Chciwi klienci pazernych banków
Jerzy Wysocki 05.05.2014

Od wczoraj bohaterką mediów jest pani Magda, która wzięła kredyt we franku szwajcarskim ale go nie spłaca więc komornik zamierza zlicytować jej 140 metrowy dom. Odsetki karne wynoszą 10  tysięcy miesięcznie a jej przychody pięć tysięcy. Uważa, że bank ją oszukał udzielając ryzykownego kredytu i nadal chce mieszkać w „swoim” domu. W zeszłym tygodniu można było przeczytać  reportaż  „wSieci” o pani Marii, która przez 4 kolumny opowiada, jak kupiła w banku jakiś produkt finansowy (chyba poliso-lokatę, jak wynika z mętnego choć emocjonalnego wywodu), co może okazać się dla niej niekorzystne bo musi „nakarmić dziecko i staruszka”.

A zaczęło się od pana Tomasza Sadlika z Krakowa, tłumacza przysięgłego, który wziął kredyt we frankach na duże biuro tłumaczeń, specjalizujące się w obsłudze handlu polsko-hiszpańskiego. Frank zdrożał, nieruchomość staniała a pan Tomasz został na lodzie. Ubolewa, że kryzys ograniczył polsko-hiszpańską wymianę handlową i nie ma co tłumaczyć. Oferował bankowi, że zamiast rat kredytu może coś dla banku potłumaczyć, ale jest to bank austriacki więc tłumacza hiszpańskiego nie wzięli. Mimo, że znał też kataloński, czyli język w którym mówią kibice FC Barcelony, co też nie ma nic do rzeczy. Sprawa trafiła do sądu i mediów. Sytuacja rodzinna pana Tomasza nie jest znana, ale dla niego lepiej, żeby była tragiczna. Bo jak słusznie pisze Maciej Samcik w Gazecie Wyborczej: Dziennikarze uwielbiają sensacje, a jak już pokazać płaczącą, wyrzucaną z domu kobietę z dzieckiem na ręku to sama przyjemność”.

Myślę, że podobną „przyjemność” odczuwają lewicowi i pseudoprawicowi politycy, dla których obrona tzw. frankowców stanie się jednym z wątków licznych kampanii wyborczych. To 700 tysięcy polskich rodzin, potężny elektorat. Już teraz proponują jakieś tam rozwiązania w myśl hasła, że zadłużonych we frankach trzeba potraktować jak powodzian.

Powodzianie sami sobie wody do piwnic nie napuścili, klienci banków wiedzieli co robią a jeśli nie, to powinni wiedzieć. Pani Magda zamiast 140 metrowe domu mogła kupić i spłacać skutecznie 40 metrowe mieszkanie, pani Maria, mogła założyć zwykły depozyt lub kupić obligacje państwowe  a nie bawić się poliso-lokaty czy jakieś tam inne kosmiczne produkty, o których nie ma zielonego pojęcia. Pan Tomasz, mógł wynająć lokal na biuro tłumaczeń lub kupić mniejsze. Nasi bohaterowie chcieli sobie pożyć ponad stan, znaleźli się pod stanem wody.

Nie miejmy złudzeń. Banki są pazerne, wciskają to na czym najwięcej zarobią a klient mniej zyska lub wręcz straci. Nachalność tzw. doradców w przekonywaniu co dla ciebie dobre, przypomina arabskich handlarzy wciskających wisiorki i kamyki. Dzwonią z zastrzeżonych numerów, dupę zawracają czytając z kartki: Panie…….specjalnie dla Pana, z uwagi na wieloletnia współpracę i lojalność mamy specjalną ofertę……….. Jednej z miłych Pań, powiedziałem, że właśnie popełniam samobójstwo a więc karty kredytowej nie potrzebuję lecz trumnę, inną – o miłym głosie – zapytałem czy mogę ubezpieczyć  się na walkę bokserską z Tysonem. Z facetami nie rozmawiam.

Oczywiście, pamiętamy kwestię spreadu, czyli marży wymiany walut. Pamiętamy Amber Gold i wprowadzające w błąd reklamy. KNF robi dobrą robotę wprowadzając kolejne rekomendacje i zwalczając nieuczciwe praktyki. Ale urzędnicy nie będą czytać za nas umów, nawet pisanych małym druczkiem, czym najczęściej tłumaczą się sfrustrowani własną naiwnością klienci. Źle by się stało, gdyby restrykcje poszły za daleko. Jeśli banki będą oczekiwać, że pokaże się im milion na koncie, żeby dostać pół miliona na mieszkanie, to po co komuś kredyt. I zacznie się lament w druga stronę. Że państwo utrudnia start młodym ludziom, ogranicza swobodę umów itp.