Czy Kaczyński jest wybitny?
Łukasz Warzecha 21.06.2019

„Dzisiaj 70. urodziny najwybitniejszego polskiego polityka” – napisał dwa dni temu na Twitterze prof. Zdzisław Krasnodębski. Nie postawię tutaj złośliwej i z pewnością nieuprawnionej tezy, że ta erupcja czci dla Jarosława Kaczyńskiego ma jakiś związek z faktem, iż to prof. Krasnodębski ma być kandydatem na wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego – nie Beata Szydło. Z całą pewnością pan profesor nie kieruje się tak koniunkturalnymi względami. Podziw dla Kaczyńskiego jest na pewno szczery i bezinteresowny.

 

Powstaje natomiast poważne pytanie, czym jest owa „wybitność” polityka i jak ją mierzyć? To z definicji nieostre i uznaniowe kryterium. Obiektywniejsze i bardziej wymierne byłoby nazwanie Jarosława Kaczyńskiego na przykład najbardziej znaczącym politykiem III RP – wziąwszy pod uwagę to, do jakiego stopnia jego koncepcja polityczna i jego widzenie państwa są nie tylko realizowane w praktyce począwszy od 2015 roku, ale też w jakim stopniu były odniesieniem dla większości sił politycznych w ciągu co najmniej dwóch ostatnich dekad. Tyle że bycie znaczącym nie oznacza jeszcze bycia wybitnym.

Wybitność można rozumieć na wiele sposobów – to pojęcie szerokie i nieprecyzyjne, z założenia definiowane subiektywnie. Można na przykład uznać – choć to widzenie dalekie od mojego rozumienia pojęcia wybitności – że wybitny polityk to ten, który jest politykiem sprawczym, czyli jest niezłym prakseologiem – osiąga zakładane cele. I zdaje się, że tak właśnie pojmując wybitność, wielu zwolenników Kaczyńskiego przypisuje mu tę cechę.

Niesłusznie, bo pod tym względem bilans Kaczyńskiego jest mocno mieszany. Na plus na pewno należałoby mu zaliczyć niezwykłą wytrwałość i konsekwencję w dążeniu do celu i trwaniu przy nim mimo trudności. Można spokojnie założyć, że napotkawszy przeciwności, jakie spotykały Kaczyńskiego, większość uczestników polskiego życia publicznego już dawno znalazłaby się poza polityką.

Z drugiej jednak strony czy bilans sprawczości wypada faktycznie na plus? Po 2005 roku PiS rządził zaledwie dwa lata. Kaczyński był premierem przez kilkanaście miesięcy. Potem nastąpiła seria dotkliwych wyborczych porażek, ciągnąca się przez dwie kadencje, przełamana dopiero w 2015 roku. Od tego czasu Kaczyński układa Polskę w większości tak, jak chce, ale jednak nie zawsze. Sprawy Trybunału Konstytucyjnego czy sądownictwa zajęły o wiele więcej czasu i kosztowały o wiele więcej wysiłku niż Kaczyński początkowo zakładał. Nie udało się doprowadzić do niepowołania Tuska na drugą część kadencji, nie udało się też zablokować na poziomie UE niekorzystnych dla nas rozwiązań: ani Nordstream II, ani dyrektywy transportowej, ani rozwiązań dotyczących polityki klimatycznej. W ogóle w polityce europejskiej czas rządów PiS nie jest większym sukcesem niż był czas rządów PO. Tyle, że o ile PO planowo nie starała się nawet bronić niektórych polskich interesów, bo jej koncepcja przewidywała podążanie za najsilniejszymi, to PiS robi odwrotnie: bardzo dużo o obronie polskich interesów pokrzykuje, ale jest w tym stosunkowo mało skuteczny.

Gdy idzie o strategiczny sojusz z USA, to jest to częściowo zasługa Kaczyńskiego, a częściowo – korzystny dla niego zbieg okoliczności w postaci prezydentury Trumpa. Gdyby na jego miejscu była dzisiaj pani Clinton, wyglądałoby to zapewne mocno inaczej. Ale też przyznać trzeba, że Kaczyński umie okazję wykorzystać.

Owszem, dużo udało się Kaczyńskiemu osiągnąć, gdy idzie o zbudowanie nieformalnych struktur zależności i kierowania państwem. Sukcesem jest też przełamanie tego, co sam Kaczyński nazywał imposybilizmem. PiS złożył konkretne obietnice przed wyborami, po czym większość z nich zrealizował. Czy sprawnie i w sposób dobry dla państwa i jego obywateli – to już inna sprawa.

Po stronie tego, co się udało z pragmatycznego punktu widzenia, trzeba też wpisać Kaczyńskiemu stworzenie Zjednoczonej Prawicy i utrzymanie w tym trójczłonowym tworze dynamicznej równowagi, mimo ogromnych napięć pomiędzy poszczególnymi frakcjami.

Nie sposób natomiast do podsumowania sprawczości Kaczyńskiego wpisać kwestii gospodarczych. Prezes PiS nie jest tym bowiem specjalnie zainteresowany, z ulgą oddelegował do tych spraw od samego początku Mateusza Morawieckiego oraz niektórych ludzi Jarosława Gowina. To dzieje się niejako obok niego i mimo niego, nie dzięki niemu.

Czy jednak faktycznie ocena wybitności powinna się opierać na kryterium prakseologicznym? O kim naprawdę możemy powiedzieć, że był wybitnym mężem stanu? Piłsudski, Dmowski, Bismarck, Talleyrand, Napoleon I, Katarzyna Wielka, Fryderyk Wielki, Winston Churchill, Margaret Thatcher, Ronald Reagan? Wszyscy oni nie żyją od co najmniej kilku, a na ogół kilkudziesięciu lub kilkuset lat, nie mają zaś wpływu na politykę od jeszcze dłuższego czasu. Ich dokonania można ocenić dopiero z dalszej perspektywy, a przecież i tak wciąż toczą się wokół nich dyskusje. Nazywanie wybitnym polityka czynnego, którego dziedzictwa nie możemy ocenić, jest, najdelikatniej mówiąc, mocno na wyrost.

A gdyby zastosować inne kryterium – nie skuteczności, ale tego, czy polityk działa w interesie państwa i obywateli? Jasne, że tutaj zgody tym bardziej nie będzie. Przecież spór dotyczy dziś w Polsce istoty tej oceny, czyli tego, co jest dla państwa dobre. Nie mówię tutaj o sporze międzypartyjnym, sprymitywizowanym do imentu, ale o sensownej, rzeczowej krytyce, także ze strony środowisk konserwatywnych. Ci, którzy – jak prof. Krasnodębski – oznajmiają, że Kaczyński jest po prostu politykiem wybitnym i basta, muszą jednak zaakceptować fakt, że z punktu widzenia tych jego dokonań, które można już ocenić, nie musi to być opinia wszystkich.

Czy wolnościowiec, liberał, ale też konserwatysta może uważać dzisiaj, że Kaczyński jest wybitny, jako polityk prowadzący państwo w dobrym kierunku? Czy mając wolnościowe, liberalne, ale i konserwatywne poglądy można za wybitnego uznać polityka, który: redukuje zakres wolności osobistych poprzez nieustanne wzmacnianie państwa, bo z przekonania jest etatystą i centralistą; jest przeciwnikiem powiększania zakresu wolności gospodarczej, ponieważ to zmniejsza swobodę decyzji państwa; traktuje państwo niekonserwatywnie, czyli jako plastelinę, z której można sobie dowolnie lepić twór, dostosowany do potrzeb partyjnych, nie zachowując żadnej wstrzemięźliwości, nie licząc się z nikim i niczym, nie testując nawet należycie przyjmowanych rozwiązań; ład instytucjonalny uznaje za wtórny wobec woli partyjnego lidera – czyli siebie samego? Czy jest politykiem wybitnym ten, który politykę zagraniczną bez reszty niemal podporządkowuje bieżącym wewnętrznym potrzebom partyjnego piaru, a w kwestiach strategicznych wszystko stawia na jedną kartę, zamiast prowadzić umiejętną grę na wielu fortepianach? Każdy z tych zarzutów można, rzecz jasna, rozwinąć i podać wiele konkretnych przykładów – łatwo jest znaleźć w innych moich tekstach na blogu.

Jakim zatem politykiem jest Jarosław Kaczyński? Znaczącym – na pewno. Ważnym – jak najbardziej. O swoje miejsce w historii martwić się nie musi. Ale z wybitnością byłbym więcej niż ostrożny.