Boeing kapitalistyczny i korporacjonistyczny
Robert Gwiazdowski 13.01.2020

“Odchodzący” (a de facto wyrzucany) Prezes Boeinga Dennis Muilenburg otrzyma premię w wysokości 62 mln USD. Za doprowadzenie do katastrofy Boeinga. Podobnie działo się w 2008 roku z prezesami paru „banków inwestycyjnych”, czyli de facto firm consultingowych. Krach w sektorze finansowym, jaki się zaczął wraz z bankructwem Lehman Brothers wywołał falę oburzenia na kapitalizm i liberalizm – szczególnie ten z przedrostkiem „neo”. Napisałem wówczas artykuł „Korporacje a kapitalizm”. Pasuje jak ulał do tego co dzieje się dziś.

 

Uosobieniem wszelkiego zła są w „neoliberalnym kapitalizmie” korporacje. Ale czy to aby na pewno one są jego uosobieniem? Kapitalizm to system oparty na trzech fundamentach: własności prywatnej, wolności gospodarczej i odpowiedzialności. Odpowiedzialności swoją własnością za sutki swoich wolnych wyborów.

A czy dzisiejsze największe korporacje, których akcje notowane są na największych giełdach świata, mają prywatnych właścicieli, którzy realizując swoją wolność podejmują decyzje gospodarcze dotyczące swojego majątku i odpowiadają nim za skutki swoich decyzji? Wole żarty. Dziś rządzą w największych korporacjach nie właściciele, tylko wynajęci urzędnicy korporacyjni. Czyli – używając coraz popularniejszej ostatnio terminologii marksistowskiej – „klasa robotnicza”. Doskonale rozumieją się oni z urzędnikami państwowymi – bo to także urzędnicy. Różnica między nimi polega na tym, że jedni zarządzają pieniędzmi podatników, a drudzy akcjonariuszy. Podobieństw zaś jest o wiele więcej. Po pierwsze, i ci, i ci zarządzają nie swoimi pieniędzmi. Po drugie, akcjonariusze są dziś tak samo anonimowi jak podatnicy. Po trzecie, wywalenie z posady urzędnika korporacyjnego jest dla akcjonariusza tak samo trudne, jak dla wyborców wywalenie urzędnika państwowego. Trzeba zdobywać większość, zawiązywać koalicje i sporo się natrudzić. Więc urzędnicy korporacyjni zajmują się tym samym co urzędnicy państwowi. Po pierwsze, zajmują się sami sobą – swoimi karierami i przeszkadzaniem w robieniu karier innym. Po drugie, zajmują się robieniem wody z mózgu podatnikom-wyborcom i podatnikom-akcjonariuszom. Instrumenty są tylko inne. Urzędnik państwowy po pieniądze podatnika może wysłać policjanta. Urzędnik korporacyjny musi się bardziej natrudzić, żeby akcjonariusze sami mu je przynieśli. Ale jak już nie ma pomysłu w jaki sposób przekonać akcjonariuszy, to idzie do kolegów urzędników państwowych i prosi, żeby wysłali do podatników policjantów albo przynajmniej zadrukowali trochę papieru napisem „legalny środek płatniczy” i dofinansowali korporacje, strasząc ich upadkiem korporacji, który spowoduje utratę miejsc pracy, spowolnienie gospodarcze i sto innych nieszczęść – słowem niezadowolenie wyborców, którzy mogą zagłosować na innych urzędników.

Skąd więc przypuszczenie, że urzędnicy państwowi mogą nadzorować urzędników korporacyjnych? Ktoś, kto decyduje się zostać urzędnikiem państwowym jest z definicji lepszy od kogoś, kto chce zostać urzędnikiem korporacyjnym? Byłby problem z tymi, którzy raz są urzędnikami korporacyjnymi, raz państwowymi. Bezpiecznego przykładu – bo z dalekiej Ameryki – dostarczył Paul Paulson, który jako sekretarz skarbu organizował pomoc dla banku consultingowego, którego wcześniej był prezesem. Ale nie trzeba się specjalnie rozglądać, żeby dostrzec takie same przykłady znacznie bliżej.

Oczywiście, że wolny rynek umożliwiał powstawanie wielkich korporacji – dlatego właśnie, że był wolny! Ale umożliwiał także ich bankructwa – jak już urzędnicy korporacyjni za bardzo upodobnili się do urzędników państwowych. Ale to nie wolny rynek doprowadził do powstania korporacji „za dużych żeby upaść”. To urzędnicy państwowi podjęli decyzje o ich ratowaniu, więc zatrudnieni w nich urzędnicy korporacyjni poczuli się jeszcze bardziej „wolni”. Jest to „wolność” od odpowiedzialności za głupie decyzje lub za niepodejmowanie żadnych decyzji.

Korporacji nie musimy się obawiać tylko w warunkach wolnorynkowych. Owszem, zmowa producentów może być źródłem monopolizacji niebezpiecznej dla wolnego rynku. Jednak monopole prywatne nigdy nie są trwałe. Rozbija je pojawiająca się prędzej, czy później sprzeczność interesów i konkurencja zagraniczna. Prawdziwym zagrożeniem jest dopiero monopol urzędników państwowych, niepodatny na jakiekolwiek impulsy rynkowe.

Zwolennikom zwiększania uprawnień urzędników państwowych, żeby pilnowali urzędników korporacyjnych, gorąco polecam książkę Harry’ego Markopolosa (“No One Would Listen: A True Financial Thriller”) który opisuje jak przez dziewięć lat próbował przekonać urzędnika państwowego z Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), że zwroty z inwestycji, jakie zapewniał Bernard Madoff, są matematycznie niemożliwe. „Bardzo szybko stało się jasne, że nie zrozumiał on nic z rozmowy oprócz słów „dzień dobry”.

Ponoć neoliberalizm cofa ludzi do jaskini. Owszem, gospodarka liberalna – taka, jaką chciał widzieć Adam Smith – istniała w okresie jaskiniowym. Nie było wówczas żadnych korporacji. Nikt nikogo nie zatrudniał jako pracownika. Każdy zatrudniał sam siebie – żeby coś zjeść i przeżyć musiał wyjść rano z jaskini żeby polować, łowić, zbierać. Smith stworzył model powrotu do podobnej wolności (choć nie takiej samej) w innych, zmienionych, warunkach. Opierał się on na pewnych założeniach dotyczących moralności – czyli nie tylko gospodarczych stosunków między ludźmi, ale także natury człowieka. Jednak jego obserwacja ludzkich zachowań w połowie XVIII wieku – gdy ludzie jeszcze trochę bali się Pana Boga [podobnie jak jeszcze wtedy gdy William Boeing zakładał swoją firmę a zupełnie inaczej niż to ma miejsce w czasach prezesa Muilenburga – dopisek dzisiejszy] – prowadziła do przyjęcia założeń zbyt optymistycznych. Dla usprawiedliwienia Smitha można jednak napisać, że jego koncepcja natury ludzkiej jest dużo bliższa rzeczywistości niż koncepcja zakładająca, że jak ktoś zostaje urzędnikiem państwowym to jest z natury lepszy od kogoś, kto został urzędnikiem korporacyjnym. Lepiej przyjąć, że większość ludzi kieruje się własnym egoistycznym interesem i pozostawić im samym, ich wzajemne relacje. Skutek nie będzie dobry – bo ludzie wcale nie są dobrzy, ale będzie lepszy niż w przypadku przyjęcia odmiennych założeń.