Czekanie na Belizariusza
Jerzy Marek Nowakowski 23.04.2020

Zadzwoniłem niedawno do Armenii. Ot, żeby zapytać jednego z czołowych polityków o to, co słychać w czasach epidemii. W odpowiedzi usłyszałem, że epidemia to peanut. „Taka sobie gorsza grypa. W rzeczywistości jest to spisek mocarstw w celu przejęcia całkowitej kontroli nad światem. To wielcy mają pieniądze i możliwości, aby po totalnym kryzysie gospodarczym przejąć zarówno kontrolę polityczną i ekonomiczną nad światem. – dodał – Nie chodzi tylko o kraje takie jak Armenia. Polacy czy Holendrzy w tej skali są również małymi krajami”.

 

Wypowiedź brzmiała jak cytat z fabryki fake newsów. Oczywiście, z perspektywy Erywania, krok po kroku pożeranego przez Rosję i w istocie pozbawionego realnego wsparcia Zachodu, wizja spisku „wielkich” jest jakoś tam zrozumiała. O ile jednak nie bardzo wierzę, że Trump, Putin i Xi dogadali się w kwestii sprowokowania pandemii, to jej efekty mogą być dokładnie takie, jak w opisie mojego przyjaciela.

Podczas Wielkiego Kryzysu lat trzydziestych ubiegłego wieku powiadano, że kiedy Ameryka dostaje kataru, to reszta świata choruje na – nomen omen – zapalenie płuc. Także obecny kryzys, zanim się na dobre zaczął, wskazuje na to, że wielcy sobie poradzą. Chiny przecież nie zamroziły całej gospodarki. Wyłączyły dwie istotne prowincje. Na dodatek nikt w gruncie rzeczy nie wie co tam się działo. Podobnie jak w Rosji. Autorytarna władza może zadekretować, że epidemii nie ma, jak w Turkmenistanie czy Korei Północnej, albo dawkować informacje, tak jak dyktują jej to potrzeby propagandowe. Kiedy czytamy globalne statystyki zachorowań całą czołówkę okupują kraje demokratyczne. Obawiam się, że przede wszystkim dlatego, iż jest tam trudniej sterować informacjami. No i – co też nie bez znaczenia – wykonuje się testy. Z kolei USA są tak niewiarygodnie bogate, że jak z każdej kolejnej globalnej klęski wyjdą zapewne najszybciej i pewnie wzmocnione.

Nie jestem wszakże epidemiologiem, a wszyscy mają wirusa serdecznie dosyć, więc nie o nim. Zagrożenie powrotem koncertu mocarstw w wyniku globalnego kryzysu wydaje się bardzo realne. Szczególnie, że wiatr historii wiał w tym kierunku już wcześniej. Kiedy pisałem o zagrożeniu nową Jałtą zostałem uznany za ponurego czarnowidza. Tymczasem, co najmniej od kryzysu 2008 roku, obserwujemy odchodzenie od polityki opartej na instytucjach międzynarodowych do uzgodnień podejmowanych w wąskim gronie największych państw. W warunkach poszarpanych łańcuchów dostaw i globalnego kryzysu pokusa by decydować, bez oglądania się na mniejsze państwa, będzie jeszcze silniejsza.

Narzekamy – słusznie – na postawę instytucji Unii Europejskiej. Tu także zjawiska kryzysowe wyostrzyły wszelkie słabości. Zachowywaliśmy się w Europie już od jakiegoś czasu jak stado tłustych kotów obsługujących zbiorowo gigantyczny brukselski bankomat. Niczym osioł w „Folwarku Zwierzęcym” Orwella, który na każdy problem odpowiadał, że trzeba więcej pracować, Bruksela (przy pełnej aprobacie większości państw) powiadała – „trzeba więcej pieniędzy”. I w odpowiedzi na pandemię, z potężną biurokratyczną inercją, zdaje się mówić to samo. Nie oszukujmy się, Unia w pierwszym etapie epidemii zawiodła. I to nie dlatego, że skąpiła pieniędzy. Dlatego, że okazała się być instytucją z marzeń eurosceptyków: strefą wolnego handlu. W obliczu kryzysu nie podjęto jakichkolwiek działań mających ratować jedność europejską. Kiedy poszczególne państwa nagle i bez uprzedzenia zamykały granice, wprowadzały zakazy handlu medykamentami, transportowały własnych obywateli z odległych zakątków świata, wymyślały strategie antykryzysowe, Komisji Europejskiej nie było. A przecież to jest jej kluczowe zadanie. Formalnie rzecz biorąc obywatel dowolnego kraju Unii powinien otrzymywać wsparcie w każdej placówce konsularnej czy dyplomatycznej państwa unijnego na zasadzie równości.

Tę równość poczuli Łotysze i Litwini nagle zablokowani na granicy niemiecko–polskiej. Poczuli Niemcy, których LOT nie zamierzał zabierać na pokłady swoich samolotów w ramach (skądinąd zyskownej) operacji ”LOT do domu”. Poczuli ją także Polacy żebrząc w paru krajach Azji i Afryki, aby dostać się na pokład francuskich czy brytyjskich samolotów. Przecież kwadrans po rozpoczęciu procedury zamykania się państw instytucje unijne powinny uruchomić wspólne procedury powrotowi. Logistycznie i finansowo była to operacja banalna. Tymczasem z europejskiej procedury – zbojkotowanej przez kilka państw w tym Polskę – powrotów skorzystało około 40 tys. ludzi z ponad miliona wracających do Europy, z różnych zakątków świata.

Po pierwszym zamknięciu granic, Komisja powinna w trybie nagłym skłonić wszystkie państwa Unii do próby uzgodnienia procedur, a nie pozostawać skrzynka pocztową do której spływały notyfikacje o coraz brutalniejszych procedurach granicznych. Gdy tylko okazało się, że epidemia przedostaje się do Europy, to Komisja Europejska powinna zorganizować w skali Europy interwencyjne zakupy leków, środków ochronnych czy respiratorów. Satyrycznie brzmiały przechwałki, iż rozdysponowano 150 respiratorów, po 5 na każde państwo członkowskie.

Owszem po kilku tygodniach machina brukselska ruszyła zabierając się do tego co potrafi, czyli rozdzielania gigantycznych pieniędzy w ramach projektów antykryzysowych. Dobre i to. Ale będziemy przez długie lata pamiętali, że fundament Unii, cztery swobody: przepływu ludzi, usług, towarów i kapitału zostały zablokowane w ciągu kilku dni przez nieskoordynowaną akcję państw członkowskich. A przecież, gdyby wspólną decyzją odizolowano ogniska zakażeń (jak w Chinach), ograniczono akcję zamykania granic do niezbędnego minimum i wypracowano wspólne standardy zwalczania epidemii nie siedzielibyśmy jak durnie w domach z niepokojem obserwując jak nasza gospodarka i – co jeszcze gorsze – nasz styl życia rozsypuje się na kawałki.

Po epidemii Europa będzie musiała odpowiedzieć sobie na proste pytanie – czy ma ambicje bycia realną wspólnotą, co oznacza uczestniczenie w globalnym koncercie mocarstw jako jednolity podmiot, czy jest hordą tłustych, choć gwałtownie chudnących, kocurów siedzących w klatkach wielkich graczy.

Jeszcze gorzej, niestety, wygląda druga wielka wspólnota Zachodu. W kryzysie epidemicznym NATO nie istnieje. A przecież to właśnie w magazynach Sojuszu powinniśmy mieć miliony kombinezonów, tysiące ton leków, dziesiątki tysięcy respiratorów. Powinniśmy mieć pomysł na szpitale polowe, procedury przeciwdziałania gigantycznej epidemii. Faceci siedzący w Mons powinni sięgnąć do szuflady wyjmując schematy rozmieszczenia zainfekowanych pacjentów ponad granicami państw. Przecież jeden z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy przyszłego globalnego konfliktu to wojna biologiczna. Tymczasem wrogowie Zachodu otrzymali jasny komunikat – zatruwamy parę (choćby i prowincjonalnych) wodociągów, rozsypujemy trochę wąglika i spokój. NATO jest sparaliżowane. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak jak konsumenci brukselskich muli na służbowych lunchach uważali, że jak jest problem to dosypiemy sto miliardów euro i będzie cacy, tak generałowie w Kwaterze głównej NATO grali w skomplikowane gry komputerowe, w których niebiescy zawsze wygrywali z czerwonymi. I uważali, że remedium na kłopoty to nowsze drony i szybsze samoloty.

Rzecz jasna z politycznego punktu widzenia abdykacja NATO z przewodzenia w rozwiązywaniu problemu pandemii jest dowodem głębokiego kryzysu przywództwa amerykańskiego. Neoizolacjonizm Donalda Trumpa w czasie spokoju przynosił Ameryce spore korzyści gospodarcze. W chwili kryzysu staje się problemem. Oczywiście w mniejszym stopniu dla Stanów Zjednoczonych a w większym dla Europy i pozostałych członków wspólnoty Zachodu. Także tych spoza NATO jak Australia czy Japonia. Wycofanie bombowców strategicznych z bazy na Guam jest dla nich dzwonkiem alarmowym. Jeżeli prezydent USA mówi serio o tym, że koronawirus jest produktem chińskich laboratoriów to powinien sięgnąć po artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego. A jeżeli mówi, bo mówi, to zachowuje się w sposób nielicujący z powagą przywódcy wolnego świata.

Niektórzy analitycy wieszczą, że druga kadencja Trupa będzie oznaczała koniec NATO. Nie wiem. Wiem natomiast, że już od 11 września 2001 r. Waszyngton stawiał na unilateralizm i zawiązywanie koalicji ad hoc, ignorując mechanizmy NATO. Sojusz, podobnie jak instytucje unijne, stał się biurokratyczną maszyną nastawioną na wygrywanie poprzedniej wojny. W zderzeniu z autentycznym kryzysem okazał się kompletnie niewydolny.

Niewydolne okazały się w istocie wszystkie organizacje międzynarodowe. ONZ, WHO, UNICEF, Bank Światowy z trudem i powoli budzą się z letargu. Zaś państwa narodowe starają się toczyć swoje małe, lokalne wojenki z pandemią. W istocie mało kto ma wyobraźnię i świadomość, że jest to zaledwie początek, że najgorsze nastąpi dopiero po opanowaniu pandemii. Globalna recesja, porwane łańcuchy współpracy gospodarczej, gwałtowne obniżenie zaufania obywateli do instytucji publicznych i do tego parę nawrotów epidemii. I na koniec uniwersalny mechanizm rewolucji, które następują wówczas gdy poprawia się po kryzysie.

Nigdy nie byłem entuzjastą wielkich instytucji międzynarodowych. Teraz jednak, przynajmniej z polskiego punktu widzenia, trzeba zrobić wszystko, aby nie tylko ratować Unię i NATO, ale także by je zreformować tak by dużo silniejsze były mechanizmy wspólnotowe. Dla państw słabych – czyli w zasadzie wszystkich w Europie – jedynym wyjściem jest działanie wspólne i skoordynowane. Jeżeli postawimy na lokalne nacjonalizmy to znajdziemy się w nowym średniowieczu. Komisja Europejska powinna przejąć rolę przywódczą w rozwiązywaniu kryzysu społecznego i gospodarczego a NATO w budowaniu systemu realnego bezpieczeństwa Zachodu. Powinniśmy także zadać sobie pytanie o przyszłość Turcji (zostawionej kompletnie samej sobie) i całego świata postsowieckiego. Budowane przez Rosję struktury integracyjne w rodzaju Unii Euroazjatyckiej okazały się jeszcze bardziej niewydolne od zachodnich. W kryzysie oparta na eksporcie surowców gospodarka rosyjska może się rozsypać. I jeśli kogoś to cieszy, to powinien sobie przypomnieć obrazki z Rosji sto lat temu. Nie zapominając, że w arsenałach rosyjskich nie leżą jak wówczas karabiny Maxima tylko bomby atomowe.

Oczywiście po pandemii ludzkość, jak po każdej klęsce, się pozbiera. Tylko dlaczego mamy się czuć jak mieszkańcy Rawenny gdzieś w początkach VI stulecia. Dlaczego Rawenna i tytułowy Belizariusz to zagadka historyczna dla czytelników. Na razie jest jeszcze szansa by tak nie było.