Była sobie historia…
Jerzy Marek Nowakowski 15.04.2020

3 września 476 roku mieszkańcy Italii kładli się spać w pięknej i kulturalnej starożytności, a następnego dnia obudzili się w twardym i barbarzyńskim średniowieczu. Tak to wygląda na kartach podręczników historii. W rzeczywistości ani w roku 476 ani kilka lat później nikt żadnej zmiany nie zauważył. Zamach stanu wodza Odoakra mało obchodził obywateli Rzymu. Ale nawet dla klasy politycznej nic się w istocie nie zmieniło. Dopiero z dzisiejszej perspektywy wiemy, ze zmieniło się w istocie wszystko.

 

Piątek 13 marca z pozoru także nic nie zmienił. Ot mieliśmy ogłoszone w Polsce nadzwyczajnej środki ochrony przed epidemią. Obawiam się jednak, że przyszli historycy przełom zimy i wiosny 2020 roku będą opisywali jako koniec epoki. Epidemia niegroźnej na pierwszy rzut oka choroby wirusowej sprawiła, że świat nie będzie już taki sam. Podobnie jak Rzymianie w 476 roku nie wiemy jeszcze co z tego wyniknie. Ale wydaje się oczywiste, że histeryczna reakcja całego świata na nowy wirus jest sygnałem nadejścia nowej epoki.

Jak każdy, kto ma już sporo lat przeżytych, patrzę na rewolucyjne zmiany z obawą. Jako wspólnota Zachodu mieliśmy od jakichś 60 lat spokojny i uporządkowany świat. Nieprawdopodobny dobrobyt, awans społeczny i powszechna opieka zdrowotna. Przywykliśmy do tego, że może być tylko lepiej. Gdzieś na horyzoncie majaczyły czarne chmury w postaci kryzysu klimatycznego, rosnącej biedy południa czy mocarstwowych aspiracji Chin. Ale niczym obywatele starożytnego Rzymu byliśmy w istocie pewni, że klęski żywiołowe czy najazdy barbarzyńców będą wprawdzie nieprzyjemne, ale prędzej niż później wszystko wróci na utarte tory. Znowu będziemy wertowali reklamy egzotycznych podróży i foldery przekonujące nas do zakupu nowego, większego samochodu, domu czy choćby telewizora. Nielicznych ekonomistów zapowiadających kryzys traktowaliśmy niczym zrzędliwego wuja, który psuje rodzinną imprezę.

Na dodatek, a może nawet przede wszystkim, psuliśmy nasze państwa. I to na dwa, z pozoru różne, sposoby. Z jednej strony dawaliśmy instytucjom państwowym coraz więcej władzy. Częściowo w wyniku kolejnych rewolucji technologicznych, które stworzyły możliwości kontrolowania obywateli znacznie przekraczające wyobrażenia Orwella. Częściowo dlatego, że kolejne pozorne prezenty od państwa dawały obywatelom złudne poczucie bezpieczeństwa. Złudne, ponieważ oznaczały w istocie zasypywanie obywateli rożnymi „plusami” o wartości tanich błyskotek z dyskontu a nie rzeczywiste budowanie solidnych gwarancji tego, że w razie zagrożenia obywatele mogą na swoje państwo liczyć. Drugi sposób psucia państwa polega na kolejnych falach pogarszania jakości elity rządzącej. Jest znaną prawidłowością, że w czasach spokoju nie chcemy silnych i wybitnych przywódców. Nie bez przyczyny najwięksi: Churchill, Clemenceau, de Gaulle czy Piłsudski tracili władzę z nadejściem spokoju i dobrobytu. Ich miejsce zajmowali drugoligowcy tworzący iluzję, że są podobni do nas, że niczego nie będą wymagać, i ze będzie już spokojnie. Prawo Kopernika – Greshama mówiące, iż gorsza moneta wypiera lepszą w polityce działa równie nieubłaganie jak w ekonomii. Co więcej, im dłużej trwał spokój i dobrobyt tym było gorzej. Drugoligowców zastępowali trzecioligowcy. A państwo, znowu niczym w starożytnym Rzymie, było rządzone ku uciesze tłumu krzyczącego: „chleba i igrzysk”. Tłumowi nie przeszkadzało, że na zapleczu cesarskiego dworu rządzą intrygi pretoriańskiej kamaryli. Dopóki na Forum rozdawano zboże a w cyrku lała się krew gladiatorów wszystko było dobrze.

Epidemia koronawirusa okazała się dla współczesnego świata zachodniego klasycznym czarnym łabędziem: zdarzeniem niespodziewanym uruchamiającym mechanizmy kryzysowe. Skala kryzysu wydaje się nieporównywalna z niczym, co dotychczas przeżyliśmy. I wydaje się, że proces zmian jest już nie do zatrzymania. A sam czarny łabędź nie wygląda jakoś nadzwyczaj groźnie. W gruncie rzeczy miał rację Donald Trump stwierdzając, że jest to trochę gorsza grypa. Pandemia trwająca już od kilku miesięcy pochłonęła dotąd około 120 tys. ofiar. Głównie ludzi starszych i schorowanych. Ogromna większość zarażonych przechodzi epidemie lekko bądź bez objawów. 120 tys. ofiar to straszna liczba. Tak, ale… Przypomnijmy, że w tym samym czasie tylko w Polsce i tylko na raka umarło ponad 100 tys. ludzi. Że więcej ofiar w tym samym czasie pochłonęły wojny na Bliskim Wschodzie, że w ciągu tego kwartału na malarię umarło ćwierć miliona ludzi i tak dalej. Reakcja świata na pandemię okazała się zadziwiająco solidarna (zwłaszcza na Zachodzie) i sprowadza się do gigantycznego globalnego stanu wyjątkowego. Globalna gospodarka stanęła. A przecież obok wielkiego czarnego łabędzia pojawiło się co najmniej kilka mniejszych. Niebywały spadek cen ropy, wcześniej fala pożarów, zgrzytający system finansowy i czający się na granicach Europy kryzys uchodźczy. Do tego rozsypujący się pod naporem populizmów system polityczny Zachodu. OK, wystarczy. Reakcja na pandemię wszystkie te kryzysy „przykryła”. I wciąż zastanawiam się – dlaczego? Jedyną sensowną odpowiedzią jest powrót do tego co pisałem o kryzysie współczesnego państwa i upadku przywództwa. Histeryczna reakcja na pandemię jest dowodem tchórzostwa polityków. Aby uniknąć oskarżeń o brak reakcji, politycy po kolei naśladują pomysły autorytarnego reżimu chińskiego. Używając narzędzi omnipotentnego państwa XXI wieku politycy dokonali rzeczy niebywałej. Obywateli wolnego i bogatego Zachodu zamknęli w domach. Czy dlatego, że ludzie masowo marli na ulicach? Nie, dlatego żeby się nie wydało, iż jesteśmy totalnie niegotowi na kryzys. Że nasze szpitale, tajne składy zapasów, nasze społeczeństwa nie są przygotowane do zderzenia z realnymi problemami.

Teoretycznie powinniśmy być gotowi. Przecież scenariusz wojny biologicznej był jednym z najbardziej prawdopodobnych. Tymczasem słyszymy narzekania na Unię Europejską – tu przodują Włosi i Polacy a nikt nie wspomina o braku reakcji NATO. A przecież powinniśmy mieć gdzieś wielkie tajne składy – masek, kombinezonów, respiratorów – na wypadek obsypania nas jakimś mitycznym wąglikiem czy inną zarazą. Skądinąd przeczytałem, że prawie połowa Polaków (badanie prof. Markowskiego) żyje w przekonaniu, iż to nie jest żadna epidemia, tylko celowo sprowokowana zaraza.

Na razie rzecz wygląda tak, że politycy zajmują się debatami o wyborach a tchórzliwie wprowadzany lock out wygląda na samobójstwo popełniane ze strachu przed śmiercią. Powszechne przekonanie, że wrócimy do normalności (choćby i nowej, jak powiadają zgodnie Macron i Morawiecki) jest równie prawdziwe, jak przekonanie Rzymian, że nic się nie stało. Za kilka miesięcy staniemy przed wyborem. Czy zaaprobować władzę omnipotentnego państwa rządzonego przez populistycznych szarlatanów (żeby było jasne nie chodzi ani tylko ani nawet przede wszystkim o Polskę!) czy zabrać się do trudnej odbudowy republiki, broniącej naszych praw i wolności, ale także dającej szansę na odbudowe dobrobytu. Perspektywa socjalistyczno-autorytarnego średniowiecza na dodatek podlanego nacjonalizmem jest całkiem realna. A republikańska odpowiedź na razie nie pojawiła się na rynku idei. Będziemy musieli sobie odpowiedzieć na proste pytanie: czy globalny kryzys da się rozwiązywać narzędziami państw narodowych czy może powinniśmy zainwestować w odbudowę i – co ważniejsze – przebudowę instytucji, takich jak NATO i Unia, by uchronić co się da z naszych wartości i naszego stylu życia.

Przełom historyczny zafundowały nam nie wirusy, nawet nie globalne korporacje. Zafundowały go nam tchórzliwe i niezdolne do myślenia strategicznego elity polityczne. I tak jak upadek cesarstwa w Rzymie zapoczątkował całkowicie nowa epokę, tak pewnie przyszli historycy uznają, że wiosna 2020 to prawdziwy początek nowego świata trzeciego tysiąclecia. Kryzys wartości trapił Zachód już od pewnego czasu. Czy po epidemii jak w V wieku nadejdą czasy upadku, czy jak po czternastowiecznej „czarnej śmierci” pojawi się era Odrodzenia. To jest pytanie na które siedząc w zamknięciu powinniśmy sobie odpowiedzieć.