Bon edukacyjny
Robert Gwiazdowski 08.04.2019

Przy okazji strajku nauczycieli tak trochę po belfersku przypomnę, co pisali na ten temat liberałowie – dawni i współcześni.

 

Zacznijmy od ojca liberalizmu – Adama Smitha. Jego zdaniem „w myśl systemu naturalnej wolności, panujący ma spełniać jedynie trzy obowiązki. (…) Jest to, po pierwsze, obowiązek ochrony społeczeństwa przed gwałtem lub inwazją ze strony innych niezależnych społeczeństw. Po drugie, jest to obowiązek jak najdalej idącej obrony każdego członka społeczeństwa przed niesprawiedliwością i uciskiem ze strony wszystkich innych członków społeczeństwa, czyli obowiązek ustanowienia i ścisłego przestrzegania wymiaru sprawiedliwości. Wreszcie, po trzecie, obowiązek ustanowienia i utrzymania pewnych urządzeń publicznych i publicznych instytucji, których ustanowienie i utrzymanie nie może nigdy leżeć w interesie jednostki lub niewielkiej liczby jednostek, a to dlatego, że dochód z nich nie pokryje nigdy kosztów”. [A. Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, Tom II, PWN, Warszawa 1954, s.395] Najwięcej kłopotów rodzi trzeci z wymienionych przez Smitha obowiązków państwa. Sam autor nadawał mu bardzo wąską interpretację. Państwo miało prowadzić działalność korzystną społecznie a nierentowną – dla „rozwoju handlu i oświaty”. Zadaniem państwa miała być pewna pomoc w krzewieniu oświaty na szczeblu elementarnym. „Bardzo niewielkim kosztem państwo może ułatwić, zachęcić, a nawet nałożyć na cały prawie naród obowiązek opanowania podstawowych dziedzin wykształcenia” (pisania, czytania i liczenia). Jeżeli bowiem lud jest choć trochę wykształcony „mniej jest podatny na omamy zabobonu i uniesień, które wśród ciemnych narodów wywołują często najokropniejsze zaburzenia” i „jest bardziej skłonny traktować krytycznie egoistyczne uroszczenia partyj i lepiej potrafi przejrzeć ich sens”. A. Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, Tom II, PWN, Warszawa 1954, s. 529]. Mając te względy na uwadze państwo może zakładać małe szkółki na terenie każdego okręgu, w których dzieci zdobywałyby elementarne wiadomości i może nawet opłacać w części pensję nauczycieli. Nie powinno jednak pokrywać w całości ich wynagrodzenia, gdyż wówczas szybko zaczęliby oni zaniedbywać swoje obowiązki. Jeżeli bowiem nauczyciele utrzymują się z poborów, płynących ze źródeł, które są całkowicie niezależne od ich osiągnięć i reputacji, a nie z honorariów i wpłat od swoich uczniów, to ich interesy osobiste pozostają w sprzeczności z ich obowiązkami. [A. Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, Tom II, PWN, Warszawa 1954, s. ss. 494-495]

Obecnie zwykło się usprawiedliwiać najbardziej nawet szeroki zakres działań administracji publicznej. Tymczasem, „każdy przyrost władzy rządu dla jakichkolwiek celów – pisze Milton Friedman komentując rozważania Smitha – zwiększa niebezpieczeństwo, że zamiast służyć większości obywateli, stanie się on narzędziem do wykorzystywania jednych przez drugich. (…) Lekcja, jaką można wyciągnąć z niewłaściwego użycia tezy Smitha o trzecim obowiązku państwa, nie polega na tym, że jego interwencja nigdy nie jest usprawiedliwiona, ale na tym, iż ciężar dowodu jej użyteczności spoczywa na wnioskodawcach”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 32] Trzeba więc rozwinąć praktykę badania zarówno korzyści, jak i kosztów proponowanych interwencji rządowych i domagać się wykazania przez wnioskodawców wyraźnej przewagi jednych nad drugimi i to zanim interwencje te zostaną wprowadzone w życie, gdyż, jak uczy doświadczenie, „jeśli rząd raz podejmie jakąś działalność, to rzadko z niej rezygnuje”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 32]

Zdaniem Friedmana system edukacji publicznej pełni obecnie rolę jeszcze jednego składnika państwa opiekuńczego. Friedman zaś nie chce traktować oświaty z jednej strony jako elementu pomocy społecznej, a z drugiej – drogi do redystrybucji dochodu narodowego, a więc de facto swoistego rodzaju opodatkowania.

Oświata zawsze była ważnym składnikiem „amerykańskiego marzenia”, a jak zauważa Wiktor Osiatyński „w połowie bieżącego stulecia stała się dla Ameryki tym, czym przez wieki była przesuwająca się na zachód granica – czyli źródłem niespotykanej gdzie indziej na taką skalę ruchliwości społecznej”. [W. Osiatyński, Zmienia się Ameryka, Warszawa 1982, s. 135] Użyte tu pojęcie „ruchliwość” może być rozumiane nie tylko w sensie poziomym (przesiedlanie się), ale także, a może przede wszystkim – pionowym (awans społeczny). Jednak współcześnie edukacja nie spełnia już tej funkcji w takim stopniu jak kiedyś. Cierpi ona na tę samą chorobę, co wiele innych rządowych programów pomocy społecznej, gdyż na nieszczęście sama stała się jednym z nich. Według diagnozy Waltera Lippmana jest to „choroba społeczeństwa przeregulowanego”. Powoduje ją odejście od starej wiary, „że nieograniczona władza, sprawowana przez ludzi ograniczonych i pełnych uprzedzeń, staje się szybko represyjna i skorumpowana, a pierwszym warunkiem postępu jest ograniczenie władzy odpowiednio do zdolności i cnót rządzących”. Zastąpiła ją nowa wiara, „że nie istnieją granice umiejętności rządzenia innymi, w związku z czym nie należy nakładać na rząd zbyt wielu ograniczeń”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 151] W przypadku nauczania młodzieży choroba ta przybrała postać odmawiania rodzicom prawa jakiejkolwiek ingerencji w proces nauki pobieranej przez ich dzieci i przekazania całej nad nim kontroli w ręce scentralizowanej i zbiurokratyzowanej administracji szkolnej, kierującej się przede wszystkim własnymi interesami i własną filozofią.

Trend ów rozpoczął się w Prusach i napoleońskiej Francji na początku dziewiętnastego wieku. W Stanach Zjednoczonych kampanię w tej sprawie rozpoczął Horace Mann w połowie lat trzydziestych obecnego stulecia. Co ciekawe – nie uczestniczyli w niej niezadowoleni rodzice, lecz sami nauczyciele i administratorzy szkolni oraz grupy lewicowo nastawionych intelektualistów. Stanowi to doskonały przykład podobieństw między systemem autorytarnym i socjalistycznym. Pionierami kontroli państwa nad oświatą były autokratyczne Prusy, a stworzony w nich model edukacji przeszczepiali do innych państw głównie socjaliści. I jedni, i drudzy byli bowiem zainteresowani uzyskaniem dominującego wpływu na świadomość młodzieży w newralgicznym momencie jej kształtowania. Owa próba sięgnięcia po „rząd dusz” okazała się, na nieszczęście, skuteczna, czego rezultaty są opłakane. „Jest tragedią – pisze Friedman – a zarazem ironią losu, że system, który w intencji miał zapoznać wszystkie dzieci ze wspólnym językiem i wartościami, który miał dać wszystkim równe szanse edukacyjne, pogłębił w rzeczywistości podziały społeczne i stworzył bardzo nierówne szanse oświatowe”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 158]

W USA rząd finansuje nauczanie 90% dzieci tylko dlatego, że 10% z nich znajduje się w trudnym położeniu. Co więcej, finansując nauczanie (a przecież czyni to z pieniędzy wyciągniętych z kieszeni podatników) uzurpuje sobie prawo do decydowania o tym, jakie ono powinno być. W tej sytuacji należy wyraźnie odróżnić, nie wiadomo dlaczego używane jako synonimy, dwa określenia: „wykształcenie” (education) i „nauczania” (schooling). Nie każde nauczanie prowadzi do wykształcenia i nie zawsze wykształcenie jest wynikiem nauczania. Jak powiedział kiedyś Mark Twain: „nigdy nie dopuściłem do tego, aby szkoła przeszkadzała mi w kształceniu się”. Niestety, współcześnie system szkolny skutecznie przeszkadza kształceniu się tym, którzy mieliby na to ochotę. Już dwieście lat temu Adam Smith zauważył, że „przymus i rygor są bez wątpienia potrzebne, by nakłonić dzieci /…/ do opanowania tego zakresu wykształcenia, jaki uważa się za konieczny w tym wczesnym okresie życia. Gdy jednak ukończą dwanaście-trzynaście lat, przymus i rygor prawie zawsze stają się zbędne dla kierowania edukacją, byle tylko nauczyciel wywiązywał się ze swoich obowiązków /…/ Nie potrzeba uciekać się do dyscypliny, by zmusić studentów do uczęszczania na wykłady, których istotnie warto posłuchać…”[cyt. za M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 171]. Jeden ze współczesnych studentów powiedział zaś Friedmanom, że „jak się wie, iż każdy wykład kosztuje trzydzieści pięć dolarów i pomyśli o tym wszystkim, co można by zamiast tego z tymi pieniędzmi zrobię, można być pewnym, iż się na niego pójdzie”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York , s. 177] .Tymczasem płacenie przez zainteresowanych nie bezpośrednio, lecz pośrednio (w drodze podatków) osłabia, albo nawet całkowicie eliminuje tego typu motywację. Wynikający zaś z centralnego administrowania i zbiurokratyzowanego zarządzania chaos i bałagan panujący w szkolnictwie państwowym, obniża jego jakość. Wyklucza to ewentualne bodźce merytoryczne i intelektualne potencjalnych słuchaczy.

Jako pierwszy krok w kierunku reformy oświatowej Friedman proponuje wprowadzenie systemu talonów (bonów) szkolnych (oświatowych). Państwo zamiast bezpośrednio finansować oświatę, przekazywałoby rodzicom wszystkie środki wydawane przez siebie na ten cel. Otrzymywaliby oni vouchery, opiewające na sumę stanowiącą iloraz globalnych wydatków na szkoły publiczne i ilości korzystających z nich dzieci. Mogliby opłacać nimi naukę swych dzieci w szkołach licencjonowanych przez państwo. Licencje te byłyby wydawane pod warunkiem spełnienia przez szkołę określonych wymogów programowych i nawet organizacyjnych. Friedman dopuszczał nawet możliwość nie wydawania takich licencji szkołom parafialnym obawiając się zarzutów, iż to właśnie one przyciągnęłyby większość uczniów, co groziłoby delaicyzacją szkolnictwa. Rodzice zaś mieliby swobodę wyboru konkretnej szkoły. W tych zaś placówkach, które pobierałyby wyższe opłaty za szczególnie wysoki poziom nauki lub inne oferowane przez nie świadczenia, można by do czesnego dopłacać gotówką.

Przeciwko temu projektowi zgłoszono oczywiście wiele zarzutów. Podniesiono, że wzmocni on pozycję szkół parafialnych, stawiając pod znakiem zapytania tradycyjną laickość nauczania. Podkreślono także, że nowy system odciąży finansowo rodziny najbogatsze, które i tak posyłają dzieci do szkół prywatnych, co przyczyni się do redystrybucji dochodu narodowego na ich korzyść.

Argumentacja ta wyszła oczywiście od nauczycieli i administratorów szkolnych i to tych najgorszych, którzy poczuli się zagrożeni proponowanymi reformami. Pierwszy argument pokazywał, że antagoniści nawet nie wczytali się w propozycje naruszające status quo, przystępując z zasady do kontrofensywy. Friedman wyraźnie bowiem zaznaczył, że dopuszcza możliwość nie wydawania koncesji szkołom parafialnym. Zakładał też, że proponowany przez niego system doprowadzi do powstania wielu nowych szkół prywatnych, które wygrają konkurencję ze szkołami kościelnymi, gdyż ich działalność oświatowa nie będzie krępowana żadnymi względami pozarynkowymi. Drugi argument pokazywał natomiast, na czym polega istota obecnego systemu i jakie są prawdziwe intencje jego propagatorów. Nie chodzi im bynajmniej – twierdzi Friedman – o sam proces nauczania, lecz raczej o redystrybucję dochodu narodowego, na której najwięcej korzystają oni sami. Okazuje się, że ważniejsze od poziomu nauczania jest utrzymanie redystrybucyjnych funkcji systemu, w którym bogaci płacą za naukę swoich dzieci dwa razy: raz poprzez podatki, drugi raz opłacając czesne. Najbardziej uderza to nie w rodziny najbogatsze, gdyż je i tak stać na prywatne szkoły dla dzieci, ale w klasę średnią, przedstawiciele której nie mają tak dużych możliwości finansowych i muszą posyłać swoje dzieci do szkół utrzymywanych przez administrację publiczną z ich własnych pieniędzy, odebranych im wcześniej w postaci przeróżnych podatków.

W Polsce wprowadzenie bonu oświatowego miały w swoich programach wyborczych AWS w 1997 roku i Platforma Obywatelska w 2005! Na obietnicach się skończyło.

I dwie konkluzje: (1) reforma szkolnictwa – jaka miała miejsce za AWS i PiS – bez zmian systemu jego finansowania jest bez sensu; (2) zmiana wynagrodzeń nauczycieli bez zmiany systemu finansowania szkolnictwa – jest bez sensu.