Biznes i dobre imię miasta. Sopot przegrał z Cocomo
Artur Kiełbasiński 28.02.2017

Sopot przegrał proces z nocnym klubem Cocomo. Sąd oddalił pozew miasta, które domagało się przeprosin i zapłaty 25 tysięcy złotych na cel społeczny. Podstawą roszczenia był fakt działania kluby w kurorcie.
Sprawa była niezwykle ciekawa – z jednej strony Cocomo cieszyło się „złą sławą”. Media obiegały informacje na temat horendalnych rachunków płaconych w lokalach tej sieci. Klienci skarżyli się na wysokość opłat i sugerowali, że nie mieli świadomości swoich działań, sugerując, że mogli być odurzani. To powodowało, że kluby mogły być źle postrzegane. A zdaniem władz Sopotu – ich „zła sława” rozciągała się na miasto, do którego przyjeżdżają turyści.
Ta argumentacja upadła jednak w sądzie, choć wyrok jest nieprawomocny.
W uzasadnieniu rozstrzygnięcia sąd stwierdził, że działalność klubu mogła być negatywnie postrzegana, ale nie było to naruszeniem dobrego imię miasta.
I powiedzmy szczerze, to dobry wyrok. Jeśli bowiem łamane jest prawo – „zrobieniem porządku” powinny zajmować się policja, skarbówka, inspekcja handlowa lub inne służby. O ile nie ma specjalnych powodów by bronić Cocomo, to niepokojąca jest sytuacja, gdy władze miasta próbują wpływać na działalność biznesu przez pozwy o naruszenie dóbr osobistych. W lokalnych stosunkach można sobie wyobrazić, że władze miast i gmin wplywają na biznes nie dlatego, że budzi wątpliwości jak sieć klubów, ale dlatego, że X stanowi konkurencję dla firmy Y. Można też sobie wyobrazić sytuację, gdy lokalna władza uderza w biznesy polityków lokalnej opozycji. Zbyt daleko posunięte sugestie? Niekoniecznie, w polskich realiach nie takie cuda można było oglądać. Niestety.
Pisząc o wyniku procesu dodajmy dla pełnej jasności, że przegrała też agencja prowadząca klub. W pozwie wzajemnym chciała ona przeprosin od miasta za krytykę jej dzialalności.
Posługując się piłkarskimi porównaniami w sopockim sporze 0:0 do przerwy. Bo trzeba się liczyć z apelacją w tej ciekawej sprawie.