Czy ktoś wreszcie uświadomi Zachodowi, że skończyła się sielanka?
Tomasz Wróblewski 19.07.2014

Co świat zrobi Putinowi? Lista sankcji jest gotowa. Nie ma co dumać. Przeszkoda tkwi w głowach polityków. Zbyt zajętych wychodzeniem z recesji, żeby znowu ryzykować.

Stany Zjednoczone i Wielka Brytania od tygodni mówią o zaostrzeniu sankcji i pomocy militarnej dla rządu w Kijowie. Ale każde wystąpienie natychmiast spotykało się z irytacją Paryża, Berlina, Rzymu, Amsterdamu, zarzutami niepotrzebnej histerii. Sankcje zaproponowane na dzień przed fatalnym lotem niczego nie zmieniały, bo miały nic nie zmienić. Biznes miał kręcić się, jak kręcił. Wszystko, na co zgodzili się przywódcy, to puste gesty. Dziś, ci sami odpowiedzialnością obarczają Putina. Ale część odpowiedzialności spada też na nich. Na europejskie rządy i media. Szybko przechodzące do codzienności nad aneksją Krymu, niedostrzegające pełzającej wojny na wschodnią Ukrainę. Z zadowoleniem przyjmujące nic nie warte deklaracje pokojowe Putina.

Historia nie jest najlepszą nauczycielką, ale może być doskonałym punktem odniesienia. Dokładnie 100 lat temu, na miesiąc przed wybuchem I wojny światowej żadna z poważnych gazet niemieckich, francuskich czy brytyjskich nie widziała zagrożenia i konieczności zbrojeń. Pierwsze strony kwitły od salonowych plotek i wspaniale rozwijających się fortun. Wojny miały dotyczyć już tylko odległych lądów. Tak jak teraz miały rozgrywać się gdzieś w Afganistanie, Iraku, Syrii. Dziś mogą być zakładką w internecie, ale w żadnym wypadku nie mogą zabijać naszych bliskich. Europa wierzy, bardzo chce wierzyć, że kryzys jest za nią. Odmawia sankcji, które mogą zaszkodzić ożywieniu gospodarczemu, nie chce się zbroić i wzmacniać sojuszników w Polsce, na Litwie, Łotwie w Estonii. Po co prowokować Moskwę?

Holendrzy, którzy stracili najwięcej swoich obywateli w rosyjskim zamachu, najgłośniej protestowali przeciwko sankcjom. Premier Holandii Mark Rutte jeszcze tydzień temu tłumaczył, że biznes i wielkie pieniądze złagodzą obyczaje. Nikomu nie będzie się opłacało prowadzić otwartej wojny na Ukrainie. Jakbyśmy czytali prasę te 100 lat temu. Polecam książkę Normana Angella „Wielka Iluzja” o tym jak mędrcy tamtych czasów nie zauważyli, że zmieniły się reguły gry. Że narodowy żywioł okazał się silniejszy od pieniądza. Jak do ostatnich dni, europejskie kraje bagatelizowały niemieckie przygotowania. I znowu najsilniejszym argumentem miała być suma zysków i strat – najbogatsi do tego nie dopuszczą, bo wojna by ich zrujnowała.

Zamach w Sarajewie miał się rozejść po kościach. Reakcje świata na zamordowanie 300 osób w Doniecku nie zależą od ustaleń komisji, ONZ, podsłuchanych nagrań czy zdjęć satelitarnych. Zależą od stanu umysłu zachodnich polityków. Czy dotarło już do nas, że skończyła się sielanka i zaczęła się wojna?

Fot. na lic. CC2.0/aut. World Economic Forum/flickr.com