Brexit – odcinek 2543
Dariusz Matuszak 01.04.2019

Brexit ciągnie się jak epicka powieść „Saga rodu Forsyte’ów”, tyle że nie wiadomo kiedy się skończy. Na jego temat wyprodukowano znacznie więcej stron, niż Galsworthy napisał o historii kilku pokoleń rodu angielskich arystokratów i w przeciwieństwie do jego dzieła czytać tego nie ma większego sensu. Pożytek żaden, zamęt tylko kreowany na potrzeby polityki. Wszyscy piszą to samo, czasami używając tylko różnych słów, ale argumenty i linie rozumowania są zawsze jednakowe. Niemal wszystko co napisano o Brexicie sprowadza się do kilku tez: Brytyjczycy zgłupieli, dali się uwieść, omamić i zdecydowali się na opuszczenie Wspólnoty, co zakończy się katastrofą dla ich kraju, a teraz nawet nie potrafią podjąć decyzji w sprawie umowy z Unią, więc trzeba zrobić wszystko, wszelkimi dostępnymi metodami, by odwieźć ich od samobójczej decyzji, albo przynajmniej uniemożliwić jej realizację. Niemal całkowicie nie zgadzam się ze wszystkim co można na temat Brexitu przeczytać, czy usłyszeć i proponuję odmienne spojrzenie.

 

Od dawna mam złe zdanie o ekspertach, analitykach i publicystach, którzy zaludniają główne media i przekazują swe mądrości na temat otaczającego świata. Nie wierzę w ich oceny i interpretacje i tak jest w przypadku Brexitu. Dobrym punktem wyjściowym do odrzucenia ich tez jest próba odpowiedzi na pytanie: ile razy i dlaczego wcale, nie można było usłyszeć i przeczytać o tym, że Brytyjczycy zagłosują za wyjściem z Unii, a Trump wygra wybory. Wszyscy owi znawcy, którzy dzielą się swymi mądrościami na temat Brexitu albo nie wiedzą co piszą, albo zwyczajnie kłamią. Według mnie jedno i drugie.

Wedle unijnych elit, ale także polskich polityków etc głównym winowajcą jest były premier Cameron, który dopuścił się grzechu pierworodnego i zarządził referendum. Wciąż można usłyszeć, że zrobił to tylko po to, by spacyfikować opozycję w swej Partii Konserwatystów. Krótko mówiąc nie powinien był zarządzać głosowania i pytać się głupiego ludu brytyjskiego, czy chce być we Wspólnocie. To pokazuje jaka jest mentalność europejskich przywódców i brukselskiej arystokracji. Rządzić i dogadywać się należy ponad głowami nierozumnych obywateli. Tymczasem Cameron niechcący przeciął wrzód i krew z ropą się ulały. A przecież wszystko mogło sobie dalej spokojnie gnić. Wszystko jest więc grą pozorów – i demokratyczna procedura i opinie obywateli. Nie chodzi przecież o to, by Brytyjczycy nie mieli fatalnego zdania na temat Unii. Chodzi o to, by go nie wyrażali, a już tym bardziej zmuszali do jakichś zmian.

Cameron nie zarządził referendum dlatego, że jest jakimś gorliwym demokratą i zależało mu na opinii obywateli. On użył tego jako narzędzia do umocnienia swej władzy i nie przewidział wyników. Opiniami karmili go przecież eksperci i analitycy z think tanków, uniwersytetów i sondażowni, a gdy codziennie oglądał sobie w telewizorze program Hard Talk BBC utwierdzano go w przekonaniu, że Brytyjczycy uwielbiają Unię. A tu zonk. To kolejny przykład pokazujący jak bardzo polityczne elity, cała ta „próżniacza klasa” jak za dobrych czasów określał ją Donald Tusk, jest bardzo oderwana od własnych obywateli. Nie ma wątpliwości, że eurokraci i wielu przywódców bardziej liczy się ze zdaniem towarzyszy z innych państw niż opinią rodaków.

Ci sami eksperci i mądrale, którzy twierdzili, że Brytyjczycy odrzucą pomysł opuszczenia Unii wieszczyli i wieszczą nadal wielkie klęski jakie mają spaść na Wielką Brytanię. Dziś, kiedy histeria sięga apogeum mówi się o śmierci tysięcy cukrzyków, brakach żywności, uziemionych samolotach, gigantycznych kolejkach w oczekiwaniu na przeprawę do lepszego świata, czyli na Kontynent i o wojsku, które będzie musiało wyjść na ulice, by zapanować nad wszechogarniającym chaosem. By nie zabrakło papieru do dupy, to na wszelki wypadek pewna firma zgromadziła zapasy 1600 ton. Wysprzątano nawet schrony przeciwatomowe i przyszykowano je na przyjęcie tych, którzy będą musieli się chronić przed zamieszkami, które wybuchną. Gotowy jest plan ewakuacji rządu i rodziny królewskiej. W dłuższej perspektywie z Wysp uciekną firmy zagraniczne, City kompletnie straci na znaczeniu, a skumulowane PKB Wielkiej Brytanii na przestrzeni kilku lat spadnie o od 2 do 8%.

Pomińmy obsesje i histerię związaną z brakiem leków i żywności. Jak ktoś chce, to niech sobie wierzy, że w piątej gospodarce świata będzie jak w PRL. Odnieśmy się tylko do wróżb ekspertów gospodarczych, którzy wieszczą załamanie się gospodarki. Problem polega jednak na tym, że dokładnie to samo mówili przed referendum twierdząc, że proces upadku zacznie się tuż po głosowaniu za wyjściem. Po raz pierwszy zaś mówili to gdy Wielka Brytania nie przystąpiła do strefy euro. Miała stać się gospodarczą prowincją kwitnącej Europy, której szczęśliwi mieszkańcy mając wspólną walutę, będą żyli coraz dostatniej. Kto chce niech sobie sprawdzi wróżby z lat 2000 – 2002.

Wróćmy do City, które dziś daje 10% brytyjskiego PKB. Po odrzuceniu euro przez Wielką Brytanię miało kompletnie stracić na znaczeniu i to Frankfurt miał być finansową stolicą Europy. Tymczasem City wyrosło na największe na świecie centrum finansowe, a niemieckiego miasta nie ma nawet w pierwszej dziesiątce i pozostaje daleko w tyle choćby za Zurychem. Za chwilę zaś okaże, że żadne centrum finansów o naprawdę globalnym znaczeniu nie leży w Unii Europejskiej. Ernst & Young w swym raporcie stwierdził, iż dosłownie pierwszego dnia po opuszczeniu Unii w brytyjskim sektorze finansowym zniknie 10, 5 tysiąca miejsc pracy. No cóż jeśli nie udało się 29 – bo nie było Brexitu, to być może chociaż 13 kwietnia posypią się zwolnienia. ( To jest tak głupie, że nawet nie wiadomo jak to komentować. I to ma być raport jednej z największych konsultingowych na świecie. Oni naprawdę uważają, że tam jest już napisanych i podpisanych 10,5 tysiąca zwolnień i tylko czeka się na wstawienie daty. W przedszkolu miałem kolegę, który myślał, że w dniu 7-ych urodzin stanie się silniejszy). Żadna z apokaliptycznych wróżb, ani tych wcześniejszych, ani z roku 2016 nie sprawdziła się.

W ubiegłym tygodniu po raz trzeci Izba Gmin odrzuciła propozycję umowy z Unią, co z kolei stało się przyczynkiem do opowieści o upadku brytyjskiego parlamentaryzmu, czy nawet samej demokracji. Oto wedle przekazów Brytyjczycy w oczach świata kompromitują się, bo nie potrafią zdecydować czego chcą.

Według mnie jest dokładnie odwrotnie. Brytyjski Parlament pokazuje swą wielką siłę i przywiązanie do demokracji. Obecny kryzys w polityce nie dowodzi słabości systemu i procedur. Wręcz przeciwnie. Sytuacja bowiem jest taka: 70% członków Izby Gmin głosowało przeciwko Brexitowi i oto muszą z woli ludu przeprowadzić coś, z czym się fundamentalnie nie zgadzają.

W większości europejskich demokracji, a już zwłaszcza w unijnej biurokracji głos obywateli by zlekceważono, okłamano by ich, oszukano i szybko doprowadzono do upadku tego projektu. W Unii doskonale to już przećwiczono wyrzucając do kosza wyniki referendów w Danii przy okazji Traktatu Schengen, we Francji, Holandii i Irlandii przy okazji Traktatu Lizbońskiego. Obywatele mogli sobie coś tam przegłosować i co z tego. Polityczne elity i tak wiedziały lepiej i całkowicie zignorowały głos obywateli.

Tymczasem nie brytyjscy posłowie. Ci, mniej, czy bardziej udolnie, w swej większości starają się doprowadzić sprawę do końca zgodnego z wolą narodu. Nawet nieszczęsna May, która forsuje fatalny układ z Unią ani przez moment nie porzuciła Brexitu, któremu była przeciwna. Media światowe kpią z Brytyjczyków twierdząc, że sami nie wiedzą czego chcą, bo ani nie zgadzają się na układ, ani na jego brak. Tymczasem to nigdy nie musiało stać się przedmiotem kontrowersji. Wystarczyłoby bowiem, że układ byłby inny i np. nie oznaczał de facto pozostania w Unii i całkowitego porzucenia starej zasady brytyjskiej demokracji: nie ma taksacji (opodatkowania) bez reprezentacji. Układ wynegocjowany przez May przewiduje m.in. wpłacanie nadal 35 miliardów funtów rocznie do unijnej kasy i jednoczesny brak jakiegokolwiek wpływu na jej działanie.

Chaos jaki panuje jest raczej wynikiem obstrukcji przeciwników Brexitu i nieudolności samej May i jej wciąż zmieniającego się gabinetu, niż objawem tego, że Brytyjczycy w swej większości nie wiedzą czego chcą. Cel obstrukcyjnych działań jest prosty: zmanipulować, obrzydzić ideę Brexitu, udowodnić, że jest ona niewykonalna, by ostatecznie zmusić do rezygnacji z niej. Tu symboliczna jest postawa choćby Tony Blaira, którego działania ocierają się o zdradę stanu. Tak bowiem można ocenić jego doradzanie Brukseli w sprawie strategii negocjacyjnej z Wielką Brytanią, która miała doprowadzić do porzucenia Brexitu.

Skutkiem postawy Unii, wewnętrznych obstrukcji jest radykalizacja postaw, ale też większa determinacja do zerwania z Brukselą bez względu na cenę. Brytyjczycy czują się upokorzeni i poparcie dla opuszczenia Wspólnoty rośnie.

Eurokraci i część brytyjskich elit wciąż naciskają na powtórne referendum. Pojawia się kilka argumentów. Po pierwsze Brytyjczycy nie wiedzieli za czym się opowiadają. To podobnie jak w 1975 roku, czy Polacy w roku 2003. Nie zastanawialiśmy się czy wolno nam będzie wycinać drzewa w swej puszczy, albo toczyć kłótnie o przymus przyjmowania imigrantów. Głosowaliśmy za pewną ideą. To samo zrobili Brytyjczycy w 2016 roku.

Kolejnym argumentem, rodem z koszmardeski ma być to, że wielu Brytyjczyków, którzy głosowali za Brexitem już nie żyje, a wielu młodych uzyskało prawa wyborcze. W skrócie jest więc tak: starzy, niewykształceni sklerotycy są przeciwko Europie, zaś nowoczesna i wykształcona młodzież widzi swą przyszłość w unii z Unią. Ciekawe, że nikt nie liczy ile osób zmarło z tych, które w 1975 głosowały za Unią i po zliczeniu nieboszczyków nie próbuje podważyć wyników tamtego referendum.

Pierce Morgan, jeden z najbardziej znanych brytyjskich komentatorów i prawdziwa gwiazda telewizji mówi, że choć jest za pozostaniem w Unii, to w przypadku ponownego referendum zagłosowałby za wyjściem. Uznaje wartość demokratycznego wyboru i to, że ostateczne zdanie musi należeć do obywateli. Nie słyszałem ani jednego polskiego polityka, który mówiłby o wartości samego procesu, procedury, tego że wypowiadają się obywatele. Bez mrugnięcia okiem jeden za drugim powtarzają, że powinno się porzucić ideę Brexitu, albo chociaż doprowadzić do drugiego referendum. Dla nich to oczywiste, że można okłamać, oszukać wyborców, nie dotrzymać zobowiązań. Oni nie mają cienia wątpliwości, że tak należy postępować. Są tak zepsuci, że nawet tego nie dostrzegają. Są jak Appleby, jeden z bohaterów powieści Hellera „Paragraf 22” , który nie wiedział, że ma muszki w oczach, bo miał muszki w oczach.

Wszyscy, a już zwłaszcza eurokraci martwią się o lud brytyjski, na który spadną nieszczęścia związane z Brexitem i dlatego tak usilnie zabiegają o zmianę decyzji. Jak ktoś chce, to niech sobie uważa, że to przejaw życzliwości i solidarnej troski. Ja uważam, że to przejaw strachu, iż nagle mogłoby się okazać, że istnieje życie poza Unią. Wyobrażacie to Państwo sobie, jaka to byłaby straszna wiadomość dla Junckera, Verhofstadta, Timmermansa, że Wielka Brytania sobie doskonale radzi i podpisała umowy z USA, Indiami, Australią, Brazylia i połową Afryki. Na dodatek z budżetu Unii zniknęłoby 35 miliardów euro i dziurę trzeba byłoby załatać, a chętnych do zwiększania swej składki jakoś brak.

Nie wiem jak potoczą się sprawy związane z Brexitem, ale wierzę, że w pewnych okolicznościach może się on okazać bardzo korzystny dla całej Europy. Nie da się ukryć, że Brytyjczycy, nawet zwolennicy pozostania we Wspólnocie wystawili Unii fatalną ocenę. Być może wpłynie na to jak postrzegana jest Unia i wymusi głębokie wewnętrzne reformy i całkowitą zmianę filozofii brukselskich elit. Może pozwoli wrócić do idei które legły u jej podstaw, a więc swobody przepływu towarów, usług, finansów i ludzi. Że na powrót będzie budowana wspólnota gospodarcza zamiast ideologicznej tak jak teraz. Dziś Unia jawi się jak monopol. Albo z nią, albo wcale. No to ja uważam, że przyda się trochę konkurencji.