Czarne złoto
Robert Gwiazdowski 16.01.2015

Kolejna awantura o górnictwo przypomniała mi, że między innymi na przykładzie tej branży ilustrowałem studentom absurdalność tezy, że w Polsce w 1989 roku wprowadzona została polityka liberalna!

Przeprowadzanie jakiejkolwiek reformy w sposób szczątkowy, przypomina bowiem zmianę ruchu drogowego z lewostronnego na prawostronny ale tylko dla niektórych samochodów – twierdził Friedrich Hayek. A właśnie tak zmienialiśmy zasady „ruchu gospodarczego”. Przemysł ciężki nadal jeździł „starą” stroną. Górnictwu wyznaczono nawet rolę specjalnego hamulca awaryjnego, nazywając go „kotwicą antyinflacyjną”. Z dniem 1 stycznia 1990 roku utrzymano urzędowe ceny węgla, a uwolniono prawie wszystkie pozostałe. Węgiel kamienny jest podstawowym nośnikiem energii w Polsce, więc jego niska cena stała się elementem ograniczania inflacji. Ale w t ten sposób wyłączono górnictwo z procesu urynkawiania gospodarki. Niestety. I o to nie można mieć pretensji ani do wolnego rynku, ani nawet do górników, tylko do państwa i jego interwencjonistycznej polityki mającej „poprawiać wady rynku”.

Twierdzenie, że wszystkiemu winni są górnicy jest nieprawdziwe. Wszystkiemu winne jest państwo.

Zacznijmy jednak od tego, że to nie III RP „zniszczyła dochodowe polskie górnictwo” – jak twierdzą byli ormowcy i aktualna „patriotyczna” opozycja. Ono nie było dochodowe, tylko „przychodowe”. Przynosiło przychód w dewizach, których łaknęły komunistyczne rządy, bo ich kolejny produkt „eksportowy” – czyli komunistyczna ideologia nie miał popytu. Kraje, do których udało się go wyeksportować, nie tylko za nią nie płaciły, ale trzeba było płacić im.  Więc górnicy fedrowali bez względu na koszty,  a rząd eksportował. Pomogła Lady Thatcher, rozprawiając się z brytyjskimi górnikami. Na rynki zamiast dotowanego węgla z Wysp, trafił dotowany węgiel z Polski.

W roku 1989 powstała szansa na zmiany. Ale państwo z niej świadomie zrezygnowało! Trzeba przyznać rację górnikom, że jakieś próby restrukturyzacja były. W latach 1989-1992 jednostkowe koszty wydobycia węgla rosły w stopniu mniejszym niż inflacja. Nastąpiła koncentracja wydobycia – liczba ścian czynnych obniżyła się z 861 w 1989 roku do 654 w roku 1992, a średnie wydobycie z jednej ściany wzrosło z 863 do 962 Mg/dobę. Nastąpiła też redukcja zatrudnienia z ok. 415 tys. osób w roku 1989 do ok 350 tys. w roku 1992.

Ale ceny urzędowe węgla utrzymywane przez państwo administracyjnie poniżej kosztów jego wydobycia czyniły branżę nierentowną, bez względu na zmiany, jakie ona przechodziła. Państwo podwyższyło też koszty wydobycia przy pomocy podatków – a dokładniej składek ubezpieczeniowych. 1 stycznia 1992 roku nastąpiło „ubruttowienie” wynagrodzeń w związku z wejściem w życie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Z punktu widzenia wynagrodzeń netto pracowników-podatników zabieg był neutralny. Ale nie z  punktu widzenia pracodawców, gdyż składki ubezpieczeniowe zaczęły być naliczane od wynagrodzenia brutto – czyli podwyższonego „wirtualnie” o wysokość zaliczki na podatek dochodowy, która wynosiła 20%! „Prywaciarze” dawali sobie radę – bo musieli i mogli. Ceny na sprzedawane przez nich towary i usługi nie były określone administracyjnie.  Kopalnie tego zrobić nie mogły. Przy okazji złośliwie wypomnę, że doradcy którzy doradzali polskiemu rządowi takie cudowne rozwiązania, nie płacili w Polsce ani podatku dochodowego, ani składek ubezpieczeniowych. Nawet, gdy byli w Polsce rezydentami podatkowymi. Wynagrodzenia ze środków Banku Światowego i PHARE były z tych zobowiązań publicznych zwolnione.

W 1990 roku średni koszt wydobycia 1 tony węgla wynosił według ówczesnego kursu 20 USD, a średnia cena węgla eksportowanego z Polski 50 USD, a administracyjna cena węgla w Polsce w przeliczeniu na USD – 12USD. Problem w tym, że to państwo wyznaczyło kurs dolara jako drugą „kotwicę antyinflacyjną”. Najpierw dokonano deprecjacji złotego. 31 grudnia 1989 roku za USD trzeba było zapłacić na rynku 7.500 (po denominacji 7,5) zł. 1 stycznia 1990 roku kurs państwowy ustalono na 9.500 zł – żeby ludzie nie „wykupili dolarów”, co groziłoby „wyczerpaniem rezerw walutowych”. Masowy wykup dolarów rzeczywiście nie nastąpił, za to niski kurs złotego wpłynął na mniejsze od planowanego obniżenie poziomu inflacji i załamanie w sektorach gospodarki, które były oparte na importowanych półproduktach (były one po prostu za drogie przy tym kursie złotego). Wyższa od spodziewanej inflacja doprowadziła do realnej deprecjacji złotego w kolejnych miesiącach, więc problem kursu złotego do dolara zaczął rozwiązywać się „sam”. Jednak wskutek utrzymywania stałego kursu, przy inflacji znacznie wyższej niż u głównych partnerów handlowych, pogorszyła się konkurencyjność polskiego eksportu, a wzrosła opłacalność importu – rynek działał w każdym przypadku bez względu na to, jak z nim walczymy. Przez prawie cały 1990 rok bilans handlowy wykazywał nadwyżkę. Jednakże na początku 1991 roku eksport się załamał – w marcu 1991 roku był o 28% mniejszy niższy r/r! A na cóż to spadł popyt na rynkach zagranicznych? Otóż to – na węgiel właśnie. Dlaczego? Jako że jego cena rynkowa w eksporcie była znacznie wyższa od ceny określonej administracyjnie w kraju, kopalniom bardziej opłacał się eksport. Polskie huty i elektrownie nie miałyby więc czym „palić w piecach”, więc rząd przeprowadził kolejną „interwencję”, wprowadzając podatek eksportowy na węgiel w wysokości, jak dobrze pamiętam, 80%! W efekcie nieopłacalna sprzedaż w kraju była mniej nieopłacalna, niż opłacalna przed opodatkowaniem sprzedaż za granicę!

Po zniesieniu cen administracyjnych, wprowadzono na węgiel ceny „kontrolowane”. „Kontrolowały” je Izby Skarbowe podległe Ministerstwu Finansów! Następnie, w ramach „udoskonalania” mechanizmu „interwencji”, cenę węgla de facto zaczęło wyznaczać Ministerstwo Gospodarki, kontrolujące elektrownie. W ten sposób przemysł energetyczny przechwytywał zysk górnictwa. Ale sam dotował z kolei indywidualnych odbiorców, dla których cena energii elektrycznej, jako „wrażliwa politycznie”, była ustalona przez państwo także poniżej ceny wytworzenia! To był socjalistyczny absurd, a nie gospodarka rynkowa.

Był to efekt  statycznego myślenia opartego na przekonaniu, że „jutro” będziemy mogli zrobić coś, czego, z jakiegoś powodu, nie chcemy zrobić „dziś”. Ale „jutro” wygląda zazwyczaj zupełnie inaczej niż “wczoraj” wydawało się że będzie wyglądać. Polscy eksporterzy węgla stracili rynki zagraniczne, z popyt na nich zaczął maleć. Jakość bloków energetycznych rosła, energochłonność przemysłu malała i coraz powszechniej stosowany zaczął być w Europie gaz – jako zamiennik węgla. Sami zresztą w tym uczestniczyliśmy budując Gazociąg Jamalski.

I wówczas państwo – via (niezależny co prawda, ale jednak utworzony przez państwo) Narodowy Bank Polski – zdecydowało się na prowadzenie polityki aprecjacji złotego, czyli odwrotnej do tej, jaką zastosowało w 1990 roku! Następowało stopniowe podwyższanie wartości złotego w stosunku do walut „krajów rdzenia”. Od roku 1990 do 1999 złoty zyskał ponad 180% na swej wartości w stosunku do USD. Eksport węgla przestał się opłacać, ale trzeba go było eksportować, bo z uwagi na politykę państwa, które z górnictwa zrobiło “centrum mkosztów”, nie można było od kopaalń jakiejkolwiek restrukturyzacji wymagać. W 1998 roku do każdej tony wyeksportowanego węgla, polski podatnik dopłacał już 13 zł. Dotował w ten sposób niemieckich importerów polskiego węgla! Rynek nie miał z tym nic wspólnego. To był skutek „interwencjonistycznej polityki państwa”, które „korygowało nieefektywne społecznie mechanizmy rynkowe”.

Poza błędami w polityce gospodarczej rząd popełniał błędy w polityce „wychowawczej”. Polityka interwencjonizmu jest polityką paternalistyczną – ludzie nie dają sobie rady na rynku, rząd, jak dobry ojciec („pater familias”) mu się o nich troszczyć. Więc spójrzmy na proces „wychowawczy”. Do dziecka, które płacze, zazwyczaj przybiega mama, przewinąć, utulić „dać cycuszka”. Płacz ma zazwyczaj swoje uzasadnienie – albo za mokro, albo za zimno, albo jeść się chce. Ale szybko dziecko zauważa związek przyczynowo skutkowy: podniesienie wrzasku przynosi jakąś przyjemność. Z górnikami było tak samo. Ich „płacz” początkowo był całkowicie uzasadniony. Przecież nie mogli nic zrobić, gdy państwo utrzymywało nierentowne ceny na ich wyroby. Ale skoro dostali „cycuszka”, to pomyśleli sobie, że jak znowu wrzasną mamusia weźmie ich na kolanka, a tatuś będzie robił „małpę”, żeby się nie  darli.

W ramach robienia małpy w lutym 1993 roku Sejm uchwalił ustawę o przekształceniach własnościowych niektórych przedsiębiorstw o szczególnym znaczeniu dla gospodarki państwa.

W marcu 1993 roku przyjęty został przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu (tak, tak, handlem aż do końca 1997 roku zajmował się rząd, co było oczywiście wyrazem liberalnej polityki) program „Restrukturyzacja górnictwa węgla kamiennego w Polsce – realizacja pierwszego etapu w ramach możliwości finansowych państwa”.

Już w lipcu 1993 roku został on skorygowany przez „Program powstrzymania upadłości górnictwa węgla kamiennego w Polsce w okresie 15.06-31.12.1993”.

W marcu 1994 roku wszedł w życie nowy program „Restrukturyzacja górnictwa węgla kamiennego w Polsce. Program dla realizacji drugiego etapu w okresie 1994-1995”.

Dwa lata później – w kwietniu 1996 roku – przyjęto program „Górnictwo węgla kamiennego, polityka państwa i sektora na lata 1996-2000. Program dostosowania górnictwa węgla kamiennego do warunków gospodarki rynkowej i międzynarodowej konkurencji.”

W maju 1997 toku potrzebna się okazała „Korekta programu Górnictwo węgla kamiennego, polityka państwa i sektora na lata 1996-2000. Program dostosowania górnictwa węgla kamiennego do warunków gospodarki rynkowej i międzynarodowej konkurencji.”

W lipcu 1998 roku kolejny rząd przyjął kolejny program „Reforma górnictwa węgla kamiennego w Polsce w latach 1998-2002”.

W grudniu 1999 roku trzeba już było wprowadzić „Korektę programu rządowego. Reforma górnictwa węgla kamiennego w Polsce w latach 1998-2002”.

Potem był kolejny rząd, który w listopadzie 2002 roku przyjął „Program restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego w Polsce w latach 2003-2006 z wykorzystaniem ustaw antykryzysowych i zainicjowaniem prywatyzacji niektórych kopalń”.

W kwietniu 2004 roku przyjęto program „Restrukturyzacja górnictwa węgla kamiennego w latach 2004-2006 oraz strategia na lata 2007-2010”, a we wrześniu 2004 roku „Plan dostępu do zasobów węgla kamiennego w latach 2004-2006 oraz plan zamknięcia kopalń w latach 2004-2007.”

Żeby mieć pełen obraz mozołu z jakim państwo troszczyło się o górnictwo trzeba jeszcze wspomnieć o ustawach:

– z dnia 27.08.1997 roku o restrukturyzacji finansowej jednostek górnictwa węgla kamiennego oraz wprowadzeniu opłaty węglowej;

– z dnia 26.11.1998 roku o dostosowaniu górnictwa węgla kamiennego do funkcjonowania w warunkach gospodarki rynkowej oraz szczególnych uprawnieniach i zadaniach gmin górniczych

– oraz kolejnych ustawach zmieniających tę ustawę i ustawach zmieniających ustawy zmieniające

i o ustawach:

– z dnia 28.11.2003 roku o restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego w latach 2003-2006 oraz

– z dnia 7 września 2007 roku o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego w latach 2008-2015.

Dziś rząd planuje kolejną restrukturyzację, powołanie nowej spółki, połączenia spółek energetycznych by mogły finansować górnictwo. A kto pamięta, że Kompania Węglowa została powołana już w lipcu 1990 roku? Tylko, że nazywała się wówczas Państwowa Agencja Węgla Kamiennego. W 1996 roku zmieniono jej nazwę na Państwowa Agencja Restrukturyzacji Węgla Kamiennego (sic!) a w 2002 roku na Kompanię Węglową. Jakby od zmiany nazwy coś się mogło zmienić!

I po raz kolejny rząd obiecuje, że tym razem to już na pewno wszystko zrobi dobrze. O ile zakład, że skończy się jak zawsze?