Czary się skończyły
Tomasz Wróblewski 27.05.2015
Politycy posiedli sztukę odwracania uwagi zanim jeszcze magia stała się profesją. Królową wszystkich złudzeń jest wiara, że wybór tej czy innej osoby może zmienić bieg dziejów. Nic bardziej złudnego.

Prezydent Ronald Reagan czy Margaret Thatcher nigdy nie dokonaliby konserwatywnej rewolucji bez milionów wyborców zmęczonych kryzysem i lewicową degrengoladą. Niezależnie od linii swojej partii prezydent będzie musiał teraz stanąć na czele naszej rewolucji systemowej w Polsce. Nawet jeżeli cała ta gadanina o jednomandatowych okręgach i nowym systemie finansowania partii były tylko politycznym czarnoksięstwem. Nawet jeżeli referendum napisano tak, żeby nie miało mocy sprawczej, to jednomandatowe okręgi wyborcze i nowy system finansowania partii stały się symbolem zmian, których nikt już nie zatrzyma. Niezależnie od tego, co i kto pod tym hasłem rozumie.

Partie polityczne zachowują się dziś jak urzędy administracji państwowej, a nie organizacje społeczne. Mocno zbiurokratyzowane i zhierarchizowane instytucje skoncentrowane na obronie własnych przywilejów, a nie wartości. O karierze i pieniądzach polityków decydują bossowie partyjni, a nie wyborcy. Nic dziwnego, że w razie konfliktu posłowie i senatorowie stają po stronie kierownictwa, a nie wyborców z własnego okręgu. Szybciej poprą podwyżkę podatków, od których zależy ich budżetowa pensja, niż mieliby stanąć w obronie przedsiębiorców błagających o przejrzystość systemu podatkowego. Zamiast partii mamy korporacje.

Zamiast reprezentantów – karierowiczów politycznych. „Firma” zapewnia im immunitet w drobnych sprawach, a grubsze afery rozmywa, wpływając na urzędy albo niewydolne prokuratury. Mija rok od afery taśmowej, a rząd, służby i prokuratura nie wiedzą nawet, jak zatrzymać kolejne przecieki. Członkowie partyjnej korporacji mają do dyspozycji spółki skarbu i urzędy administracji państwowej, gdzie dowolnie obsadzają swoich zaufanych. Łańcuszek od prezesa nawet do ciecia na portierni. Jeden warunek: pełne posłuszeństwo wobec władz partii i interesów koalicji. Partie różnią się stylem, politycy mają swoje osobiste uprzedzenia i kwieciście potrafią o nich mówić, ale lista rzeczy, które ich łączą, jest dłuższa od tych, które dzielą. Przede wszystkim łączy ich umiłowanie do wszystkiego, co może poszerzać zakres ich kompetencji. Przez ostatnie osiem lat rządów PO nie mieliśmy ani jednej międzypartyjnej awantury o rozrost struktur administracyjnych, komplikowanie systemu podatkowego, nacjonalizacje systemu emerytalnego. Natomiast awantury, które obserwowaliśmy, to były zwykle sztuczne spory kreowane dla podtrzymania wrażenia walki ideowej. Jesteśmy obserwatorami durnego spektaklu.

Wszędzie tam, gdzie pojawia się szansa na nowe regulacje, urzędy czy zakazy, politycy wykazują niesłychaną kreatywność i energię. Tam, gdzie to obywatelom trzeba oddać trochę praw, racji i swobód, rzecz jest ponad partyjne możliwości. Porównajcie państwo entuzjazm, z jakim wprowadzono nowe, rygorystyczne kary za wykroczenia drogowe, z bólem, z jakim znoszony jest obowiązek meldunkowy.

Pozostajemy liderem OECD w mnożeniu przepisów podatkowych, ale ujednolicenie orzeczeń izb skarbowych jest ponad nasze możliwości. Nękamy inwestorów za najmniejsze uchybienia budowlane, ale partie nie potrafią uchwalić prawa budowlanego. To nie jest wina jednego ugrupowania. PO rządzi osiem lat, ale nie mamy żadnych złudzeń co do postaw moralnych i umiejętności zarządczych PiS. Nieważne, jak różnych używają figur retorycznych do opisywania swoich programów, i tak nie przywiązują do nich większej wagi. Liczy się tylko interes korporacji. Stąd też pewnie nie włączyliśmy się w medialną histerię popierania kurczowo swojego prezydenta. Nie wydaje nam się to aż tak istotne jak zmiana, która dopiero nadejdzie. Przebudowa systemowa, jakiej żadna magia już nie zatrzyma.

Artykuł ukazał się we WPROST