Czego władza nie widzi
Łukasz Warzecha 27.01.2020

Zdarzyło mi się w ciągu ostatnich miesięcy rozmawiać z wieloma partyjnymi nominatami na wiele stanowisk – nie tylko w mediach. Również tymi już odwołanymi albo tymi, którzy sami odeszli. Czasem dlatego, że nie byli w stanie zdzierżyć sytuacji. Pisząc „partyjni nominaci” nie mam na myśli niczego złego – to często są ludzie naprawdę rozsądni, profesjonalni, chcący po prostu wykonywać należycie swoją pracę, natomiast na stanowiska powołała ich partia, bo tak jest polskie państwo urządzone. Gdyby rządziła inna partia, powołałaby na te same miejsca innych ludzi. Stosuję więc to określenie czysto opisowo. Ze zrozumiałych, mam nadzieję, powodów nie będę tutaj natomiast podawał żadnych szczegółów, pozwalających identyfikować moich rozmówców. Dość, że było ich wystarczająco wielu, żeby można sobie było wytworzyć ogólny obraz sytuacji.

 

W ich opowieściach powtarza się ten sam schemat: widzą i rozumieją, co w kierowanych przez nich instytucjach działa źle – a dużo rzeczy działa źle – mają nawet pomysły, jak można by to zmienić, ale nie mogą lub nie mogli tego zrobić i dlatego niektórzy odeszli. Lub też zostali odwołani. Powtarzają się te same zarzuty: prymat potrzeb partyjnych nad zdrowym rozsądkiem i zasadami dobrej roboty (w znaczeniu nadanym temu wyrażeniu przez prof. Kotarbińskiego), pierwszeństwo zapotrzebowań towarzyskich i nepotystycznych przed kompetencją; wymagania, aby realizować mnóstwo zadań, nienależących do zakresu funkcjonowania danej firmy, ale potrzebnych z powodów czysto politycznych lub wizerunkowych. To wszystko jest przeplatane opowieściami o dziesiątkach ludzi zatrudnionych w tych strukturach z łaski partii, trzęsących się ze strachu na myśl o tym, że mogliby się czymś narazić najwyższym czynnikom partyjnym, więc nie tyle już nawet wypełniających najidiotyczniejsze polecenia, wydające się płynąć z góry, ale wręcz odgadującym życzenia rządzących. Gdzieś pod tym wszystkim jest jeszcze strach przed utratą władzy, a więc i związanych z nią fruktów oraz coraz bardziej wszechogarniające znużenie rządzeniem, objawiające się zgubną rutyną, brakiem świeżych pomysłów, uodpornieniem na sygnały o zagrożeniach.

Wnioski z tego można wysnuwać rozliczne. Najważniejszy moim zdaniem to ten, że władza, która zdecydowała się zagarniać wszystko pod siebie, uczynić państwo omnipotentnym, która wyznaje zasadę, że nic poza państwem nie może się zdarzyć, że państwo ma być wszechmocne i ma się zajmować wszystkim – nie jest w stanie kontrolować uruchomionych przez siebie procesów. Nie nadąża za ich skutkami, nie dostrzega uruchomionych mechanizmów i zależności. Frédéric Bastiat pisał o tym, co widać i czego nie widać, tłumacząc, jakie niedostrzegalne na pierwszy rzut oka procesy gospodarcze uruchamia banalne zdarzenie. Można odnieść wrażenie, że ta władza nie tylko nie ma pojęcia o tym, czego nie widać, ale nawet nie widzi już wszystkiego z tego, co dla przeciętnie rozgarniętej osoby jest widoczne gołym okiem.

Przykładem najaktualniejszym jest wojna o sądy. Nietrudno się zorientować, że z punktu widzenia obu walczących stron bezpośrednią stawką sporu jest wybór nowego pierwszego prezesa SN (kadencja prof. Gersdorf kończy się w kwietniu), a bardziej generalnie – kto kogo. Pisałem wielokrotnie, że w mojej ocenie obecnemu bardakowi winne są w zasadzie po równo obie strony, przy czym to władza ma więcej formalnych narzędzi w rękach, zatem zakończenie stanu obecnego jest w większym stopniu zależne od niej. Taki wysiłek nie jest jednak podejmowany – z powodów których wyjaśniać w tym miejscu nie muszę, nie uznaję za taki forsowania ustawy dyscyplinującej.

Jak sądzę, mało kto lub zgoła nikt z osób, od których w obozie władzy cokolwiek zależy, pojmuje, że istnieje przełożenie przedszkolnej nawalanki z sędziami na gospodarkę. Przedsiębiorcy, zwłaszcza ci więksi, mający do stracenia poważniejsze pieniądze, potrzebują stabilnej sytuacji prawnej i pewności, że w razie konieczności zwrócenia się do sądu wyrok dostaną szybko i będzie on – po wyczerpaniu drogi prawnej – pewny. Ta władza nie zapewniła im pierwszego, nawet wręcz przeciwnie, a za moment będzie jeszcze gorzej, zaś w drugiej kwestii pewność jest właśnie niszczona. Ale nawet gdyby – jak mogliby argumentować wielbiciele tej władzy – poradzono sobie z sędziami, łamiąc ich opór za pomocą ustawy, to niczego to nie zmieni. Po pierwsze dlatego, że bunt będzie się wciąż tlił, nawet tym bardziej, a jego erupcje w najmniej oczekiwanych miejscach i okolicznościach będą skutecznie podkopywać pewność systemu prawnego. Po drugie, ponieważ rozwiązania, które proponuje PiS, faktycznie niebezpiecznie oscylują wokół politycznego wpływu na sędziów. Z punktu widzenia przedsiębiorcy zniknie być może zagrożenie, że jeden sędzia zakwestionuje status innego, a co za tym idzie – podważony zostać może nawet prawomocny wyrok, ale w zamian pojawi się ryzyko, że otrzymane orzeczenie będzie zależne od tego, jaki dany przedsiębiorca ma układ z władzą. Lub jaki ma jego przeciwnik przed sądem.

Wydaje się także, że władza przestała ogarniać wzrokiem całokształt środowiska gospodarczego, jakie wyszykowała przedsiębiorcom. Pan premier zafiksował się retorycznie na kilku żelaznych punktach – CIT, mały ZUS, ściągalność VAT – nie interesując się tym, że czas rządów jego partii to bezprecedensowe namnożenie często kompletnie zbędnych, durnych, absurdalnych procedur, wymogów, ograniczeń. Nieszczęsne BDO to najjaskrawszy przykład, ale tylko jeden z mnóstwa podobnych spraw.

Inna tendencja to bezwzględne wymuszanie przez urzędników przestrzegania regulacji uchwalonych już wcześniej, ale traktowanych dotąd luźno. Z punktu widzenia przedsiębiorców jest tak, jakby te regulacje pojawiły się dopiero teraz.

Mowa tu o przedsiębiorcach prywatnych, natomiast ogrom patologii – ogrom nie przez skalę poszczególnych zdarzeń, która może i jest niewielka, ale poprzez wielką liczbę przypadków – dotyczących sektora publicznego nie ustępuje temu, co znaliśmy z czasów PO. Liczba historii typu „musiałem zwolnić pana X, bo trzeba było znaleźć miejsce dla pani Y, która jest bliską znajomą Z, a ten jest blisko Naczelnika”, jakie słyszałem, wypełniłaby już sporych rozmiarów broszurkę. A przecież słyszałem tylko o niewielkiej części takich zdarzeń.

Nie martwi mnie specjalnie, że z tego powodu prawdopodobnie ogromna część przedsiębiorców, którzy dali w 2015 r. partii Kaczyńskiego kredyt zaufania – od JDG po właścicieli większych firm (ci naprawdę duzi bywają w specjalnych relacjach z każdą władzą) – nie powtórzyła go w 2019 r. i nie powtórzy w tym, w głosowaniu prezydenckim (być może nie głosując w ogóle, zwłaszcza w drugiej turze). Martwi mnie natomiast, co Prawo i Sprawiedliwość robi z naszą wolnością, z poczuciem odpowiedzialności za samych siebie, ze stabilnością prawa – krótko mówiąc, co robi z tymi wszystkimi, którzy nie chcą zależeć od państwa. Martwi mnie to, bo wiem, że to od nich, a nie od kuzyna przyjaciółki bliskiego współpracownika Naczelnika, który dostał robotę w kolejnej SSP, zależy pomyślność nas wszystkich.