Czas na gospodarkę wojenną
Andrzej Krajewski 30.03.2020

Zmagania z epidemią, jakie prowadzimy, opierają się na dwóch kruchych filarach – są nimi fałszywe analogie oraz pobożne życzenia. Jedyny pewnik, jaki mamy, to konieczność powszechnej kwarantanny. Ale ogólnonarodowe siedzenie w domach może nie wystarczyć, by wyjść cało z opresji. Dlatego skutecznym rozwiązanie wydaje się szybkie przejście na tryb gospodarki wojennej.

 

Co do pobożnych życzeń, to policzmy je sobie. Największe z nich mówi, iż epidemia za miesiąc lub dwa sama wygaśnie, a potem koronawirus z Wuhan da nam raz na zawsze spokój. A co jeśli w Polsce ogniska epidemii wygasną jedynie okresowo i będą stale pojawiać się nowe? Tak przez następne miesiące, a nawet lata.

Drugie życzenie zakłada, że lada miesiąc naukowcy opracują skuteczne leki oraz szczepionkę. Tymczasem może zająć im to całe lata. Łudzimy się też, iż wirus stanie się mniej zjadliwy, albo czekamy, żeby COVID-19 przechorowała większość populacji, bo wówczas nabierze ona zbiorowej odporności. Tymczasem nadal brak twardych dowodów, że owa odporność jest nieuchronna. Ostatnie doniesienia z Chin mówią o odkrywaniu ponownej obecności wirusa u osób, które uznano wcześniej za całkowicie wyleczone. Reasumując – zagrożenie, że wyżej wymienione pobożne życzenia pozostaną w sferze jedynie życzeń przez kolejne miesiące (oby nie lata) jest bardzo realne.

Tymczasem rządy, bazując na przekonaniu, iż nie są to pobożne życzenia, lecz namacalne fakty, przygotowują gigantyczne wydatki na zasilenie gospodarek narodowych. Mają one służyć temu, by dociągnęły żywe do końca epidemii, a następnie szybko podźwignęły z ruin. Przygotowywane w Europie i Ameryce masowe „zrzucanie gotówki z helikopterów” jest twórczym rozwinięciem planu, dzięki któremu Ben Bernanke ocalił system finansowy USA, a pośrednio całą gospodarkę w 2008 r. Tyle tylko, że ówczesny przewodniczący Rady Gubernatorów FED, jako ekonomista przez lata specjalizował się w zagadnieniach Wielkiego Kryzysu. Gdy więc zaczął się ostatni krach Bernanke, odwołując do analogii z 1929 r., uniknął błędów popełnionych osiem dekad wcześniej przez administrację prezydenta Hoovera oraz szefostwo FED.

Jednak dziś ani kryzys z 1929 r., ani ten sprzed dwunastu lat nie maja niczego wspólnego z obecny i wszelkie podobieństwa są fałszywe. Gospodarki krajów dotkniętych epidemią koronawirusa nie przechodzą ekonomicznego krachu – ona znalazły się w sytuacji wojennej. Retoryki o tym, że toczymy wojnę z wirusem politycy i publicyści naużywają już od dłuższego czasu, lecz zdają się nie rozumieć, jej znaczenia. Choć przecież trafiają w samo sedno. Sprowadza się ono do tego, że od ponad stu lat o tym, kto wygrywał wojnę decydowała zawsze gospodarka. Podczas obecnej batalii, choć nie toczy się między państwami, też tak będzie. Tylko należy jak najszybciej oderwać się od pobożnych życzeń, a zacząć dostosowywać do zupełnie nowej sytuacji, ponieważ, żeby odbudowywać gospodarkę najpierw trzeba opanować epidemię. A to można robić jedynie narzędziami, jakie się posiada a nie marzeniami o narzędziach, które kiedyś stworzą naukowcy. Skoro więc szczepionki brak, widoków na dobrowolną kapitulację wirusa brak i bardzo skutecznych lekarstw też brak, pozostaje sięgniecie po sprawdzony w podobnych okolicznościach model działań, nazwany gospodarką wojenną.

Ten rodzaj ekonomii dla krajów demokratycznych jest marginalnym incydentem, do którego nikt się od dekad nie odwoływał. Nie powinno to dziwić, bo jedynie kilka nowoczesnych państw doskonaliło w pełnym zakresie owa odmianę zarządzania państwem, przede wszystkim podczas II wojny światowej. Gospodarkę wojenną musiała pod bombami Luftwaffe tworzyć od podstaw Wielka Brytania, po czym gdy karta się odwróciła: Niemcy i Włochy. To samo tyczyło się Japonii. Jedynie w pewnym zakresie wprowadziły gospodarkę wojenną Stany Zjednoczone, mogące cieszyć się luksusem odizolowania od największych zagrożeń, dzięki swemu położeniu geograficznemu. Na boku pozostawmy tu Związek Radziecki, gdzie prywatna własność i swobody obywatelskie zostały całkowicie zlikwidowane.

Dla nas najbliższy jest model brytyjski, w którego tworzenie spory wkład wniósł polski ekonomista prof. Michał Kalecki, gdy wraz z wieloma innymi znakomitymi fachowcami z okupowanej przez Niemców Europy, trafił do oksfordzkiego Instytutu Statystycznego. Podczas wojny opracowywano tam analizy i sugestie dla brytyjskich władz, dotyczące zarządzania gospodarką. Wzięcie przez rząd tego obowiązku na swe barki okazało się konieczne, ponieważ każdy dzień przynosił trudne do przewidzenia zdarzenia, społeczeństwo żyło w strachu (każdy mógł zginąć), a zasady ekonomii z czasów pokoju przestały obowiązywać. Rząd Churchilla zaczął wiec od hierarchizacji gospodarki. Te jej składowe, które mogły mieć wpływ na przebieg walki, nie mogły upaść. Chodziło przede wszystkim o przedsiębiorstwa biorące udział w wytwarzaniu broni.

Nie inaczej rzecz się ma z epidemią. Skoro brak skutecznych medykamentów, bronią pozostają: środki dezynfekujące, maseczki, jednorazowe rękawiczki, odzież ochronna, gogle, respiratory i przede wszystkim testy wykrywające koronawirusa. Jeśli polski rząd zamierza wydać ogromne kwoty na tarczę antykryzysową, to jej najskuteczniejszym elementem byłoby jak najszybsze wsparcie rodzimych firm, które mogłyby zacząć wytarzać wspomniane środki na masową skalę. Realizując zlecone im zamówienia rządowe. Fajnie, że maseczki szyją już chałupniczo siostry Serafitki, czy osadzeni w zakładach karnych, lecz partyzantką wojen się nie wygrywa. W Chinach produkujący akumulatory i samochody elektryczne koncern BYD przestawił swe linie produkcyjne i szyje dziś 5 mln maseczek dziennie. Rzecz niezmiernie ważna, bo ten środek ochronny działa tylko kilka godzin. Dlatego jest skuteczny jedynie wówczas, gdy na każdy dzień ma się nową maseczkę.

A propos Państwa Środka, skąd polski rząd (podobnie jak reszta Europy) sprowadza „broń” do walki z epidemią. Taka jest teraz konieczność, jednak warto zadać sobie pytanie, co jeśli dostawy z jakiegoś powodu nagle ustaną? W realiach zarówno wojny, jak i zarazy, ten kto sam nie potrafi produkować narzędzi do walki na masową skalę, prosi się o klęskę. Zwłaszcza, gdy nie sposób przewidzieć, kiedy zagrożenie minie (a nawet pobożne życzenia mówią o miesiącach). Masowa produkcja środków ochronnych na terenie Polski byłaby też ratunkiem dla upadających firm i dawała miejsca pracy.

Drugim z filarów gospodarki wojennej jest mobilizacja zasobów ludzki i zarządzania nimi tak, by skuteczniej niwelować zagrożenia oraz liczbę ofiar. Jak dotąd o taki ruch pokusił się w Europie rząd Borisa Johnsona (nota bene naśladującego w przemówieniach i działaniach Winstona Churchilla). Po apelach premiera stawiło się na pierwszą linię frontu ponad 15 tys. emerytowanych lekarzy i 23 tys. studentów ostatniego roku medycyny. Chce ich wspierać ok. 660 tys. wolontariuszy. Te działania są niezbędne, bo z każdym dniem zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i wszędzie indziej kolejne osoby z personelu medycznego wykruszają się. Eliminuje ich zarażenie koronawirusem. Bez posiadania „armii ochotniczej” ryzykuje się, iż w pewnym momencie chorzy pozostaną bez opieki. Co się w takich momentach dzieje, widać najlepiej na przykładach Włoch i Hiszpanii, gdy dziennie umiera od 600 to 900 osób. Im szybciej zacznie się w Polsce tworzyć taką rezerwę, opartą na ochotnikach posiadających przeszkolenie w zakresie udzielania pierwszej pomocy, tym lepiej. Dzięki niej może udać się zminimalizować liczbę ofiar. Pobożne życzenie, iż polscy lekarze i pielęgniarki nie będą zapadać na COVID-19 już nie chce się spełniać.

Trzeci filar gospodarki wojennej to dbałość, by pomimo stałych zagrożeń mogła płynnie funkcjonować. Jeśli bowiem uległaby ostatecznemu załamaniu obywatelom godziłby nie tylko brak podstawowych produktów, ale z czasem też żywności. Nawet jeśli z nieba leciały codziennie bomby, a dywersanci przeprowadzali kolejne zamachy w Zjednoczonym Królestwie produkcja, usługi, bankowość musiały działać. Do tego niezbędne są surowe procedury bezpieczeństwa i stałe ich nadzorowanie. I tu znów niezastąpione pozostaje państwo. Szybko bowiem się przekonano, że samo napisanie instrukcji to zbyt mało. Cóż z tego, że się narzuci konieczność codziennej dezynfekcji odzieży i rąk przed wejściem na teren zakładu pracy, wraz z regularnym mierzeniem temperatury, czy zachowywaniem odległości, a nawet noszeniem maseczek i rękawiczek. Aby to było przestrzegane muszą wymogów bezpieczeństwa pilnować konkretne osoby lub zespoły osób. Niezbędnym staje się stworzenie nowego stanowiska, które mogłoby się ładnie nazywać – inspektorem do spraw bezpieczeństwa biologicznego. Owe osoby, po szybkim przeszkoleniu, zostałyby wydelegowane z ramienia administracji państwowej do każdego miejsca, gdzie pracuje więcej niż kilku ludzi. Ich zadaniem byłoby zarówno nadzorowanie przestrzegania zasad higieny, ale też stałe monitorowanie stanu zdrowia podopiecznych. W razie wątpliwości, co do jakiejś osoby musiałaby ona zostać natychmiast odizolowana i poddana testowi na obecność koronawirusa, pomieszczenie poddane zaś dezynfekcji.

Filarów gospodarki wojennej, którą doskonaliła Wielka Brytania od 1940 r., było więcej. Państwem zarządzał Gabinet Wojenny, w którym utworzono kilka nowych ministerstw. W ich gestii znalazła się m.in. kontrola rynku żywności (musiano zaczęto ją racjonować), nadzorowanie cen (rwały się zagraniczne dostawy, wiec ceny rosły), zarządzanie siłą roboczą (kierowano ludzi do pracy tam, gdzie byli najbardziej potrzebni). Będąca wcześniej ostoją liberalizmu ekonomicznego oraz wolnego rynku Wielka Brytania na czas wojny przystosowała się do konieczności mobilizacji wszystkich zasobów w jednym celu – żeby wygrać. Po zwycięstwie cały system gospodarki wojennej szybko zdemontowano, wracając do normalności.

Polsce jak na dziś mogłyby wystarczyć trzy wspomniane filary, by zwiększyć szanse na opanowanie epidemii. Nie jest rzeczą zaskakującą, że najszybciej zapanowała nad nią Korea Południowa. Stało się tak, bo kraj ten znajduje się w strefie nieustannie grożącej wojny od 1953 r. i jest zdolny błyskawicznie przejść na tryby wojenny. Zaniechanie tego oznacza zdanie na pobożne życzenia. A gdy te się nie spełnią, to cała tarcza antykryzysowa zda psu na budę, bo sama z siebie nie zagwarantuje polskiej gospodarce, iż ta dożyje do końca epidemii, a wraz z nią również III RP.