Chicken game z Brukselą
Tomasz Wróblewski 20.12.2017

Komisja Europejska podjęła intrygującą grę. Nie dlatego, że pierwszy raz uruchomiła Artykuł 7, ale dlatego, że uruchomiła coś co nie wiadomo jak ma się skończyć. Zarówno w przypadku przegranej jak i wygranej – upokorzenia polskiego rządu. Dwa rozpędzone samochody na wyjących silnikach pędzą na czołowe zwarcie. Amerykańskie nastolatki nazywają to chicken game – kto okaże się kurczakiem, stchórzy i wjedzie w rów. Wielki blef, w którym każda ze stron przekonana jest, że ta druga w ostatniej chwili zjedzie z drogi.

Komisja Europejska liczy na wariant Grecki, gdzie po wygranym referendum, premier Aleksis Tsipras pokajał się przed Niemcami, żeby ratować swoje państwo przed bankructwem. W naszym wypadku chodzi o fundusze unijne, dla których Polska, według KE pójdzie w ślady Tsiprasa. Polska z kolei przekonana jest, że Węgry nie poprą sankcji wobec Polski i komisja się skompromituje. Tak czy owak wszyscy przekonani są, że mają w ręku mocniejsze karty. Polska mówi „o obronie suwerenności” a KE „stoi na straży europejskości”. Żadnej otwartej furtki na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Polska podważa prawo Komisji do osądzania reform wymiaru sprawiedliwości, a Komisja Europejska chce, żeby popularny w Polsce rząd uznał żądania znienawidzonej i słabej opozycji.

Oczywiście może być i tak, że Węgry, które trzymają w ręku klucz do rozgrywki, w ostatniej chwili zdecydują się na kapitalizacje swojej unikalnej pozycji. W zamian za specjalne względy, “zdradzą” i zostawią polski rząd ze spuszczonymi spodniami . Z kolei UE może przeceniać nasze obawy o fundusze unijne. Kto wie czy w kolejnej perspektywie będą miały jeszcze jakiekolwiek znaczenie.

Sytuacja bardziej przypomina dziś Brytyjski scenariusz niż Grecki. Gdzie każda ze stron do ostatniej chwili dociskała gaz do dechy, w głębi ducha wierząc w zdrowy rozsądek drugiej strony. Na koniec okazało się, że po żadnej ze stron nie było nikogo dorosłego za kierownicą.

Rzecz nie musi się skończyć drugim Brexitem, ale też może odmienić Unie. Po starciu z Polską, to może być zupełnie inny byt, trudny dziś do wyobrażenia. Jeżeli Węgrzy, mimo wszystko zdecydują się skręcić unijną kierownicą i wjechać w rów ratując Polskę przed sankcjami, to dla Komisji Europejskiej i całej jej liberalno-demokratycznej agendy oznacza poważny uszczerbek na wizerunku. To może zmobilizować upokorzonych przywódców do przyśpieszenia integracji wokół Niemiec i Francji, z oddzielnym budżetem i polityką handlowej od „niechcianych „peryferii”. Przegrana i upokorzenie Polski, może z kolei oznaczać mocne rozluźnienie więzów z Brukselą i początek budowy anty-unijnej koalicji w Europie Środkowej z błogosławieństwem Londynu.

Skoro wszyscy już wiemy, że znaleźliśmy się w punkcie bez wyjścia, to albo zacznijmy planować życie po życiu, albo szukajmy jakiegoś objazdu, zamiast bezmyślnie, dalej cisnąć ten pedał gazu.