Państwo i Prawo
Breaking Bad, czyli niebo kontrolera
Dariusz Matuszak 19.02.2021

Filmowa opowieść o zwykłym prowincjonalnym nauczycielu chemii, pierdołowatym pantoflarzu, który po zdiagnozowaniu raka staje się wielkim producentem narkotyków i bezwzględnym przestępcą, uznawana jest przez wielu za serial wszech czasów. „Breaking Bad”, po naszemu „Stając się Złym”, czy jakoś tak, to dzieło wybitne. Czołówki odcinków drugiej, czy trzeciej serii zaczynają się od zdjęć wody w przydomowym basenie. Pływa w niej jakiś pluszowy miś, szklane oko, części garderoby i inne dziwne rzeczy. Jacyś ludzie w białych kombinezonach zbierają jakieś drobne przedmioty i wkładają do foliowych torebek, jak dowody zbrodni. W którymś kolejnym odcinku zagadka się wyjaśnia. Po kilku tygodniach od śmierci swej córki narkomanki, która po zażyciu udusiła się własnymi wymiocinami, do pracy wraca kontroler ruchu lotniczego pilnujący nieba nad Albuquerque w stanie Nowy Meksyk i doprowadza do zderzenia się w powietrzu dwóch samolotów. To, co widzimy w czołówce, odcinków to zbierane szczątki ludzkie, które spadły na miasto, przedmioty należące do pasażerów, części maszyny, wyposażenia i agentów prowadzących dochodzenie w sprawie katastrofy. Ponad 100 osób ginie w wyniku błędu jednego człowieka – kontrolera ruchu lotniczego.

 

Te sceny przypomniały mi się, gdy przeczytałem o konflikcie, jaki wybuchł pomiędzy Polską Agencją Żeglugi Powietrznej (PAŻP) a pracującymi w niej kontrolerami. „Breaking Bad” to fikcja, ale katastrofa z 2002 roku nad Überlingen, nad jeziorem Bodeńskim, w której zginęło kilkadziesiąt osób, w tym ponad 40 rosyjskich dzieci lecących na wakacje, wydarzyła się naprawdę. Wiele było przyczyn katastrofy, a wśród nich i błąd kontrolera lotów. Za swą tragiczną pomyłkę zapłacił też własnym życiem. Półtora roku później został zabity przez Rosjanina, który w katastrofie stracił żonę, córkę i syna. 

Nie ma wątpliwości, że na kontrolerach lotów spoczywa niezwykła odpowiedzialności, że wykonują zawód wymagający specjalnych umiejętności, odporności na stres, zdolności do niesamowitej koncentracji, zachowania zimnej krwi nawet w skrajnie niesprzyjających warunkach. Wszystko zgoda, ale dalibóg choć jestem liberałem, to coś się we mnie gotuje, że gdy wszyscy nurzamy się w kryzysie, uważająca się za arystokrację grupa zawodowa ani myśli zgodzić się na żadne obniżki płac, czy redukcje w zatrudnieniu, choć ruch spadł o blisko 60 procent w stosunku do roku 2019 i jest najniższy od 15 lat. Rozwój transportu lotniczego pod niebo wyniósł płace kontrolerów. Jeśli wierzyć doniesieniom mediów, to średni zarobek miesięczny wyniósł 32,5 tysiąca złotych miesięcznie. Rekordziści zgarnęli w ciągu roku ponad milion. Jak wynika z raportów Civil Air Navigation Services Organisation (CANSO) zarobki polskich kontrolerów są najwyższe w Europie.  Wedle statystyk o 1400 procent wyższe niż średnie wynagrodzenie w kraju. Tak, nasi kontrolerzy to prawdziwa arystokracja. Jacyś tam zwykli z plebsu kontrolerzy norwescy, czy niemieccy mogą zarabiać co najwyżej 200, czy 400 procent więcej niż, średnio obywatel. I pewnie przez to pracują gorzej, są bardziej zmęczeni, nie mogą się skoncentrować. Ktoś tu staje się zły, a już co najmniej pazerny. I nie chodzi bynajmniej o żadnego producenta narkotyków, ale o tych, którym zdaje się od pieniędzy i przywilejów, trochę w głowach zaszumiało. Jest coś patologicznego w tym, że w firmie zatrudniającej 1800 pracowników działa aż 14 związków zawodowych. Choć oczywiście nie ma w tym żadnej tajemnicy. Związki powstają po to, by ich szefostwo było nie do ruszenia. Zakładasz dwunasty związek zawodowy, jesteś jego szefem i masz ochronę. 

Jak podaje Izba Gospodarcza Hotelarstwa Polskiego w jej branży, tak bardzo jak lotnictwo związanej z turystyką i dotkniętej pandemią, w Polsce pracę straciło 110 tysięcy osób. Od początku zarazy bankructwo ogłosiło 40 linii lotniczych. Lufthansa zwolniła kilkanaście tysięcy pracowników. Icelandair by przetrwać zwolnił personel pokładowy i teraz zastępują go piloci i to oni rozwożą napoje. Tylko u nas jeszcze trzymają się jedenasty związek zawodowy z czternastym i nie ustąpią ani o piędź, nie oddadzą nawet guzika i będą bronić jak niepodległości dodatkowych urlopów, nagród jubileuszowych, pracy w wymiarze 100 godzin miesięcznie, 5 tysięcy złotych za dyżur weekend (wiadomo, że musi być tyle, bo w niedziele jest bardziej niebezpiecznie i trzeba się bardziej skoncentrować).  

Ta arogancja, bezczelność i chciwość nie jest polską specyfiką. Kontrolerzy w całej Europie i na świecie wiele razy szli na wojnę z rządem, pasażerami, zdrowym rozsądkiem i zwykłą przyzwoitością. Nie mam zamiaru bawić się w jakieś psychoanalizy, ale coś jest w niektórych grupach zawodowych, jak np. Dziennikarze, że mają niezwykłe poczucie własnej wyższości, wyjątkowości. Oczywiście, że środowisko kontrolerów lotów to elitarny klub i takim powinien pozostać. My jednak nie możemy stawać się zakładnikami jakiejś grupy zawodowej tylko dlatego, że są specjalne wymagania i trudno się do niej dostać. To ja, kupując bilety lotnicze, zrzuciłem się na 1,2 miliona złotych zarobków rocznych jednego z kontrolerów. W ich przypadku nie ma mowy nawet o jakichś mechanizmach rynkowych. To nie jest tak, że jedna wieża lotnicza podkupiła drugiej kontrolerów i wywindowała zarobki. To dobrze zorganizowana kasta wtajemniczonych wywalczyła sobie niespotykane przywileje. 

W wielu państwach Europy, a także w USA władze musiały zmierzyć się z szantażem: nic mi nie zrobisz, bo inaczej samoloty nie polecą. W 2010 roku francuska izba kontroli ujawniła, że nomen omen kontrolerzy znad Sekwany pracują zaledwie 80 dni w roku. Standardowo przysługiwało im 97 dni urlopu rocznie, do tego organizowali sobie dodatkowe 5 tygodni. Po lotniskach całej Europy rozlewały się wtedy protesty. Strajkowano w Irlandii, Francji, Niemczech, Grecji, Holandii. Sytuacja przypominała nieco tę co dziś. Kryzys finansowy 2008 roku tak odbił się na branży lotniczej, że nie mogło się obejść bez wielkiego cięcia kosztów. I to kontrolerzy się sprzeciwiali, aż zostali zmuszeni do ustępstw. Pod koniec 2010 roku chaos ogarnął wszystkie lotniska w Hiszpanii. Właśnie zaczynał się długi pięciodniowy weekend, gdy kontrolerzy odeszli ze stanowisk i rozpoczęli strajk. Na płytach lotnisk uziemionych zostało 4,3 tysiąca samolotów. Prawie 700 tysięcy ludzi wylatujących na ten długi weekend, utknęło w lotniskowych poczekalniach i barach. Hiszpański rząd wysłał na lotniska wojsko i ogłosił stan zagrożenia narodowego. Minister transportu Jose Blanco ujawnił wcześniej szokujące dane. Gdy bezrobocie sięgało 20 procent, gdy Hiszpania mierzyła się z kryzysem finansowym po 2008 roku (z którego już nigdy nie wyszła, ale to jest na inną opowieść) średnie zarobki kontrolerów lotniczych wynosiły 350 tysięcy euro rocznie. Przeciętnego Hiszpana 22 tysiące. To wtedy gwiazda kontrolerów Cristina Anton z Majorki pisała do Hiszpanów:

„Wymagacie, byśmy pracowali codziennie, żebyście mogli mieć te swoje pieprzone wakacje i długie weekendy. Gdzie jest do cholery powiedziane, że jesteśmy waszymi niewolnikami”.

Nigdzie nie było napisane, więc spokojnie można było odpowiedzieć: nie podoba się, to won, wynocha, nikomu nie robisz łaski, że pracujesz. Pani Anton wydawało się jednak, że robi. 

Podobnie kontrolerom zrzeszonym w potężnym związku zawodowym PATCO, którzy w 1981 roku zadarli z Amerykanami i samym prezydentem Ronaldem Reaganem. Po protestach, mniejszych lub większych przerwach w pracy oczywiście w obronie przywilejów i zarobków, podjęli strajk, który sparaliżował ruch lotniczy w Stanach Zjednoczonych. Złamali przy tym ustawy zakazujące pracownikom federalnym podejmowania akcji strajkowych. Gdy mimo wezwań sądu federalnego nie wrócili do pracy, Ronald Reagan jako zwierzchnik zatrudniającej ich Federal Aviation Agency (FAA) zwolnił ich wszystkich co do jednego i zabronił im do końca życia pracy w instytucjach federalnych. W wystąpieniu telewizyjnym do Amerykanów powiedział:

„Pozwólcie, że przeczytam uroczystą przysięgę złożoną przez każdego z tych pracowników. Każdy z nich, gdy podejmował pracę, przysięgał: Jako pracownik rządu Stanów Zjednoczonych, lub jego agencji nie będę uczestniczył w żadnym strajku wymierzonym przeciwko rządowi Stanów Zjednoczonych, ani żadnej jego agencji”.

Amerykanie zobaczyli też na ekranach wyprowadzanych w kajdankach przywódców związkowych i strajkujących. To jedne z najbardziej znanych scen pokazujących i opisujących prezydenturę Ronalda Reagana. Na miejsce kontrolerów cywilnych wprowadzeni zostali wojskowi.  

Nie wiem, jak się skończy konflikt w Polsce. Wszystko zdaje się zmierzać ku konfrontacji. PAŻP może „zbankrutować” i zanim się wszystko poukłada, to ruch  lotniczy zostanie sparaliżowany. Będzie to co w Europie 10 lat temu – chaos, bałagan, wściekłość pasażerów. Jednak Droga Związkowczyni ze Związku Trzynaście, Drogi Związkowcu ze Związku Dziesięć, ciężko będzie Wam przekonać obywateli, że oto stać ma się Wam jakaś krzywda. Że gdy okaże się, iż średnia zarobków nie wynosi 32,5 tysiąca złotych miesięcznie, a spada, dajmy na to do 16,25, to bezpieczeństwo lotów staje się zagrożone. Ciężko Wam będzie wykazać, że samoloty po niebie śmigają i wy nie nadążacie z robotą. Obywatele, w tym przypadku też pasażerowie, mają jeszcze jakiś wpływ na posłów, ministrów i mogą zażądać sprawozdania z tego, co się wyprawia. Bo zrozumieją, że gdyby nie Wasza żądza pieniądza, to być może ceny biletów byłyby niższe. 

Zwrócę uwagę też na jeszcze jedną rzecz: te Wasze rzadkie, nadzwyczajne umiejętności, ta Wasza nadzwyczajna pozycja, to, że agencja lotnicza jest całkowicie uzależniona od Was, to Wasza pułapka. Jak chitynowy pancerzyk u żuczka, który go chroni, ale i ogranicza i sprawia, że podskoczyć nie może. Gdzie Wy znajdziecie drugiego pracodawcę? Gdzie Wy wykorzystacie te swoje nadzwyczajne umiejętności jakbyście nie daj Bóg pracę w PAŻP stracili? Gdzie się wtedy podziejecie?  Na której wieży zasiądziecie? Roboty dla Was na świecie nie ma. Kto by zresztą chciał najdroższych kontrolerów Europy. Zresztą sami wiecie, że tam też są sitwy, więc i tak Was nie dopuszczą. Pozostaną Wam co najwyżej gry komputerowe.