Blackoucik
Jerzy Marek Nowakowski 12.07.2019

W ostatnim miesiącu dwa razy przekonałem się co znaczy blackout – oczywiście w wymiarze mini. Na dwie godziny padało światło w kawałku warszawskiego Powiśla. I szczerze mówiąc, to że było ciemno było najmniejszym problemem. No bo z domu nie da się wyjechać (brama zablokowana), drzwi otworzyć (skrzynka kodowa podłączona do sieci), Internet padł, lodówka – jak wyżej. Wejście na podwórze jest solidnie zabezpieczone, więc przełażenie przez wysoki płot kosztowało mnie kilka siniaków. A na dodatek wolałem przez parę dni nie robić zakupów w okolicznych sklepach, bo tam lodówki też przecież padły. Przy czym i tak byłem ponadstandardowo przezorny, bo miałem w kieszeni klucz do drzwi wejściowych. Obserwując wściekłych ludzi którzy krążyli wokół sąsiednich bloków nie mogąc się dostać do mieszkania miałem obraz tego, czym jest kilka godzin funkcjonowania bez prądu. A przecież po 6-7 godzinach zaczęłyby padać przekaźniki komórkowe, a w generatorze pobliskiego szpitala skończyłoby się paliwo. Zaś najbliższa stacja benzynowa też pompuje paliwo tylko wtedy gdy jest prąd.

 

Przypomniałem to sobie czytając, iż 10 lipca stolicę Armenii dotknął blackout. Ewakuowano pasażerów z metra, przez kilka godzin nieczynne było lotnisko, miasto stanęło w gigantycznych korkach z powodu wyłączonej sygnalizacji świetlnej, a sklepy, restauracje i firmy przestały pracować ze względu na to, że klimatyzacja nie działała a upały przekraczały 35 stopni.

Wedle oświadczenia władz był to wynik wstrzymania pracy jednego z bloków elektrowni wodnej w Hrazdanie. Przede wszystkim, był to jednak sygnał, że system energetyczny tego kraju działa na granicy wydolności. A zagrożony jest całkowitym załamaniem, w razie wyłączenia przestarzałej i niebezpiecznej elektrowni atomowej w Metsamorze, która od kilku lat przygotowuje się do koniecznej modernizacji.

Co ciekawe, Armenia jest krajem, który ma wszystkie warunki do wytwarzania nie tylko wystarczającej ilości energii, ale w dużej mierze energii czystej. W wyniku decyzji politycznych od czasów sowieckich nie rozwijano w tym kraju energetyki wodnej (co w warunkach państwa położonego w górach, dysponującego naturalnymi kaskadami rzecznymi jest co najmniej dziwne). Z powodów politycznych nie dopuszczono również do rozbudowy fotowoltaiki. W kraju z 300 słonecznymi dniami w roku prawie nie spotyka się paneli słonecznych. No bo naiwniak, który by zainwestował w panele na własnym domu musiał zgodnie z ówczesnym prawem sprzedać prąd państwu po cenie urzędowej (niskiej) i odkupić go mniej więcej trzy razy drożej. Idiotyczną regulację zmieniono jakieś trzy lata temu, ale przeróżne korupcyjne układy skutecznie blokowały realny rozwój tego typu energetyki.

Wreszcie, tutaj już z czystych i jasnych powodów politycznych nie dopuszczono do zwiększenia importu gazu z Iranu. Zbudowany w 2007 r gazociąg, który w pierwotnym założeniu miał obsługiwać także Gruzję i – docelowo – Ukrainę, pod naciskiem Gazpromu ma dużo mniejszą przepustowość niż wstępnie zakładano (rury 700 mm zamiast 1410 mm). Na dodatek sama „rura” jest od kilku lat w zarządzie zdominowanego przez Rosjan Gazpromu – Armenia. Nie dopuszczenie do pojawienia się na Kaukazie konkurencyjnego gazu irańskiego jest częścią rosyjskiej polityki uzależniania partnerów od swoich dostaw i swoich firm. Rezultat jest paradoksalny. Irański gaz tłoczony przez rosyjsko-ormiańską rurę jest wykorzystywany do produkcji prądu w elektrowni gazowej, która cały wyprodukowany prąd sprzedaje do …Iranu.

W istocie ten sam problem dotyczy ormiańskiej elektrowni atomowej. Po katastrofalnym trzęsieniu ziemi w roku 1989 została zamknięta. Następnie otwarta w trybie awaryjnym i „tymczasowo” pracuje do tej pory, a daty remontu są sukcesywnie odsuwane. Między innymi dlatego, że Rosjanie chcą zachować monopol na obsługę i dostarczanie zarówno paliwa, jak części do elektrowni.

Kolejne propozycje z USA i Unii Europejskiej wspierania czy – właściwie – ratowania energetyki Armenii rozbijały się o opór Rosjan i lokalną korupcję. Zmiany klimatyczne, które doprowadziły do bezprecedensowego zakwitu glonów w jeziorze Sewan (będącym głównym rezerwuarem wody dla regionu) obniżenia poziomu rzek, problemów z chłodzeniem w Metsamorze itd. stanowią dla Armenii ostatni dzwonek alarmowy. O ile nie nawiąże współpracy z Zachodem oraz z Iranem, blackouty zaczną się powtarzać. Można mieć nadzieję, że układy korupcyjne stojące za blokadą rozwoju energetyki słonecznej i wiatrowej po ubiegłorocznej rewolucji przestały działać. Ale to zdecydowanie za mało. Propozycja przejęcia sieci przesyłowych, połączona z ofertą rozbudowy hydroelektrowni ze strony USA, trzy lata temu została odrzucona pod wpływem Rosji, ciągle jednak leży na stole. Podobnie kilka zachodnich projektów modernizacji elektrowni atomowej. Z kolei Unia Europejska od dawna oferuje wsparcie dla rozwoju elektrowni słonecznych i wiatrowych. Armenia ma potencjał by być jednym z eksporterów prądu w średnioterminowej perspektywie.

Wszystko zależy od polityki. O ile Erywań nie zaryzykuje wyjścia spod jednostronnej kurateli Moskwy, może się okazać, że struktury państwowe zaczną się załamywać w wyniku niedostatków energii. Już od kilku lat w Armenii trwa boom na generatory energii kupowane przez instytucje i zamożniejszych obywateli na wypadek koniecznego zatrzymania elektrowni w Metsamorze. Ale ropa też płynie z Rosji.

Warto pamiętać, że blackout jest realnym zagrożenie także w świecie zachodnim. W razie nietypowych upałów, także w Polsce, systemy energetyczne znalazły się na granicy wydolności. Przypadek stolicy Armenii z 10 lipca jest nieomal modelowy. Zatrzymanie jednego z bloków w elektrowni wodnej doprowadziło do przeciążenia kolejnych ogniw systemu energetycznego i następujących po sobie wyłączeń. A awaria dotyczyła naprawdę niewielkiej turbiny.

Problem bezpieczeństwa energetycznego, do niedawna uznawany w Europie za ważniejszy od bezpieczeństwa militarnego, po rozpoczęciu eksploatacji złóż gazu łupkowego w Kanadzie i USA stał się zdecydowanie mniej palący. O ile większość raportów ekologów pod koniec XX wieku zakładała, że przed rokiem 2020 zacznie brakować ropy i gazu, to obecnie wiadomo, że udokumentowane złoża wystarczą na co najmniej kilkadziesiąt lat. Nie znaczy to jednak, że problem energii zniknął z agendy światowej polityki. Doskonałym tego przykładem są kolejne kłopoty Armenii. I tych wszystkich, którzy nie wpadli na to, że nie można być zależnym od jednego partnera, albo jednego rodzaju energii.

Oczywiście zmieniła się geografia światowej polityki. Region Zatoki Perskiej stał się zdecydowanie mniej ważny w polityce USA, a przejście Stanów Zjednoczonych do kategorii eksporterów a nie importerów ropy i gazu zmieniło spojrzenie Amerykanów na problem cen nośników energii. I zbliżyło ich w sposobie myślenia do Rosjan.

Także dla Polski problem zależności od dostaw ropy i gazu z Rosji stał się zdecydowanie mniej palący po zbudowaniu gazoportu w Świnoujściu i rozbudowie połączeń gazociągowych z Zachodem. Ale nie znaczy to, że jest dobrze.

Przykład Armenii dowodzi, że w świecie niestabilnego klimatu należy stawiać na głęboką dywersyfikację źródeł energii. Kolejne, ogłaszane a to przez ekologów, a to polityków cudowne recepty na uzdrowienie energetyki mogą doprowadzić nas na próg klęski. Potrzebne jest wszystko w rozsądnej proporcji. Od atomu do wiatraków. Podobnie jest z dywersyfikacją dostaw. Uzależnienie od jednego dostawcy czy jednego kanału przesyłowego musi doprowadzić w najlepszym razie do płacenia renty monopolowej w najgorszym do załamania systemu w razie wstrzymania czy ograniczenia dostaw. Cudowne recepty nie istnieją, a wiara w nie powoduje – w najlepszym razie – siniaki, w najgorszym zaś realne tragedie.