Co dziś uraduje Putina
Tomasz Wróblewski 23.05.2016

Znawców tego, co prezydenta Rosji cieszy i czego pragnie. Wiemy już, że pragnie Brexitu, pragnie Trumpa w Białym Domu, że austriaccy czy francuscy narodowcy realizują jego tajemny plan, a dopełnia go PiS wojujący z Brukselą i niesłuchający prezesa Rzeplińskiego.

Wywód opiera się na założeniu, że współczesne problemy Europy są efektem jednej wielkiej antyestablishmentowej histerii. Ciemny bezwolny lud daje się mamić Putinowi. Jak w każdej teorii spiskowej i w tej jest sporo prawdy. Moskiewskie pożyczki dla Marine Le Pen, infiltracja narodowej opozycji w Holandii, macki propagandowe Russia Today czy długie ramiona Gazpromu w Niemczech. Putin konsekwentnie tka swoją europejską pajęczynę, finansuje skrajnych nacjonalistów i z drugiej strony anarchizującą lewicę od Grecji po Wielką Brytanię. Jak to się jednak stało, że te światłe unijne umysły pozwoliły na to, żeby ten dostojny gmach federalizmu tak szybko zapadał się w sobie? Jak człowiek, który nie potrafi zapewnić dostaw mleka do sklepów w swoim kraju, był w stanie wywrócić porządek polityczny w starej dobrej demokracji?

Po każdym nowym kryzysie budzimy się zdziwieni, że coś znowu poszło nie tak, jak tęgie głowy sobie zaplanowały. Imigranci zamiast wyjeżdżać, znowu wjeżdżają. Grecja zamiast odbijać, znowu tonie, nacjonaliści rosną w siłę, a gospodarka stoi w miejscu. Wszystko, co Komisja Europejska ma nam w zamian do zaoferowania, to jeszcze więcej białych ksiąg optymizmu i jeszcze więcej światłych rad. Tylko ściślejsza kontrola fiskalna, tylko sztywne kwoty imigracyjne, jeszcze więcej dyscypliny klimatycznej i jeszcze mniej suwerenności narodowej. I nie pozwólmy, żeby ten diaboliczny Putin radował się naszymi podziałami.

Zgódźmy się, bo licho nie śpi. Nie żebyśmy odmawiali Putinowi destrukcyjnych skłonności i wrogich zamiarów, ale też nie mamy wątpliwości, że nic mu nie sprawi więcej radości niż kolejna dyrektywa w sprawie równości płciowej, kara finansowa za niewpuszczenie imigranta, etykietka energetyczna na konserwie ostrzegająca, że rybę zapuszkowano, używając prądu z węgla. Komisja Europejska ciężko pracowała na rosnące poparcie partii eurosceptycznych.

 W tym tych promoskiewskich, ale przede wszystkich zwykłych ludzi umęczonych życiem w nieustannym kryzysie. Którzy jak brytyjscy konserwatyści pozostają z niesłabnącą odrazą do Putina, ale też nie mogą zgodzić się na autodestrukcyjny charakter unijnej polityki. Wszelkie próby demokratyzacji, postulaty przywrócenia rządom narodowym większej podmiotowości, odejście od dogmatycznych regulacji zabijających konkurencyjność odrzucane były jako niezgodne z europejskimi wartościami. Gospodarcze konsekwencje socjalnej niefrasobliwości i centralizmu obserwujemy od dobrych siedmiu lat. Ze społecznymi konsekwencjami naiwnej polityki imigracyjnej zmagamy się od roku. Konsekwencje polityczne zobaczymy dopiero za rok, dwa, a w zasadzie już dziś mamy ich przedsmak.

Z każdymi kolejnymi wyborami, zaczynając od ostatniej niedzieli w Austrii przez brytyjskie referendum po wybory w Niemczech, we Francji i możliwe referenda w Szwecji, Finlandii, będziemy widzieli, jak ta przeregulowana, przeintelektualizowana konstrukcja będzie się zapadała razem z całym socjaldemokratycznym konsensusem. To prawda, że wielka niewiadoma, w jaką wkraczamy, jest ogromnym zagrożeniem dla Europy. Podzielona, osłabiona i rozrywana wewnętrznie z całą pewnością będzie łatwiejszym łupem dla Putina. Ale to wszystko dalej są tylko konsekwencje. Efekty wieloletnich, urągających zdrowemu rozsądkowi, destrukcyjnych działań przekonanych o swojej nieomylności elit. Nawet dziś, kiedy ziemia usuwa się im spod nóg, przyczyn swojej porażki szukają w „tępych proputinowskich prawicowych masach”, które nie wiedzieć skąd nagle pojawiły się na ich świetlanej drodze do coraz spójniejszej Europy.

***
Tekst ukazał się we WPROST