Cła jak Lenin – wiecznie żywe
Robert Gwiazdowski 01.12.2014

Pewne tematy są jak Lenin – wiecznie żywe. Więc po raz kolejny muszę coś napisać o cłach.

Ubrania z Chin. Używane samochody z Niemiec. To stali goście mediów i przedmiot troski wielu komentatorów. Dlaczego? Bo tanie. A jak tanie, to podobno niebezpieczne dla polskiej gospodarki. Czy rzeczywiście???

Cła przez lata całe odgrywały poważną rolę w kształtowaniu dochodów państwa i zarazem w uszczuplaniu zawartości kieszeni podatników i przez lata całe były też przedmiotem krytyki ze strony przedstawicieli tak zwanej ekonomii klasycznej. Adam Smith w Bogactwie Narodów pisał: „to, co jest roztropnością w prywatnym życiu każdej rodziny, nie może być chyba szaleństwem w życiu wielkiego królestwa”. I dodawał, że „jest zasadą każdego roztropnego ojca rodziny, by nie próbować nigdy wyrabiać w domu tego, czego wyrób kosztuje więcej niż kupno”. Tymczasem “w każdym kraju interes wielkiej masy ludzi polega i musi na tym polegać, aby kupować rzeczy potrzebne od tych, którzy je sprzedają najtaniej. Twierdzenie to jest tak oczywiste, że śmieszna wydaje się konieczność jego udowadniania. Nigdy by go też nie kwestionowano, gdyby dbała o swój interes sofistyka kupców i fabrykantów nie przyćmiła zdrowego rozsądku ludzi. Albowiem pod tym względem interes kupców i fabrykantów przeciwstawia się bezpośrednio interesom wielkich mas ludzkich”.

Zarówno w handlu wewnętrznym, jak i zagranicznym „wielka masa ludzi” chce kupować jak najtaniej, a sprzedawać jak najdrożej. Można więc się zastanowić, co sprawiło, że to, co jest roztropnością w prywatnym życiu każdej rodziny, mogło zostać uznane za szaleństwo w życiu wielkiego państwa? W jaki sposób „dbająca o swój interes sofistyka” mogła doprowadzić do rozmnożenia restrykcji określających co, od kogo i na jakich warunkach możemy kupować. „Przyczyną jest cała sieć błędów, od których rodzaj ludzki nadal nie potrafi się uwolnić” – odpowiada na takie pytanie Henry Hazlitt. Najważniejszy „polega na tym, że uwzględnia się jedynie bezpośrednie skutki, jakie cła przynoszą określonym grupom, zaniedbując odległe skutki, jakie stają się udziałem całego społeczeństwa.”

Zabójczą politykę celną określa się eufemistycznym mianem „protekcjonizmu”. Jest to jednak ładna nazwa dla złej sprawy. Bałamutna terminologia kryje bowiem za sobą nie ochronę, lecz faktyczną eksploatację konsumentów, zawsze bezpośrednio dotkniętych restrykcjami. O ile w gospodarstwie domowym chcielibyśmy kupić jak najwięcej za jak najmniej, to w stosunkach międzynarodowych sytuacja taka nazywana jest „niekorzystnym bilansem handlowym”. Absurdalność tego twierdzenia wynika stąd, że nie możemy jeść, ubierać się i cieszyć wyrobami eksportowanymi za granicę. Jemy natomiast banany z Ameryki Środkowej, nosimy włoskie buty, jeździmy niemieckimi samochodami i oglądamy programy na ekranach japońskich telewizorów. Korzyścią, jaką ludzie odnoszą z handlu międzynarodowego jest więc właśnie to, co importują. Eksport zaś stanowi swoistą zapłatę za towary importowane. Dlatego dla obywateli danego państwa korzystne jest uzyskiwanie maksymalnie dużego importu za dany wolumen eksportu lub, co na to samo wychodzi, opłacanie danego importu minimalnym eksportem. Gdy jakiś rząd subsydiuje towary eksportowe, to mimowolnie dotuje także konsumentów w krajach importujących te towary. A gdy nakłada cła na towary importowane to naraża na straty nie tylko producentów tych towarów z innych krajów, ale także na własnych konsumentów.

Argumentacja na rzecz ceł ochronnych dostrzega tylko jednego wytwórcę i jego pracowników. Zwraca uwagę na skutki bezpośrednio widoczne, zaniedbując te, których nie można zobaczyć, gdyż nie pozwala się im zaistnieć. Chcemy chronić polskiego producenta, który utrzymuje, że nie może dostarczyć na rynek takich samych towarów jak konkurencja zagraniczna w takiej samej jak ona cenie. Dlatego, jeżeli nie zostanie mu udzielona pomoc państwowa w postaci ceł nałożonych na towary zagraniczne, zbankrutuje, jego pracownicy stracą możliwość zarobkowania i cała gospodarka poniesie stratę. Są to argumenty bardzo poważne, odwołujące się do konkretnych skutków dla konkretnych osób. „Ale – jak pisze Hazlitt – są również inne skutki, wprawdzie o wiele trudniejsze do ustalenia, ale nie mniej bezpośrednie i nie mniej oczywiste”. Jeżeli wprowadzimy cło na jakieś towary, to one podrożeją. Konsumenci będą musieli wydać większe kwoty na ich zakup. Tym samym nie będą mogli kupić innych rzeczy, które z pewnością by kupili, gdyby zostały im pieniądze po nabyciu innych, tańszych produktów. W ten sposób nie ma szans rozwinąć się zatrudnienie w innych gałęziach przemysłu. Gdy wprowadzamy cła na towary zagraniczne, te same towary  krajowe zazwyczaj także drożeją. W ten sposób konsumenci subsydiują daną branżę. Kupując towary krajowe płacą w efekcie podatek zawarty w podwyższonej cenie. W związku z czym w danej branży może nawet wzrosnąć zatrudnienie. Mogą wzrosnąć płacone przez nią podatki. Ale w ostatecznym rachunku nie można mówić o wzroście produkcji krajowej czy zatrudnienia. Konsument zmuszony  płacić więcej za jakieś towary ma mniej na inne zakupy. To co jest dobre dla jednej branży jest więc złe dla wszystkich pozostałych. Z tym, że pozytywne skutki dla wybranej branży są na ogół wyraźniejsze i od razu widoczne. Negatywne skutki dla innych odłożone są w czasie i nie są tak wyraziste. Zmniejszenie zatrudnienia nigdzie nie jest wyraźne widoczne, tak jak wzrost w branży preferowanej. Każdy konsument inaczej przeznaczyłby bowiem zaoszczędzone pieniądze. Efekt ich nie wydania jest więc początkowo ukryty.

Co więcej, „ograniczając za pomocą wysokich ceł lub bezwzględnych zakazów przywóz z zagranicy takich dóbr, które można wytwarzać w kraju, zapewnia się w mniejszym lub większym stopniu przemysłowi krajowemu, który je produkuje, monopol na rynku wewnętrznym” – twierdził Smith. Nie ulega zaś wątpliwości, a przynajmniej nie powinno ulegać, że „monopol na rynku krajowym wspiera ogromnie tę gałąź przemysłu, która z niego korzysta i że często kieruje ku niej więcej pracy i zasobów społeczeństwa, niżby to miało miejsce, gdyby tego monopolu nie było. Ale czy prowadzi to do wzrostu ogólnej wytwórczości społeczeństwa, czy nadaje jej kierunek najbardziej pożądany – tego nie można chyba uznać za równie oczywiste. (…) Żadne przepisy handlowe nie mogą zwiększyć rozmiarów działalności produkcyjnej jakiegoś społeczeństwa ponad to, co jego kapitał może uruchomić. Ustawodawstwo może co najwyżej skierować część wytwórczości tam, gdzie inaczej mogłaby nie trafić; ale bynajmniej nie jest pewne, czy ów sztucznie nadany kierunek będzie korzystniejszy dla społeczeństwa niż kierunek, który by wytwórczość obrała samorzutnie”. Z całą pewnością można jednak założyć, że „nie pokieruje się wytwórczością w sposób, jaki przynosi najwięcej korzyści, jeśli nastawi się ją na wytwarzanie przedmiotów, które można taniej nabyć, niż wyprodukować”. Smith zauważył, że “stosując szklarnie, inspekty i ogrzewane mury można wyhodować w Szkocji bardzo piękne winogrona, jak też zrobić z nich doskonałe wino, kosztem blisko trzydziestokrotnie większym niż koszt sprowadzenia z zagranicy (…) Jeżeli więc oczywistym absurdem jest skierowanie do jakiejś dziedziny produkcji trzydzieści razy większej ilości kapitału i pracy niż to, co by wystarczyło na zakupienie za granicą tej samej ilości potrzebnych towarów, to takim samym, choć nie tak jaskrawym, absurdem będzie również skierowanie do tej dziedziny ilości kapitału i pracy większej o jedna trzydziestą lub jedną trzechsetną”.

Zdaniem autora Bogactwa narodów „istnieją dwa przypadki, w których, na ogół biorąc, nałożenie pewnych ciężarów na przemysł obcy korzystne będzie dla poparcia przemysłu krajowego. Pierwszy z tych przypadków ma miejsce, gdy jakiś szczególny rodzaj przemysłu jest niezbędny dla obrony kraju. (…) Drugi przypadek (…) ma miejsce wtedy, kiedy w kraju ustanawia się jakiś podatek na pewne wyroby przemysłu krajowego. Wydaj się wskazane, żeby w tym przypadku nałożyć podatek równej wysokości na podobne wyroby przemysłu zagranicznego”. Natomiast „przypadek, w którym trzeba będzie czasem rozważyć, w jakim stopniu byłoby rzeczą właściwą utrzymywać nadal wolny przywóz pewnych towarów zagranicznych, zachodzi wtedy, gdy jakiś obcy naród ogranicza drogą wysokich ceł lub zakazów przywóz niektórych naszych towarów do swego kraju. Uczucie zemsty skłania wówczas z natury rzeczy do odwetu”. Jednakże działania odwetowe „mogą być tylko wtedy dobrym posunięciem politycznym, kiedy istnieje prawdopodobieństwo, iż uzyska się w ten sposób cofnięcie wysokich ceł lub godnych pożałowania zakazów. (…) Gdy jednak nie ma żadnego prawdopodobieństwa, aby udało się uzyskać takie cofnięcie ograniczeń, byłoby, jak się zdaje, metodą niewskazaną wynagradzać krzywdę wyrządzoną pewnym klasom narodu w ten sposób, byśmy wyrządzali sami nową krzywdę nie tylko tym klasom, ale i niemal wszystkim innym”. Każde cło bowiem „nakłada rzeczywisty podatek na cały kraj, i to nie na korzyść tej właśnie klasy wytwórców, która ucierpiała wskutek zakazów przywozu wydanych przez naszych sąsiadów, ale na korzyść jakiejś innej klasy”. Prezydent Ronald Reagan w jednym ze swoich przemówień udzielił trafnej odpowiedzi wszystkim tym, którzy za powód restrykcji celnych podają taką samą politykę innych państw. Przywołał on obraz dwóch ludzi na małej łódce i zapytał, czy jeśli jeden z nich przestrzeli w łódce dziurę, to inteligentną odpowiedzią drugiego będzie przestrzelenie drugiej? Czy raczej powinien on się natychmiast zająć wylewaniem z łódki wody?

Oczywistymi beneficjantami wysokich ceł na samochody są udziałowcy spółek je produkujących, ich pracownicy i dostawcy. Oczywistymi ofiarami są udziałowcy, pracownicy i dostawcy zagranicznych spółek produkujących samochody, którzy sprzedają ich mniej w kraju prowadzącym protekcjonizm celny. Również jednak konsumenci w tym kraju są w gorszej sytuacji: mają mniejszy wybór i muszą więcej płacić. O wiele mniej oczywiste jest to, że prawdopodobnie głównymi ofiarami są producenci innych wyrobów z kraju wprowadzającego cła ochronne, gdyż to ich towarów kupują mniej nabywcy zagraniczni. Sprzedając mniej samochodów do danego kraju mają oni mniej pieniędzy na zakup innych jego wyrobów.

Ideę wolnego handlu najlepiej ilustrują cła zbożowe (Corn Laws) wprowadzone w Wielkiej Brytanii w roku 1815 po zakończeniu wojen napoleońskich, w celu ochrony rodzimego ziemiaństwa przed konkurencją z kontynentu, zwłaszcza Francji. Już w roku 1820 Alexander Baring przedstawił w parlamencie słynną petycję kupców londyńskich domagających się stosowania w polityce państwa tej samej zasady, która musi przyświecać działaniom każdego przedsiębiorcy: kupować jak najtaniej, sprzedawać jak najdrożej. Obrony wolnego handlu podjęli się także dwaj przemysłowcy z branży tekstylnej (!!!) – John Bright i Richard Cobden – którzy szybko zrozumieli, iż tego typu protekcjonistyczna polityka rolna uderza rykoszetem w interesy wszystkich konsumentów, a tym samym przemysł brytyjski. Kwoty przeznaczone przez obywateli na zaspakajanie podstawowych potrzeb żywnościowych, których ceny rosły z powodu prowadzonej przez państwo polityki celnej, nie mogły być bowiem przez nich przeznaczone na konsumpcję innych towarów. Utworzyli więc Ligę Przeciwko Ustawom Zbożowym której idee z pewnością nie mieszczą się w głowach współczesnych protekcjonistów, zakładających organizacje mające raczej wspierać interesy grupowe, a nie powszechne. Liga prowadziła agitację przede wszystkim przeciw cłom zbożowym w imię głoszonego przez Cobdena hasła: “Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” i zwalczała “cornservatystów”. Pośrednio jednak broniła ogólnej idei wolnego handlu jako takiego, rozpowszechniając w tej sprawie nie tylko artykuły i przemówienia parlamentarne Cobdena, ale nawet rymy:

 

Free trade will be the link to bind

Each nation to the other;

Twill harmonize the rights of man

With every fellow brother.

 

 

Zgodnie z Prawem Murphy’ego „ludzie postępują rozsądnie dopiero wówczas gdy wszystkie inne możliwości zawiodą”. Tak było i tym razem. Sprzymierzeńcem rzeczników wolnego handlu okazała się zaraza ziemniaczana, która zaatakowała w roku 1843 plantacje w Stanach Zjednoczonych, a następnie w Europie. W obliczu realnej klęski głodu, która groziła biedniejszym warstwom społecznym, głównie w Irlandii, Premier Robert Peel doprowadził do zniesienia ceł na zboże. Było to działanie jednostronne, bez żadnych wzajemnych ustępstw ze strony innych państw. Przyniosło zaś skutki dobroczynne dla całej gospodarki brytyjskiej.