Państwo i Prawo
Covidowa Wigilia
Łukasz Warzecha 25.11.2020

Czy pamiętają państwo jeszcze groteskową sytuację sprzed paru tygodni, kiedy to na wspólnej konferencji prasowej pan premier, pan minister zdrowia oraz prof. Horban, doradca pana premiera, ogłaszali „prośbę” do starszych ludzi o pozostanie w domach? Na konferencji padło wówczas nawet pytanie, czy jest to jedynie sugestia, zalecenie czy też stosowny zapis znajdzie się w najnowszej wersji rozporządzenia Rady Ministrów. Odpowiedź brzmiała: tylko prosimy, nie będziemy niczego zakazywać. Oczywiście kilka godzin później okazało się, że w rozporządzeniu jak byk zapisany jest zakaz opuszczania domu przez osoby powyżej 65. roku życia poza pewnymi wyjątkami.

 

Tamta sytuacja jak w pigułce pokazywała, dlaczego rząd Zjednoczonej Prawicy toczy walkę nie tylko z epidemią, ale też jednocześnie z własnym społeczeństwem. Dzieje się tak, ponieważ niezliczoną liczbę razy okazywał się niewiarygodny, mówił co innego, a robił co innego, natomiast zapisy w rozporządzeniach – w dużej części zresztą bez stosownego oparcia w ustawie – okazywały się radykalnie odmienne od zapowiedzi. To, co widzimy od wiosny, jest modelową ilustracją, jak niszczyć zaufanie do władzy i do państwa. Bez którego to zaufania nie da się prowadzić żadnej efektywnej polityki, a już zwłaszcza takiej, która wymaga od ludzi wielu samoograniczeń. Władza wpadła w szkodliwe błędne koło. Jej kolejne decyzje są coraz mniej zrozumiałe i coraz gorzej uzasadnione, coraz bardziej uznaniowe i coraz bardziej zaskakujące – jak nagła decyzja o zakazie wstępu na cmentarze, ogłoszona kilka godzin przed jej wejściem w życie, czy o zamknięciu sklepów meblowych, włączona do rozporządzenia mimo innych deklaracji. A skoro tak, to władza uważa, że trzeba tworzyć jeszcze więcej zakazów i jeszcze mniej spraw pozostawiać decyzji ludzi. Ludzie, dociśnięci, jeszcze bardziej ostentacyjnie lekceważą przepisy – i tak w kółko. 

Nawet tam, gdzie pojawiają się jakieś pozorne uzasadnienia, przy bliższym przyjrzeniu się okazują się one co najmniej wątpliwe. Oto na ostatniej konferencji prasowej pokazano wykres, którego źródłem był artykuł opublikowany na portalu czasopisma „Nature” (a więc źródło godne zaufania). Wykres pokazywał, jakie zagrożenie zakażeniem koronawirusem tworzą różne miejsca – w tym siłownie, baseny, kawiarnie czy bary. Można było wywnioskować, że rząd opiera się na tym zestawieniu, wprowadzając restrykcje. Jeśli jednak sięgniemy do źródła (dziękuję jednemu z moich twitterowych korespondentów za podsunięcie tego wątku), okaże się, że mówimy o danych zebranych za pomocą lokalizacji telefonów komórkowych w 10 największych obszarach metropolitalnych USA. Nie trzeba być szczególnie przenikliwym, żeby stwierdzić, że dane te mają dla Polski przynajmniej mocno ograniczone, jeśli nie zerowe znaczenie. USA to kompletnie inne nawyki ludzi, inne normy sanitarne, inne wzorce zachowań. 

Najnowsza odsłona coraz bardziej kabaretowych regulacji to projekt rozporządzenia – tym razem opublikowany na stronach Kancelarii Premiera z wyprzedzeniem i poddany nawet konsultacjom społecznym (co należy pochwalić, aczkolwiek trudno się spodziewać, żeby te konsultacje cokolwiek dały i zostały w jakikolwiek sposób uwzględnione) – określającego zasady mające obowiązywać podczas „100 dni odpowiedzialności”, jak to rząd z charakterystyczną dla siebie pompatycznością nazwał. Szczególną uwagę zwrócił przepis zawarty w par. 26, pkt. 11., podpunkcie 2. Brzmi on:

 

11. Do dnia 27 grudnia 2020 r. zakazuje się organizowania innych niż określone w ust. 1 zgromadzeń, w tym imprez, spotkań i zebrań niezależnie od ich rodzaju, z wyłączeniem:

1) spotkań lub zebrań służbowych i zawodowych;

2) imprez i spotkań do 5 osób, które odbywają się w lokalu lub budynku wskazanym jako adres miejsca zamieszkania lub pobytu osoby, która organizuje imprezę lub spotkanie; limit osób nie dotyczy osób wspólnie zamieszkujących lub gospodarujących.

 

Zapis ten został – słusznie – zinterpretowany jako próba ograniczenia rozporządzeniem możliwości spotkania się w większym gronie podczas świąt Bożego Narodzenia. Nie jest to – jak twierdziło wielu nieuważnych obserwatorów – żadna sugestia czy zalecenie. Ba, twierdzili tak nawet niektórzy dziennikarze, doskonale przecież wiedzący, że mowa jest o projekcie aktu prawnego. Zwłaszcza tym ostatnim chciałbym wyjaśnić – choć powinni to świetnie wiedzieć sami – że akty prawne nie służą wyrażaniu sugestii czy formułowaniu zaleceń. Akt prawny tworzy normę prawa. Zawiera konkretne zakazy i nakazy – ta konkretność jest szczególnie widoczna właśnie w rozporządzeniach, które z natury są bardziej szczegółowe niż ustawy, są bowiem ich aktami wykonawczymi. 

Rząd robi rzecz absolutnie fatalną. Jeżeli traktuje rozporządzenia jako trybunę do umieszczania swoich „sugestii”, to deprecjonuje znaczenie tej formy aktów prawnych, których zadaniem jest zupełnie coś innego. Jeśli zaś tworzy przepisy, co do których jest całkowicie jasne, że będą martwe i nie sposób ich egzekwować, przyczynia się do degradacji prawa i ośmieszania państwa. Na przykład przepis o zakazie wychodzenia z domu osób powyżej 65. roku życia jest kompletnie martwy. Nikt nie próbuje go egzekwować, starsi ludzie, jeśli tylko chcą i mają ochotę, wychodzą z domów w dowolnym celu i o dowolnej porze. Nie sposób zrozumieć, po co rząd zawarł fikcyjny zakaz w rozporządzeniu, skoro mógł poprzestać na prośbie, sugestii, zaleceniu. 

Proponowany przepis o ograniczeniu spotkań i „imprez” (cokolwiek to oznacza) jest absurdalny i źle pomyślany pod kilkoma względami. Po pierwsze – wątpliwości budzi sformułowanie „organizowanie spotkań”. Spotkanie rodzinne nie jest w żaden sposób formalnie „organizowane”, nie podlega żadnym przepisom dotyczącym zgromadzeń publicznych, bo nie odbywa się na publicznym terenie. Nie ma też osoby „organizującej”. Już na wstępie można zatem mieć wątpliwości, czy w ogóle tak sformułowany przepis może dotyczyć prywatnych spotkań rodzinnych. I czy bez wprowadzania któregoś ze stanów wyjątkowych można myśleć o ograniczeniu swobody korzystania z własnej nieruchomości w ten sposób. 

Po drugie, zastrzeżenie „limit osób nie dotyczy osób wspólnie zamieszkujących lub gospodarujących” jest niejasne i zostało inaczej zinterpretowane (tego samego dnia) przez rzecznika rządu, a inaczej przez rzecznika Ministerstwa Zdrowia. Jeden twierdził, że liczba domowników w liczbie przynajmniej pięciu wyczerpuje limit, bo z domu wyrzucać nikogo oczywiście nie trzeba, ale też nikogo już przyjąć dodatkowo nie można; drugi zaś mówił, że limit pięciu osób dotyczy jedynie osób przychodzących z zewnątrz i w żaden sposób nie wlicza się do niego domowników. 

Po trzecie – nikt z pytanych przedstawicieli władzy nie umiał odpowiedzieć na dość przecież podstawowe pytanie: w jaki sposób to ograniczenie miałoby być egzekwowane? Jak ewentualny kontrolujący miałby zweryfikować, czy zastane w lokalu osoby w nim zamieszkują, czy nie, skoro w nowych dowodach osobistych nie ma nawet adresu zameldowania, a ten nie musi być tożsamy z miejscem zamieszkania? Przede wszystkim zaś – jak takie kontrole miałyby się odbywać? Owszem, policja na podstawie kodeksu postępowania karnego (art. 220 par. 3) może wejść do mieszkania bez nakazu „w przypadkach niecierpiących zwłoki”, ale przyjmuje się, że chodzi tu np. o możliwość zatarcia dowodów przestępstwa, ujęcie poszukiwanego i podobne okoliczności. Bardzo wątpliwe, czy mieści się w tej kategorii obecność „nadmiarowej” osoby podczas Wigilii. Poza tym proszę sobie wyobrazić piarowe oddziaływanie przypadku, w którym policjanci siłowo weszliby podczas wigilijnej kolacji do czyjegoś mieszkania, żeby wystawić mandaty za obecność tam sześciu zamiast pięciu osób z zewnątrz. Jest też pytanie, komu ten mandat miałby zostać wystawiony – właścicielowi lokalu, niemożliwemu do zidentyfikowania „organizatorowi imprezy”, wszystkim obecnym, wszystkim osobom z zewnątrz czy może jednej z nich – w takim razie której? Może trzeba by losować? 

Krótko mówiąc – wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z kolejnym nieegzekwowalnym megabublem, budzącym złość jednych, śmiech innych, kompromitującym władzę, a w razie, gdyby jakiś szaleniec postanowił go jednak egzekwować – potencjalnie dla tej władzy niesamowicie szkodliwym. Po co rządzący sobie (i nam) takie absurdy fundują – doprawdy nie pojmuję. 

Lecz jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Oto bowiem w mediach społecznościowych namnożyło się szybko osób, z dumą deklarujących, że spędzą Święta w odosobnieniu, nie odwiedzą rodziców, rodzeństwa i innych krewnych. To oczywiście ich sprawa. Szokuje jednak niedostrzeganie, również przez rządzących, psychologicznego aspektu sprawy. Dla wielu ludzi, od tygodni lub nawet miesięcy trwających w mniej lub bardziej ścisłej izolacji, Boże Narodzenie będzie pierwszą od dawna okazją do podreperowania psychiki. Odbieranie im tej możliwości i podpieranie tego jakimiś obłudnymi obietnicami cudownego rozwiązania w postaci szczepionki jest wręcz nieludzkie. 

W opublikowanym niedawno w „Le Figaro” artykule katolicka filozof Chantal Delsol zwróciła uwagę na ciekawy aspekt obecnej sytuacji. Otóż przez wieki w momentach podbramkowych w zachodniej kulturze było przyjęte i uznawano to za oczywiste, że pierwszeństwo mają młodzi. Że to rodzic poświęca się dla dziecka, starszy dla młodszego – nie odwrotnie. Przyjęta w czasie pandemii przez większość państw strategia stawia tę zasadę na głowie. 

Każdy powinien ryzyko oceniać indywidualnie. Każdy powinien mieć prawo podejmować decyzję samodzielnie. Wiele osób z grup ryzyka, a więc starszych, jest z pewnością gotowych zaakceptować ryzyko zachorowania i wszystkie wynikające z tego konsekwencje, byle spotkać się z najbliższymi podczas świąt – zwłaszcza że wiele spośród tych osób zostało tej możliwości pozbawionych wiosną. 

Jak napisał jeden z obserwujących mnie na Twitterze – jego dziadkowie mimo ryzyka spędzali rodzinnie Wigilię podczas okupacji, później, już ze swoimi dziećmi, w czasach stalinizmu, i nie wyobraża sobie, żeby teraz z powodu choroby przechodzonej w globalnej skali ciężko przez 1 procent rozpoznanych zakażonych oraz z powodu idiotyzmów, wymyślanych przez władzę, miało być inaczej. 

Amen.