„Burza na morzu wicher dmie, za chwile bałwan odezwie się”
Jerzy Marek Nowakowski 02.07.2020

Pierwsza runda wyborów prezydenckich się skończyła. Czytając komentarze pełne zdziwień, skąd ten „ciemny lud” głosujący na Andrzeja Dudę czy Krzysztofa Bosaka się wziął, mam nieodparte wrażenie, że brzmi to niczym porada Marii Antoniny, która na wieść, że lud Paryża wychodzi na ulice bo nie ma chleba poradziła: „niech jedzą ciastka”.

 

Podobnie rozbrajająco naiwne są różne analizy socjologów, tłumaczących dlaczego ci co nie powinni mieć wpływu na rzeczywistość coraz śmielej po niego sięgają. Najpierw narzekamy na niską wyborczą frekwencję, a potem, kiedy coraz więcej obywateli idzie głosować, słyszymy oburzenie, że zagłosowali nie tak jak powinni.

Tymczasem prosta analiza zachowań wyborczych Polaków w ostatnim trzydziestoleciu wskazuje na to, że podział społeczeństwa – mniej więcej pół na pół – istnieje niemal od początku trzeciej RP. Zasadniczo, im mniej osób głosowało, tym silniejsza była połówka, nazwijmy ją modernizacyjna. Wzmacniał ją sukces transformacji, osłabiały wszelkie lewicowe ofensywy ideologiczne. Czasem „większa połówka” rosła do 60% raz po jednej, raz po drugiej stronie cywilizacyjnego sporu. Ale jest to spór trwale wpisany w konstrukcje społeczną od początków XX wieku. I to nie tylko w Polsce. Podobne podziały mniej czy bardziej są widoczne w większości krajów świata zachodniego. A ostatnia dekada przyniosła wręcz eksplozje tego sporu.

Kłopot w tym, że najmniej winny eskalacji tego sporu jest mityczny „redneck” czy „moherowy beret”. Wynika on przede wszystkim z dekompozycji i rozpadu elit. Od stuleci konstrukcja społeczeństw Zachodu opierała się o rolę wzorcotwórczą i kierowniczą elit. Krążących jak chciał Pareto, czy okopanych w swoich okopach Świętej Trójcy jak szydził Krasiński. Elity początkowo urodzenia, potem urodzenia i majątku i w końcu wpływu dysponowały monopolem środków komunikacji społecznej (ambona, karczma, zebranie lokalne, potem gazety, radio i telewizja) oraz tworzyły jedyne obowiązujące a przede wszystkim atrakcyjne ścieżki awansu społecznego. Z drugiej strony przez systematyczną kooptację najzdolniejszych jednostek z klasy ludowej – bo co najmniej od XIX wieku jednym z głównych czynników kształtujących elity staje się cenzus wykształcenia – dysponowały realną przewagą wiedzy.

W skali mikro były to mityczne spotkania przy brydżu lekarza, proboszcza, nauczyciela i wójta. Ich sugestie od kroju modnego surduta, aż po to na kogo głosować w wyborach były zazwyczaj przyjmowane przez lokalną społeczność.

W Polsce czasy rozkwitu elit lokalnych zdominowanych przez inteligencję – tu jest różnica z Zachodem, gdzie na prowincji dominowali raczej lokalni przedsiębiorcy czy zamożni rolnicy – to epoka międzywojenna i (tak tak) jeszcze bardziej czasy komuny. Szczególnie po 1956 roku. Przepaść mentalna wykreowana przez komunistów pomiędzy tzw. „umysłowym” a „fizycznym” była nie mniejsza niż miedzy chłopem a szlachcicem. O ile ktoś szczególnie intensywnie nie walczył z reżimem to mógł żyć we względnym spokoju i komforcie. Przy czym intensywność walki z reżimem mogła być tym większa, im wyższa była pozycja społeczna walczącego. Pisarz, kompozytor czy profesor uniwersytetu musiał publicznie zaatakować system, napisać artykuł do paryskiej „Kultury” (i to nie jeden) żeby zostać objętym zakazem druku czy być aresztowany. Robotnik mógł wylądować na dołku ubeckim za uwagę o przywilejach lokalnego sekretarza partii. Małomiasteczkowy inteligent mógł spokojnie cieszyć się swoim prestiżem i rolą wzorcotwórczą jednocześnie demonstrując niechęć do komuny przez słuchanie od czasu do czasu „Wolnej Europy” i bywanie na mszy w kościele.

Przede wszystkim jednak elity cieszyły się dość siermiężnymi w porównaniu ze światem Zachodu, ale jednak przywilejami. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć, jak w czasach późnego Gierka spędzaliśmy Boże Narodzenie u mojej ciotki, szanowanej dentystki w małym miasteczku na Dolnym Śląsku. Przed sklepami stały już gigantyczne kolejki po wszystko. A my podjeżdżaliśmy od tyłu sklepu gdzie pani kierowniczka wynosiła najlepsze szynki, makowce czy pomarańcze. Bywało, że przy tym tylnym wejściu spotkaliśmy a to dzieci lokalnego dyrektora, a to księdza proboszcza. Co najważniejsze, odbywało się to w gruncie rzeczy na oczach kolejki „normalsów”. I rzecz jasna nikt nie protestował. System przywilejów zdawał się być naturalnym porządkiem rzeczy, a mama stojąca w tej zwykłej kolejce mogła co najwyżej powiedzieć swojemu dziecku, jak się będziesz uczyć na doktora to też będziesz mógł kupować od tyłu sklepu.

Oczywiście ta utrwalona przez komunistów hierarchia: pana, wójta i plebana, choć rażąca i poniżająca, była najmniej istotnym elementem systemu. Kluczem było to, że elity dysponowały potężną siłą wzorcotwórczą. I na poziomie wyznaczania aspiracji społecznych i na poziomie wskazywania celów politycznych. Podział na elitę „umysłowych” i proletariat „fizycznych” był przecież fundamentem systemu totalitarnego. Umysłowi – od pewnego momentu – dysponowali ograniczonym prawem do kontestowania systemu, pod warunkiem, że nie będą buntowali „fizycznych”. Dlatego rewolucją było powstanie KOR-u a potem Solidarności. Swobodna komunikacja „elit i ludu” rozbiła system.

Tyle, że wszystkie systemy polityczne Zachodu były w dużej mierze oparte na kreacyjnej sile elit. Elity tworzyły partie polityczne, ograniczając pole wyboru. Elity (pisałem o tym parę dni temu) zachowywały także solidarność wewnętrzną chroniąca tych, którym „wolno więcej”. Ale podstawowym narzędziem dominacji elit, była siła wzorca. Niezwykle ważna, bo stabilizująca procesy społeczne.

Gdzieś od czasów rewolucji obyczajowej symbolizowanej przez rok 1968 zaczął się jednak proces alienacji elit umysłowych. Narzucanie lewicowej wrażliwości politycznej na uniwersytetach z początku wyglądało raczej zabawnie niż groźnie. Ale już w latach siedemdziesiątych przybrało formę opresji. Pamiętam opowieści wybitnego znawcy Rosji, prof. Richarda Pipesa, który opowiadał mi, że kiedy przyjął ofertę doradzania Ronaldowi Reaganowi, zaczął być przez kolegów z Uniwersytetu Harvarda traktowany jak skrzyżowanie wariata z faszystą. W dyskursie naukowym, a potem publicznym w ogóle, zaczął panować terror politycznej poprawności. Murzyn stal się Afroamerykaninem, słowo konserwatysta wcześniej opisujące poglądy stało się obelgą, a próba kwestionowania „postępowości” Fidela Castro eliminowała z towarzystwa. Katalog „myślozbrodni” rozszerzał się na kwestie związane z seksualnością, doprowadzając do absurdów w rodzaju wyrzucania z pracy za powiedzenie komplementu. I oczywiście był to terror poprawności o wyraźnym kierunku ideowym. Nie wypadało przyznawać się do religii, do wspierania choćby i umiarkowanych ruchów prawicowych itd.

Z czołowych uniwersytetów zaraza poprawności przeniosła się do debaty publicznej. I zbudowała mur niezrozumienia pomiędzy elitami wpływu a tak zwanymi zwykłymi obywatelami. Niczym w epoce stalinizmu ludzie na zachodzie zaczęli posługiwać się innym językiem w sferze prywatno-domowej a innym w publicznej.

W przekazie medialnym jako wzorzec zaczął być pokazywany model rodziny mieszanej rasowo, potem w ogóle nie rodziny tylko odnoszącego sukcesy singla a w końcu pary homoseksualnej. Rola wzorcotwórcza filmu i telewizji zaczynała być coraz słabsza, ponieważ zwyczajny Amerykanin a po nim także Europejczyk widział w tym obrazie sztuczną kreację, nijak nie przystającą do jego życia.

W Europie z kolei (proces mocno przyciszył po załamaniu się systemu komunistycznego) partie lewicowe zorientowały się, że opowieść o gospodarce socjalistycznej i potężnym państwie opiekuńczym przestały być atrakcyjne i wiarygodne dla wyborców. Dyskretnie podmieniły więc sztandary czerwone na tęczowe, przyjmując rolę obrońców rzekomo (choć bywało, że rzeczywiście) uciśnionych mniejszości. A że socjaldemokracja dominowała od roku 68 w mediach i na uniwersytetach dyskurs skupiony na prawach mniejszości i na krytyce „reakcyjnego i konserwatywnego” myślenia zaczął być obowiązującą narracją elit wpływu.

I to jednak nie wystarczyło, by zdemolować klasyczny model relacji społecznych. Wobec tego lewicowe „awangardy” ukręciły sznur na własne szyje poprzez stworzenie zjawiska tak zwanych celebrytów. Bohaterowie talk show, różnych Big Brotherów i dziesiątków coraz prymitywniejszych klonów tego programu zaczęli być promowani w mediach jako wspaniali „zwyczajni” ludzie. W lewicowej narracji „dobry dzikus” z talk show stawał się niczym w totalitarnej utopii JJ Rousseau nosicielem prawdziwych wzorców. Wystarczyło we właściwym momencie ściągnąć publicznie majtki (dosłownie lub w przenośni) by być indagowanym przez media o opinię na dowolny temat.

Wreszcie, przy powszechnym dobrobycie (Wallmartowym – zgoda) przyspieszonej pauperyzacji ulegały rzeczywiste elity umysłowe. Profesura na uniwersytecie była o wiele gorszym pomysłem na osiągniecie materialnego i prestiżowego sukcesu niż występ z gołym biustem na trybunach stadionu. Na dodatek, wobec postępującej specjalizacji w życiu intelektualnym, prawdziwi specjaliści i eksperci zaczęli posługiwać się na tyle hermetycznym językiem, że nawet przy dobrej woli odbiorcy, przestali być rozumiani przez tak zwanego zwykłego człowieka.

A ostateczny cios zadał elitom Internet. Nagle zakończył się monopol na wypowiedzi w debacie publicznej. Standardy dziennikarstwa zderzyły się z milionami wpisów w mediach społecznościowych. Standard zakładający, że wypowiedź publiczna musi spełniać minimalne standardy (wskazanie źródła i jego weryfikacja, posługiwanie się językiem literackim etc.) został zastąpiony kulturą krzyku, kto głośniejszy i bardziej kontrowersyjny ten lepszy.

Efektem wszystkich tych procesów okazało się zniszczenie elit jako takich. A dla społeczeństwa jako organizmu brak elit wzorcotwórczych można porównać do sytuacji statku na wzburzonym morzu nagle pozbawionego kompasu i wszelkich urządzeń nawigacyjnych. Dodajmy, że kapitana wyrzucono za burtę a ster trzyma w rękach ten kto opowie najśmieszniejszą historyjkę. Pasażerowie statku miotają się coraz bardziej przerażeni. Spora część poszła do baru, który wciąż jeszcze jest pełny trunków i zapasów. I delegują do sterówki tego, kto obiecuje, że już jutro doprowadzi ich do portu. Ponieważ nie mają narzędzi pozwalających zweryfikować kompetencje kandydata wybierają tego, który najwięcej obiecuje. Zapominając, że nader często jego jedyną motywacją jest wiedza o tym, że w kajucie kapitańskiej czeka skrzynka dobrej whisky.

Wracając do wyborów. Nie mam dobrych wieści. Dopóki nie zabraknie zapasów w barku, albo statek nie osiądzie na mieliźnie trudno liczyć na odbudowę pozycji elit. A bez niej, będziemy zachowywać się jako społeczeństwa coraz bardziej irracjonalnie. Co nie znaczy, że nie powinniśmy w oczekiwaniu katastrofy po cichu szkolić kandydatów na nowa załogę statku (czytaj próbować odbudowy elity kompetencji i odpowiedzialności) i modlić się, żeby zdołała przejąć stery zanim statek nieodwołanie rozbije się o skały.