Czego nam nie mówią o „Ustawie rządowej”
Łukasz Warzecha 11.10.2019

Pamiętam wszystkie wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy z okazji rocznicy uchwalenia konstytucji 3 Maja. Mam jednak wrażenie, że w swoich przemówieniach pan prezydent mówił o konstytucji i jej uchwaleniu nieco wybiórczo.

 

Mam na przykład wrażenie, że niespecjalnie drążył okoliczności, w jakich „Ustawę rządową” głosowano. A było to zaraz po przerwie wielkanocnej roku 1791, gdy przeciwna jej część posłów nie zdążyła jeszcze wrócić do Warszawy. Złamano też liczne procedury i obyczaje: projekt przygotowano poza Sejmem i bez jego wiedzy; nie przekazano wcześniej wydrukowanego tekstu posłom, aby mieli czas do namysłu; ustawę uchwalono na pierwszej sesji w miesiącu, choć pierwsze sesje w każdym miesiącu miały dotyczyć spraw finansowych, nie zaś ustrojowych. Stąd uchwalenie tak potrzebnego, ale dramatycznie spóźnionego prawa uznawano za coś w rodzaju zamachu stanu, za którym stali Stanisław August Poniatowski, Ignacy Potocki, sekretarz króla Scippione Piattoli oraz Hugo Kołłątaj.

O jednej sprawie Andrzej Duda nie wspominał z całą pewnością: o uchwalonym jako uzupełnienie konstytucji „Prawie o sejmikach”. To w nim znalazła się regulacja, o której politycy wolą dziś nie pamiętać. A już szczególnie politycy reprezentujący etatyzm i socjalizm – czyli większość sceny politycznej z PiS na czele. Była to regulacja odbierająca prawo głosu na sejmikach nieposesjonatom – szlachcie bez majątku, czyli tak zwanej gołocie.

Pan prezydent o tym nie mówi, bo jakże to tak – tutaj PiS „ratuje godność ludzi”, w dużej mierze współczesnego odpowiednika XVIII-wiecznej gołoty, a wtedy ojcowie drugiej konstytucji świata chcieli im odebrać prawo głosu? Dlaczego?! Otóż Poniatowski, Potocki i Kołłątaj doszli do bardzo prostego wniosku: jeżeli przyczyną problemów państwa jest w znacznej mierze to, że obce siły lub magnaci (zwykle na jedno wychodziło) kupują sobie posłów, wyłanianych najpierw przez sejmiki, to trzeba sprawić, żeby nie dało się wybierać posłów, których tak łatwo będzie kupić. A żeby to utrudnić, trzeba uniemożliwić ich wybór właśnie na sejmikach. Przekupywanie zaczynało się bowiem już na tym poziomie, było łatwe i opłacalne. Gołota stanowiła dużą część uczestników sejmików, a kupić ją było można niemal za bezcen, ponieważ jeśli ktoś niewiele lub nic nie posiada, połasi się też na byle co.

Drugim powodem umieszczenia odpowiedniego ustępu w „Prawie o sejmikach” było słuszne przekonanie, że bardziej Rzeczpospolitą szanują ci, którzy coś posiadają. Oni mają powód, żeby bronić państwa, bo to państwo gwarantuje im między innymi trwałość ich majątków czy ich dziedziczenie.

Jak to przełożyć na czasy współczesne? Oba mechanizmy nie utraciły mocy. Nadal działają, z tą różnicą, że kupującym nie są już szczęśliwie zagraniczne wydziały rozdzielania jurgieltu. Przynajmniej chwilowo. Oczywiście nie tylko dziś, ale i w XVIII wieku natura demokracji była i jest taka, że politycy zawsze w jakimś sensie wyborców przekupują. Program wyborczy, nawet jeśli ma postać kilku ogólnikowych obietnic, to propozycja quid pro quo: ty na mnie zagłosujesz, ja ci coś dam. Jest jednak zasadnicza różnica między obietnicami zmian w państwie, jego usprawniania, reformowania tego czy innego systemu, aby działał lepiej i szybciej, a obietnicą rozdania kasy. Jeśli zastanowić się nad tym, co robią dzisiaj socjaliści – z niepojętych powodów PiS broni się rękami i nogami przed tym mianem, choć jeśli coś wygląda jak kaczka, chodzi jak kaczka i kwacze jak kaczka, to jest to najpewniej kaczka – to niespecjalnie różni się to od praktyk, które pogrążały Rzeczpospolitą u jej schyłku. Daje się gołocie pieniądze, gołota posłusznie głosuje zgodnie z wytycznymi, wszystko gra.

Naginam trochę oczywiście – nieposesjonaci byli rozliczani ze swoich głosowań, nie pozostawiano im żadnej swobody. No i jednak dzisiaj, jeśli można tak powiedzieć, wszystko zostaje w rodzinie. Nikt tu nie realizuje interesów obcych mocarstw. Niemniej działa to podobnie.

A już szczególnie aktualny pozostaje drugi powód, dla którego „Prawo o sejmikach” wyglądało, jak wyglądało. Ludzie, którzy nie posiadają, którzy nie mają niczego do zachowania, a to, co mają, dostali od możnych (w wydaniu współczesnym – od polityków, choć oczywiście z publicznej kasy), a nie wypracowali swoimi rękami czy głową, nie mają dłuższej perspektywy. Nie myślą o pozostawieniu czegoś dzieciom, bo nie mają czego zostawiać. Nie interesuje ich stabilność państwa i prawa, bo to kwestie ważne dla kogoś, kto dopracował się jakiegoś, choćby najskromniejszego, majątku i ma w perspektywie jego pomnożenie. Gołota sejmikowa nie rozumowała w kategoriach długoterminowego dobra Rzeczypospolitej, bo ów długi termin jest abstrakcją dla kogoś, kto wyczekuje tylko, żeby magnat lub zagraniczny poseł rozsupłał sakiewkę i rzucił dukata.

Najkrócej mówiąc – Konstytucja 3 Maja wprowadziła prosty cenzus majątkowy. I wprowadziła go z zasadnych, faktycznych, a co najważniejsze – wciąż istniejących powodów. Oczywiście dzisiaj wprowadzenie jakiejkolwiek formy cenzusu majątkowego jest nierealne. Niechybnie skończyłoby się to gigantycznymi niepokojami społecznymi i oskarżeniami o gwałcenie demokracji. To jednak nie zmienia faktu, że mądrość przedstawicieli dwóch skądinąd opozycyjnych obozów – bo Poniatowski i Potocki stali wcześniej po przeciwnych politycznie stronach – jest aktualna do dziś. A rządzący z patologicznego mechanizmu, z którym chciała skończyć nasza „Ustawa rządowa”, chętnie korzystają.