Czy biustonosz może być prezydentem?
Jerzy Marek Nowakowski 08.07.2020

Poziom końcówki kampanii wyborczej jest obrazą dla każdego inteligentnego człowieka. My go pedofilem mniemanym a to my odbijemy kierowcą narkomanem na niemieckim żołdzie. Dowodzi to jednego – sztaby wyborcze maja Polaków za naród idiotów.

 

Brak jakiejkolwiek debaty pomiędzy kandydatami dowodzi dramatycznej słabości mediów w Polsce. Kiedy przed laty tłumaczyłem, że wprowadzony u progu III RP zakaz reklamy alkoholu i papierosów zagraża polskiej wolności, to zarzucano mi bezrozumny „korwinizm”. Tymczasem chodziło o to, że media na Zachodzie właśnie na tych, zakazywanych od pewnego momentu, produktach reklamowych zbudowały sobie solidne zaplecze finansowe, pozwalające przetrwać trudne czasy. Polskie media od początku spętane dziesiątkami zakazów i działające na rynku reklamowym o skali dwóch hrabstw średnio zamożnego stanu Ameryki nie zdołały zakumulować wystarczających środków.

A jakość prasy, a już szczególnie radia i telewizji, jest wprost zależna od pieniędzy. Nawet największych polskich mediów nie stać na utrzymywanie zagranicznych korespondentów, na zamawianie materiałów wymagających wielomiesięcznej pracy zespołu dziennikarzy. Sięgając po ogromną większość czasopism czy włączając dowolną telewizję mamy pewność, że nie dowiemy się niczego nowego. Gwiazdami dziennikarstwa prasowego stają się przepisywacze z internetowych wydań zagranicznych mediów. Wobec czego widz lub czytelnik zadaje sobie pytanie: dlaczego mam tracić czas i pieniądze na konsumpcję wtórnie przeżutej papki informacyjnej? I nakłady (a także płatne treści internetowe) mają coraz mniej czytelników. To z kolei odstrasza reklamodawców, a jeszcze mniejsze pieniądze sprawiają, że medium zaczyna korzystać ze studentów czy bezpłatnych stażystów.

Jest jeszcze jedna kwestia. Na chudym rynku nieliczne jako tako dochodowe media toczą śmiertelną walkę konkurencyjną. Nie jest więc możliwa polemika, zacytowanie konkurencyjnego wydawcy jest dla dziennikarza grzechem śmiertelnym.

Miałem okazję zarówno na Łotwie jak w Armenii obserwować rynki medialne niezdolne do samodzielnego życia. Hermetyczne języki, minimalne nakłady i mikroskopijne rynki reklam sprawiają, że zarówno w Rydze, jak w Erywaniu praktycznie (są bardzo rzadkie wyjątki) media nie są w stanie się utrzymać. W rezultacie są one tubami partii lub (znacznie częściej) oligarchów lub zagranicznych grup interesów – najczęściej rosyjskich.

Rzecz jasna w takiej sytuacji można zapomnieć o kluczowej dla demokracji kontrolnej roli mediów. Rozkwita za to tak zwane dziennikarstwo tożsamościowe, które z dziennikarstwem ma tyle wspólnego co krzesło z krzesłem elektrycznym. Mamy zalew propagandy i hejtu a równocześnie spadek wiarygodności mediów.

Wracając do naszej kampanii wyborczej. To, że kandydaci do prezydentury nie stanęli do debaty, jest ciosem w demokrację. Jako wyborcy mamy prawo by oglądać coś więcej niż różne wersje spotów propagandowych. Bo do tego sprowadza się przekaz z wieców czy „pseudodebat” kandydatów. Ale skoro nie potrafimy ich do rozmowy i uczciwej konfrontacji zmusić, to być może do demokracji nie dorośliśmy.

Warto zwrócić uwagę, że jesteśmy adresatami nieustannej – by użyć kolokwializmu – „ściemy”. Kandydaci do prezydentury opowiadają banialuki, co to nam podarują w nieodległej światłej przyszłości, na wszelki wypadek nie wspominając, iż nie ma to nic wspólnego z kompetencjami i rolą prezydenta państwa. Rzeczywiste kompetencje prezydenckie koncentrują się w trzech obszarach: bezpieczeństwa, polityki zagranicznej i budowania wspólnoty. A rola prezydenta w systemie politycznym może być porównywana do roli bezpiecznika. Ma szanse (a poniekąd i obowiązek) wyłączyć proces decyzyjny gdy jego zdaniem zapobiega to stabilności państwa.

O bezpieczeństwie w kampanii wyborczej cicho. O polityce zagranicznej – szkoda mówić. Jedyne pytanie to dokąd Pan pojedzie z pierwszą wizytą. A w kwestii harmonizowania społeczeństwa i systemu politycznego słyszymy ogólniki w stylu „nie sypać piachu w tryby” (Duda) albo „kochajmy się” (Trzaskowski). Próba skierowania kampanii na merytoryczne tory kończyła się porażką kandydatów (Kosiniak i Hołownia).

No ale konkretów mogliby się domagać od kandydatów właśnie dziennikarze. Tyle, że ich nie ma, bo albo piszą dla chleba po trzy materiały dziennie, albo za bułkę z szynką uprawiają propagandę. Jeszcze kilkanaście lat temu dziennikarz miał poczucie, że to on jest pracodawcą i kontrolerem polityka. Teraz wie doskonale, że jest od tego polityka w taki czy inny sposób zależny.

Jeszcze gorszą rzeczą jest to, że najmłodsze pokolenie pracowników mediów nie rozumie już na czym polega zawód dziennikarza. Stają się albo zaangażowanymi żołnierzami partyjnej wojny na pomyje albo producentami infotainmentu. Nie bardzo wiadomo co jest gorsze. Sam złapałem się na tym, że otworzywszy w weekend internetową wersję jednej z gazet, pijąc poranna kawę i przeglądając najciekawsze artykuły, sięgnąłem wyłącznie po przedruki z mediów zagranicznych.

Z kolei najtrafniejszy komentarz zamieszczony pod tekstami na dużym portalu internetowym brzmiał: „Wyszedłem rano po bułki, potem zjadłem śniadanie i rozważam wyjazd nad morze podczas wakacji”. Był to komentarz pod leadowym materiałem opowiadającym o dylemacie rodziny celebrytów: wracać do Warszawy czy zostawać na wsi?

Miałem trochę nadziei, że epidemia koronawirusa zmieni trochę czołowe portale. Przez jakiś czas były one zdominowane historiami o nowych zachorowaniach i przeróżnych wirusowych zakazach. A gwiazdki i celebryci nie mogąc podróżować do Dubaju i robić ustawki z „przypadkowo” zgubionym biustonoszem jakoś zniknęły na drugim planie. Ale nowa normalność w mediach okazała się starą normalnością minus. Mając jeszcze mniej kasy z reklam tym chętniej powielają brednie z Instagrama watując resztę bełkotem przedwyborczym.

Nieliczne poważne portale (jak ten na którym publikuję ten tekst) pełnią rolę niszową i nie mają szansy przebić się do masowego odbiorcy zawodowo odmóżdżanego przez Internet, telewizje i tabloidy. Kampania wyborcza dowiodła, że nawet w tak niezwykłej sytuacji jak wybory prezydenckie obywatele nie oczekują realnej informacji o tym co myśli kandydat, tylko związanych z nim, albo jego otoczeniem, emocji.

Ponieważ prędzej czy później (i to raczej prędzej) dojdziemy do głosowania przez Internet mam pomysł racjonalizatorski. W portalu do głosowania instalujemy test zawierający kluczowe pytania dotyczące konstytucji, gospodarki i polityki. Głosujący odpowiada na pytania – powiedzmy 20. I w zależności od wiedzy waga jego głosu wynosi od 20 do 0. Jeśli nic nie wiesz uczestniczysz w sondażu. Wiesz dużo masz siłę 20 głosów. Nawet jeżeli partie zmobilizowałyby swoich ekspertów do produkcji podpowiedzi to taki system by wymusił na obywatelach minimalną choćby orientację w polityce. Jeżeli nie wymyślimy jakiegoś antyogłupiacza to za parę lat prezydentem zostanie biustonosz Dody.