Czy Małgorzata Kidawa-Błońska zostanie prezydętą, a ja mężczyznem
Dariusz Matuszak 05.11.2019

Być może na języku polskim to ja się nie znam, ale mam słuch i czucie. Kiedy więc słyszę słowo pediatrka to boli mnie trąbka Eustachiusza, młoteczek i kowadełko i czuję jakby mi ktoś w mózgu grzebał korkociągiem. Podobnie z wyrazem psychiatrka i setkami innych jak choćby ortpopedtka, chirurżka, czy polityczka (nie mylić z potyliczką). Według mnie fale dźwiękowe jakie towarzyszą tym słowom powodują znaczne uszkodzenia neuronów, więc są spięcia w elektryce mózgu i tak osoby które często ich używają, lub ciągle słyszą, zdają się mieć nienormatywną orientację intelektualną, wpadają w rodzaj obłędu i fanatyzmu graniczącego z paranoją, więc tropią i zmieniają końcówki. Chodzi oczywiście o zakończenia wyrazów – męskie kontra żeńskie. Brak tych ostatnich w niektórych słowach stał się teraz przedmiotem debaty, a osobnicy o nienormatywnej orientacji intelektualnej starają się udowodnić, że jest to przejaw opresji, czy tam uciemiężenia kobiet.

 

Kiedyś wszystko było proste. Gdyby 40 lat temu pani Kidawa-Błońska startowała w wyborach i została głową państwa, to byłaby prezydent. Panią prezydent. Albo zostałaby premier. Nie prezydentem, nie premierem, ale właśnie prezydent, czy minister. Dziś co najwyżej może być prezydentą, (oczywiście wszyscy będą szydzić i pisać, że jest prezydętą), premierą, czy tam premierką, albo ministrą. Na szczęście przyszła niedoszła prezydent Kidawa Błońska nie zamierza robić kariery w dyplomacji, więc nie grozi jej, że zostanie ataszą, albo II sekretarką.

Przysłuchiwałem się ostatnio rozmowie profesora Bralczyka z jakąś socjolożką (nazwiska nie pomnę, bo jak tylko usłyszałem socjolożka, to mózg przeszedł w tryb obronny). Otóż postępowa ta dama starała się udowodnić profesorowi, że żeńskie końcówki w nazwach zawodów występują tylko na określenie profesji niskopłatnych i nie cieszących się społeczną estymą – np. sprzątaczka, przedszkolanka, nauczycielka. Profesorowi aż się broda trzęsła i widać było, że nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymuje się, by nie powiedzieć: „ludzie, trzymajcie mnie, co za ku..a brednie”…no nie profesor nie użyłby tego zwrotu, a co najwyżej: „cóż za banialuki”.

Pomińmy rozważania czy np. słowo „nauczycielka” oznacza pogardliwe określenie nieszanowanej profesji. Bralczyk jako człowiek wielkoduszny mówił owej socjolożce, że jak chce, to może mówić o sobie, że jest socjolożką, ale w słowie socjolog zawierają się i panie i panowie uprawiający tę sztukę. Podobnie jak w słowie Polacy „mieszczą się” też nasze kochane rodaczki. Zaś gdy mówi się Polki to oznacza to tylko nadwiślańską płeć piękną. Pani zaś uparcie twierdziła, że w imię równouprawnienia, odzyskania kobiecej godności, czy czego tam jeszcze, należałoby to słowo zastąpić terminem Polki, bo Polacy wskazuje na męską dominację. I tak sobie przez kilkanaście minut ku..a bredziła.

Socjolożka może czuć wielkie wsparcie ze strony postępującego postępu, bo w Sejmie mamy teraz grupę, koło, kółko czy jak to się tam nazywa posłanek z Zandbergiem na czele. By znieść patriarchat, lider Razem nie będzie posłem, tylko posłanką.

To, że język może zafałszowywać rzeczywistość i być nośnikiem ideologii to jasne. Wystarczy wspomnieć demokrację socjalistyczną, czy sprawiedliwość ludową, które oznaczały właśnie zupełny brak demokracji i zaprzeczenie sprawiedliwości. Demaskowanie jednak poprzez tropienie końcówek wyrazów patriarchatu, zorganizowanego systemu opresji płciowej to już zupełnie inny poziom opętania.

Moda na dorabianie tych domniemanych żeńskich końcówek przyszła oczywiście z postępowego i równouprawnionego Zachodu. Połowa tego świata posługuje się angielskim, a kultura anglosaska jest dominująca. Co więc tam sobie feministki wymyśliły, to nasze z gorliwością nowobogackich zaimportują. Język angielski wyrafinowany nie jest, jego fleksja jest wręcz prymitywna, więc czasami oczywiście trudno zorientować się czy mowa jest o pani, czy o panu, więc być może nadawanie wyrazom płci żeńskiej ma czasami sens. To, że często powstają z tego słowa specjalnej troski, to oddzielna sprawa. Inaczej w języku polskim, gdzie błyskawicznie orientujemy się z kim mamy do czynienia. I tak jak wybraniec narodu przyszedł u nas do Sejmu na ceremonię zaprzysiężenia posłów w ufajdanych butach, od razu wiemy, że to domniemany mężczyzna. Gdyby to stało się w amerykańskim Senacie, to nawet po nazwisku ciężko byłoby się zorientować kto w pałacach chlew czyni.

Rodzimym feministkom jednak wcale nie przeszkadzają ani różnice w języku, ani kulturowe – musi być jak w Ameryce i tyle. Z zapałem więc wymyślają nowe słowa, które mają mieć żeńską końcówkę. Na czym ona dokładnie polega tego nie wie nikt, ale nie szkodzi. Bo np. „mądrość”, ”ość”, „kość”, to zdecydowanie słowa rodzaju żeńskiego, ale już „gość” nie. Pani poseł z partii Razem z Czarzastym zapowiada więc, że będzie gościnią w programie telewizji. W Tok FM przy okazji audycji o Powstaniu Warszawskim uporczywie przedstawiano Krystynę Zachwatowicz jako powstankę. I na nic protesty damy się nie zdały. Powstanka i tyle.

W końcówkowych niuansach już się pogubiłem i zacząłem się zastanawiać, czy aby sam nie mam żeńskiej. Np. taka włoszczyzna jest żeńska, a mężczyzna męska, czy tam męski. Być może jednak powinienem być mężczyznem, dla podkreślenia mej opresyjnej męskości, albo wręcz nienawistnej samczości. Ale nawet owe męskość i samczość są rodzaju żeńskiego. Tu jednak są potrzebne feministki paranoiczki, które zgłębią się w te zawiłości i zaczną rozstrzygać jak to jest z żeńską kobiecością i żeńską męskością.

Póki co cieszę się, że kobieca jest Polska. Wyobraźmy sobie, co byłoby gdyby nasza kochana ojczyzna nazywała się np. Nepal, albo Honduras. Oj nie byłoby w niej miejsca dla naszych równouprawniających się Polek, a co najwyżej dla jakichś tam Nepalczyków. Od razu zaczęłyby przy nazwie macierzy grzebać i zmieniać ją na – jak one to mówią – nikogo nie wykluczającą. No i stolicę mamy żeńską – Warszawę. A po naszej, męskiej stronie co? – Radom. Zdecydowanie coś należy z tym zrobić.

Żeńska jest też Europa, a nawet sama Unia. Co za ulga dla żeńskiej ludności i męskich mieszkańców. Właściwie wszystkie państwa na naszym kontynencie są kobietami. Jednym z nielicznych męskich wyjątków jest Watykan. I to nie jest przypadek. W tym musi być jakieś drugie dno. To znak i ostrzeżenie, że gdzieś tam wciąż czają się dyskryminacja i opresja Mizogini nie mają się nawet gdzie wyprowadzić. Watykan i Cypr wszystkich nie pomieszczą. Emigracja na inny kontynent też niewiele zmienia – Ameryka, Azja, etc., same kobity. Ba, Ziemia jest rodzaju żeńskiego. Niby pozostają Księżyc i pozostałe planety Układu Słonecznego poza Wenus, ale i tak cały czas pozostaniemy w galaktyce Droga Mleczna. Sąsiednia Andromeda też do zasiedlenia się nie nadaje.

Jeśli ktoś te moje rozważania o męskich i kobiecych państwach uznaje za kretyńskie, to ma absolutną rację, z tym, że nie ma jej wcale. Nie docenia bowiem kreatywności feministycznych bojowniczek. Tam, daleko na jasno oświetlonym Zachodzie piszą już one bowiem herstory, czy tam herstorię świata. Do tej pory mieliśmy bowiem history, czyli – jak uznały – męską historię ludzkości. Cwani podstępni mężczyźni wymyślili bowiem nazwę historia w sprytny sposób łącząc „his” i „story” w „history”, czyli opowieść o nim. A tu trzeba też opowieści o niej, czyli herstorii.

Dopisało nam też szczęście jeśli chodzi o poważne dziedziny, którymi można się zajmować. Fizyka, matematyka, chemia, medycyna, biologia, astronomia, kosmologia, ba cała nauka jest opanowana przez żeńskość, więc w tym też grzebać nie będą. Z nauk męskich pozostał właściwie tylko ten gender. Jak dla mnie mogą sobie go brać. Za co człowiek nie chciałby się wziąć, tam wszędzie panuje rodzaj żeński – sztuka, religia edukacja, kultura, chałtura. Jest kilka zajęć nijakich/byle jakich jak rolnictwo, czy budownictwo, ale z męskich to pozostały właściwie handel, rozbój, transport i wyładunek. Jesteśmy więc w miarę bezpieczni, że żadnych końcówek historii (tu 100% pewności nie ma), matematyce, fizyce, medycynie etc. zmieniać nie będą. Będą za to przerabiać się na psychiatrki, archeolożki, pulmonolożki, szewcki, czy tam szewczynie, księdzynie, detektywki, drukarki, glazurrnice, szklarki, zbrojarki-betoniarki. Jak której przy tym ostatnim zajęciu łapę ukręci to stanie się kaleczką. Zaś jak przyjdzie im jeździć na taksówce, albo pekaesie, to będą kierownicami. Mogą nawet zaciągnąć się do marynarki i zostać marynarką. A jak która odsłuży i dosłuży się stopnia starszy mat, to może być nawet starszą matką. Milowym krokiem na drodze do jeszcze równiejszego równouprawnienia będzie zrobienie z premier Kopacz premiery Kopaczki, czy tam Szydły. I nie szkodzi, że od tego to się człowiekowi trąbka Eustachiusza skręcać będzie. Już bojowniczki o równiejszą równość nam to zaprowadzą, a ulizane bawidamki z mediów im w tym pomogą.

Często nadawania słowom rodzaju żeńskiego przychodzi łatwo. Aktor – aktorka, nauczyciel – nauczycielka, lekarz – lekarka etc. Nie trzeba sobie łamać języka, gwałcić uszu i mózgu dźwiękami jak warkot wiertarki udarowej, czy chlupot błota. Język to też melodia, rytm, intonacja. Nowotwory językowe wymyślane z powodów obsesji jakiegoś środowiska, wszystko to niszczą i są wręcz instynktownie odrzucane. Nie wykluczam jednak, że tworzenie takich nowosłów będzie miało swe dobre strony. Pozwoli odróżnić socjolog od socjolożki, psychiatry od psychiatryki, minister od ministry. Umówmy się: tylko analfabeta o nienormatywnej orientacji intelektualnej i do tego głuchy jak pniak dobrowolnie poddałby się operacji u chirurżki ortopedtki.