadać o możliwej agresji z Polski, Litwy, NATO, przesuwać wojska, urządzać niezapowiedziane ćwiczenia i nieustannie wpuszczać informacje, że armia rosyjska czeka na granicach i wręcz wkracza na Białoruś. Putin obawiając się, że zaraza w postaci demokratycznego sprzeciwu może okazać się zaraźliwa, tolerował te brewerie Łukaszenki.

Wygląda na to, że po kolejnej wielkiej demonstracji w ubiegłą niedzielę na Kremlu uznano, że mają dość. Prawa ręka Putina, Dimitrij Pieskow, oznajmił, że protesty na Białorusi mają charakter pokojowy i nie należy używać siły do ich tłumienia. Warto przy tym podkreślić, że protestujący nie dają żadnych sygnałów, iż Rosja im się nie podoba. A na dodatek w odróżnieniu od „cywilizowanych” demonstrantów z ulic Paryża czy Los Angeles, nie tylko nie obrabowali ani jednego sklepu, ale jeszcze na zakończenie demonstracji zbierają po sobie śmieci.

Łukaszenki już nie ma, choć być może on sam o tym nie wie. Czy zgodzi się na odejście po dobroci, czy zostanie usunięty – albo na drodze politycznej, albo przy pomocy herbatki – to jest to tylko kwestia czasu. Jestem skłonny założyć się o sporą sumę, że nie dotrwa do końca kadencji.

I tutaj zaczynają się schody dla polskich polityków. Na razie na Mount Everest głupoty wzniósł się jeden z redaktorów (zmilczę nazwisko), który jak na zamówienie Kremla ogłosił, że w razie rewolucji Polska powinna zażądać Grodzieńszczyzny. Bo ona nam się po prostu należy. Ok, albo głupota, albo prowokacja. Ale niestety nie widzę po stronie ani rządu ani opozycji jakiegokolwiek planu dla Białorusi. Kto jest dla nas sojusznikiem, kto zagrożeniem? Jakie są nasze cele wobec kryzysu? Zaproszenie przez premiera liderów opozycji do dyskusji o Białorusi w istocie dowodzi, że chce się podzielić odpowiedzialnością za nasze wieloletnie zaniechania. Zachód i Rosja są zgodne – chcą spokoju w Mińsku i tego, żeby ten spokój za dużo nie kosztował zarówno w sensie wizerunkowym, jak finansowym. Z perspektywy Warszawy, Kijowa czy Rygi, rzecz wygląda zupełnie inaczej. Białoruś jest zwornikiem całego obszaru Bałtycko- Czarnomorskiego, czyli ukochanego przez Giedroycia Międzymorza. Dramatyczne zaniechania kolejnych ekip i porzucenie Białorusi było błędem. Ale teraz brak sensownej koncepcji polityki białoruskiej może okazać się gwoździem do trumny polskiej polityki wschodniej.