Czy Smith spuściłby mi manto?
Robert Gwiazdowski 02.11.2014

Niektórzy odkrywają, pewnie z niejakim zdziwieniem, że Adam Smith nie był wcale „ludożercom”. Że akceptował istnienie państwa i rządu, opodatkowanie na jego utrzymanie, a nawet pewną dozę „interwencjonizmu” – w obszarze, dziś byśmy powiedzieli,  inwestycji infrastrukturalnych, a chodziło o budowanie dróg bitych i  mostów. I nawet oświatę publiczną Smith postulował – w czym akurat, moim zdaniem (o czym będzie na koniec) się mylił. Nie  wówczas gdy pisał, ale biorąc pod uwagę to, co się z oświatą publiczną stało później. Ale z perspektywy czasu łatwiej oceniać. Gdybym żył w czasach Smitha może i na oświatę miałbym taki sam pogląd jak on.

Wartość Smitha odkrył właśnie Pan Redaktor Marek Beylin z Gazety Wyborczej.

I się tym chyba bardzo zatrwożył, bo stwierdził, że „gdyby Adam Smith słyszał, że powołują się na niego ekonomiści, którzy mówienie o społeczeństwie czy sprawiedliwości uważają za demagogię, spuściłby im publicystyczne manto”. Adam Smith socjalistą nie został, ale za to „powołujący się na niego ekonomiści” dopuszczają się najwyraźniej błędów i wypaczeń.  Oczywiście „powoływać się” na Smitha każdy może, ale nie wiem, o których ekonomistów Panu Beylinowi chodzi, bo nikogo nie zacytował.

Rozważań o sprawiedliwości zwolennicy Adama Smitha nie uważają za żadną demagogię. Arystoteles, Akwinata i w końcu Smith demagogami nie byli. I snuli rozważania o sprawiedliwości. Sprawiedliwości! Nie „społecznej”! Ba – liberalizm to najbardziej sprawiedliwy ustrój społeczny nie tylko w teorii, ale i w praktyce. Suum cuique – każdemu co mu się należy. A „nikomu nie należy się nic, z tego tylko tytułu, że to on, a nie kto inny”. Nie należy się nic arystokracie, z tego tylko tytułu, że jest arystokratą, ani górnikowi, z tego tylko tytułu, że jest górnikiem. Bo na arystokratę pracować musieli  chłopi i mieszczanie, a na górników nauczycielki, pielęgniarki, kasowe…

Smith przedstawił całkiem nową wizję człowieka, społeczeństwa i państwa, odmienną od dominującej wcześniej wizji zaprezentowanej między innymi przez Tomasza Hobbesa. Niektórzy autorzy uważają, że te dwie, konkurencyjne wizje, do dziś są filozoficzną podstawą różnego stosunku do państwa i jego roli. Dla Hobbesa działania państwa stanowiły najlepsze antidotum dla anarchii spowodowanej rywalizacją między ludźmi. Dla Smitha rywalizacja ta nie miała żadnych negatywnych konsekwencji – stanowiła podwalinę rozwoju gospodarczego. Dla Hobbesa wręcz przeciwnie – jedynym ratunkiem dla złych ludzi było państwo. Jego zdaniem, walka między ludźmi nie ogranicza się wcale do bezpośredniej agresji jednych przeciwko drugim. Jej przejawem jest także szkodliwe oddziaływanie na przyrodę, aby w ten pośredni sposób godzić w dobro innych ludzi. Stan natury, w którym ludzie rywalizują ze sobą jest więc stanem anarchii i stałego zagrożenia. Jedynym środkiem zaradczym jest zrzeczenie się przez ludzi praw, które mieli w stanie natury i oddanie ich, w drodze umowy społecznej zawieranej przez „każdego z każdym”, w ręce suwerena – państwa nazywanego przez Hobbesa Lewiatanem. Choć państwo nie jest organizacją idealną, to stanowi dla ludzi wybawienie od zła. Jego podstawową funkcją jest zapewnienie bezpieczeństwa każdej jednostce. Jednakże państwo winno się także troszczyć o to, „iżby obywatele byli obficie zaopatrzeni we wszelkie dobra potrzebne nie tylko do podtrzymania życia, lecz również dające zadowolenie z niego” (Elementy filozofii, Warszawa 1956, s. 382) Otwierało to drogę do przyjęcia, że władca nie tylko powinien zapewnić ludziom bezpieczeństwo, ale także troszczyć się o ich pomyślność i, co gorsze, że tylko państwo może tę pomyślność ludziom zagwarantować. Oni sami nie są do tego zdolni, gdyż bez państwa znajdują się w stanie permanentnego chaosu. Nie mogą więc obejść się bez państwa i jego pomocy we wszystkich sferach swojego życia. Całkowicie odmiennego zdania był Smith. Uważał, że ludzie, choć rywalizują między sobą, dla realizacji własnego dobra muszą wchodzić z innymi w interakcje i dokonywać wymiany towarów i/lub usług. Mimo, że kierują się przy tym własnymi egoistycznymi pobudkami, to zasady funkcjonowania rynku, na którym dokonuje się wymiana, sprawiają, że egoistycznie nastawione jednostki zaspakajają nie tylko własne interesy, ale także interesy innych uczestników wymiany. Człowiek w ujęciu Smitha jest to homo oeconomicus. Najlepszą gwarancją ochrony jego praw jest więc działanie wolnego rynku. Rynek jest regulatorem ludzkich poczynań, a działania państwa, uważane przez Hobbesa za konieczne dla zachowania nie tylko pokoju, ale i dobrobytu, mogą przynieść ludziom, per saldo, więcej szkody niż pożytku. O ile punktem wyjścia doktryny Hobbesa była – jak to ujął Konstanty Grzybowski – „pesymistyczna antropologia polityczna”, o tyle punktem wyjścia dla Smitha była filozoficzna idea harmonijnego porządku naturalnego danego ludziom przez Opatrzność. Uprawnione wydaje się zatem twierdzenie, że w tych dwóch systemach filozoficznych znaleźć można uzasadnienie dwóch różnych koncepcji politycznych i ekonomicznych dotyczących roli państwa w życiu społeczeństw i jednostek, a w konsekwencji funkcji finansów publicznych i podatków. 

Byłem święcie dotąd przekonany, czytając Redaktora Beylina, że bliższa jest mu jednak wizja świata Hobbesa. Ale skoro dostrzegł Smitha, to może taki cytacik: „Mąż stanu, który spróbowałby udzielić prywatnym osobom wskazówek, w jaki sposób powinny używać swych kapitałów (…) uzurpowałby sobie władzę, której nie można by bezpiecznie powierzyć nie tylko pojedynczej osobie, ale nawet jakiejś radzie (…); władza ta byłaby szczególnie niebezpieczna w ręku człowieka, który byłby na tyle szalony i zarozumiały, że uważałby siebie za zdolnego do jej wykonywania” (Bogactwo Narodów, Warszawa 1956, T. II s. 46)

Nie wydawało się jednak Smithowi konieczne, „aby wydatki na roboty publiczne trzeba było pokrywać z tak zwanego powszechnego dochodu publicznego”, (Bogactwo… T. II s. 443) gdyż drogi, mosty, kanały i porty można utrzymywać z opłat od ich użytkowników. Buduje się je i utrzymuje dzięki handlowi, jaki jest prowadzony przy ich wykorzystaniu więc „można je budować tylko tam, gdzie handel tego wymaga, czyli tam, gdzie będzie to rzeczą właściwą. Koszt ich budowy, ich wielkość i wspaniałość muszą być również dostosowane do sumy, jaką handel ten może za nie zapłacić” (Bogactwo… T. II s. 445) Gdyby bowiem koszt ich budowy i utrzymania był zbyt wygórowany, co odbiłoby się na wysokości opłat, lub gdyby były one dla tego handlu bezużyteczne „to, zamiast jak obecnie ułatwić handel wewnętrzny, stałyby się one wkrótce dla tego handlu znacznym obciążeniem” (Bogactwo… T. II s. 448).  Gdyby bowiem koszty transportu, na skutek zawyżenia tych opłat nadmiernie wzrosły, wzrosłaby również ich cena, przez co rynek zbytu dla tych towarów uległby zmniejszeniu, co mogłoby zahamować produkcję tych towarów. Państwo powinno też zarządzać pocztą i mennicą – ale również i te działania finansują się same. Zarówno bicie monet, jak i poczta „nie tylko pokrywa własne koszty, ale również przynosi panującemu dochód” (Bogactwo… T. II s. 443). Ale właśnie to „bicie monet” zostało przez współczesne państwo oddane komercyjnym bankom. Więcej mamy pieniądza „bankowego” niż  emitowanego przez banki centralne! Państwo wycofało się więc z tego co robić powinno, a robi to, czego robić nie powinno. Finansowy collapse  z 2008 roku był tego stanu rzeczy ukoronowaniem.

Przejdźmy teraz do podatków. „Smith nie był wrogiem podatków, choć sądził, że zbyt wysokie niszczą rynek, hamując przedsiębiorczość” – pisze Beylin. I ma rację. „Ale uważał [Smith] za absurd, że państwo opodatkowuje artykuły pierwszej potrzeby, dodatkowo uciskając biedniejszych. Wspierał natomiast podatki od zbytku. Zastanawiając się nad mytem, podatkiem od używania dróg, pisał, że wozy gospodarskie biedniejszych powinny być z niego zwolnione. A wynagrodzić to mogą na przykład wyższe opłaty pobierane od luksusowych karet. Wtedy próżność i gnuśność bogaczy w bardzo prosty sposób będzie się przyczyniać do ulżenia doli ubogich”. Ja też tak uważam. Słyszał ktoś, żebyśmy protestowali przeciwko wyższej akcyzie na samochody z mocniejszym silnikiem? Nie mógł słyszeć. Osobiście protestowałem natomiast przeciwko wyższym stawkom ubezpieczenia OC na te samochody w kontekście obowiązku jego zawierania. Bo niby dlaczego prywatna instytucja ubezpieczeniowa ma czerpać większe zyski z przymusu ubezpieczeniowego ustanowionego przez państwo bez żadnego związku z jakimkolwiek szacunkiem ryzyka? Choć ja mam z tym pewien kłopot intelektualny, to większość liberałów opowiada się za podatkiem katastralnym – wtedy im większa „próżność” tym podatek będzie wyższy.

Przypomnę uprzejmie, że od początku lat 90-tych piejemy jak ten kogut co rano o dysproporcji w opodatkowaniu pracy (biedniejszych) i kapitału (bogatszych). Zyski kapitałowe początkowo w ogóle nie był w Polsce opodatkowane. Obecnie 19%. A praca – 35,5% (przy czym stosunek danin publicznych do wynagrodzenia netto wynosi 65%).

Smithowi się jednak VAT nie śnił w najgorszych koszmarach. Czy Smith byłby za utrzymaniem obniżonego podatku na żywność? Nie mam pojęcia, ale myślę, że bym go przekonał, że jak już musi być ten VAT, to biednym powinny pomagać ośrodki pomocy społecznej a nie system podatkowy. Zwłaszcza, że dzisiejsze państwo obniżoną stawką VAT opodatkowuje słoninę i homary.

Smith sformułował podstawowe zasady, na których opierać się musi każdy system podatkowy, a które do dziś są podzielane przez większość teoretyków skarbowości, niezależnie od wyznawanych przez nich poglądów. Podkreślał, że „osoby panujące podejmowały często wiele przedsięwzięć handlowych (…) Prawie nigdy nie osiągnęły pomyślnych rezultatów”  (Bogactwo… T. II s. 443) a nie udawało im się to ze względu na rozrzutność, z jaką interesy osób panujących się prowadzi. „Agenci panującego uważają, że bogactwo ich pana jest niewyczerpane; nie zważają, po jakiej cenie kupują ani po jakiej sprzedają, nie obchodzi ich też cena transportu towarów z jednej miejscowości do drugiej. Agenci ci często żyją z książęcą rozrzutnością, a niejednokrotnie pomimo tej rozrzutności, dzięki sprytnemu prowadzeniu rachunków, zdobywają książęce fortuny” (Bogactwo… T. II s. 574-575). Dlatego Smith konkluduje, że „nie ma chyba dwóch ról, które równie trudno byłoby pogodzić, jak zawód kupca i stanowisko panującego. Jeżeli handlowe usposobienie dyrektorów Kampanii Wschodnio-Indyjskiej sprawia, że są bardzo złymi władcami, to odwrotnie – ich władcze usposobienie sprawiło, iż byli równie złymi kupcami”. (Bogactwo… T. II s. 575). To spostrzeżenie jest równie aktualne dziś w odniesieniu do urzędników państwowych, dyrektorów i prezesów państwowych przedsiębiorstw i agend rządowych. Państwo nie powinno więc trudnić się działalnością gospodarczą lecz czerpać na swoje, ograniczone, potrzeby, dochody z podatków.

Rozważania Smitha na temat opodatkowania doskonale wpisują się w całość jego poglądów filozoficznych i ekonomicznych. Podkreślał on, że ściąganie podatków musi opierać się na pewnych niewzruszalnych zasadach. Są to zasady: równości, pewności, dogodności i taniości podatków.

Zasadzie równości próbuje się nadać współcześnie nowe znaczenie i określa się ją mianem zasady sprawiedliwości. Zasada równości podatkowej zakładała, że wszyscy podatnicy uzyskujący taki sam dochód powinni być tak samo traktowani, bez żadnych przywilejów.  Była ona w istocie zasadą powszechnego opodatkowania. Miała więc charakter iście rewolucyjny i wpisywała się zarówno w filozofię, jak i praktykę polityczną XVIII wieku. Deklamowała zniesienie różnic i przywilejów stanowych i uzupełniała nową ideę równości wobec prawa. Podatki mieli płacić wszyscy, bez względu na pochodzenie i wszyscy płacący podatki mieli mieć takie same prawa. Postępy demokracji sprawiły jednak, że coraz więcej do powiedzenia w państwie mieli ci, którzy najmniej przyczyniali się do jego utrzymania. Ich polityczna dominacja doprowadziła do zachwiania zasady powszechności opodatkowania. Coraz częściej, coraz liczniejsze grupy pod różnymi pretekstami zwalniane były z takiego, czy innego podatku, co nie przeszkadzało im bynajmniej w odgrywaniu istotnej roli politycznej. I coraz częściej zamiast o równości mówi się o sprawiedliwości opodatkowania. Smith nie używał terminu „equity” lecz „equality”. Był on też raczej przeciwnikiem podatków bezpośrednich, a więc także podatku dochodowego, gdyż podatki takie wiążą się z uciążliwym badaniem i kontrolą podatników, co z jednej strony zagraża ich wolności indywidualnej, a z drugiej krępuje aktywność gospodarczą, co hamuje rozwój ekonomiczny całego społeczeństwa. Z jego prac można wywieść co najwyżej akceptację podatku proporcjonalnego do uzyskiwanego dochodu. Ten pogląd Smitha opierał się na koncepcji ekwiwalentności korzyści (benefit) jaką podatnik uzyskuje z działań państwa, co pozwalało traktować podatek jako opłatę ponoszoną przez obywateli za udzieloną im ze strony państwa ochronę. Pogląd taki był jednak możliwy do obrony jedynie na gruncie wyznawanej przez Smitha koncepcji funkcji państwa. Z upływem lat, wraz ze zmianą zasad i sposobu uprawiania polityki i rządzenia państwem, funkcje tego państwa były coraz bardziej poszerzane. Stąd w teoriach podatkowych coraz częściej odchodzono od zasady proporcjonalności i zastępowano ją zasadą sprawiedliwości. Znaleźli się nawet autorzy, którzy u samego Smitha wyszukali podstawy do skonstruowania nowych teorii. Smith napisał bowiem, że „nie jest rzeczą nierozsądną aby bogaci uczestniczyli w publicznych wydatkach nie tylko proporcjonalnie do swych dochodów, ale nieco powyżej tej proporcji” (Bogactwo… T. II s. 609-610). Pozwoliło to niektórym twierdzić, że ta myśl Smitha bliska jest idei opodatkowania progresywnego. Jest to przykład rażącego nadużycia intelektualnego. Stwierdzenie „stosownie do swych możliwości” pojawiło się bowiem w analizach Adama Smitha, jako zaprzeczenie podatków nadmiernie wygórowanych i nie oznaczało bynajmniej zgody na różnicowanie opodatkowania. Gdy w Księdze V, Rozdziale II, Części II Bogactwa Smith przystępuje do analizy podatkowej, omawiając podstawowe zasady podatkowe, pisze wyraźnie o „proporcjonalności” podatków. Cytat przytaczany na poparcie zasadności progresji pochodzi z uwag szczegółowych odnoszących się do „podatków od czynszu z domów”. (Bogactwo… T. II s. 606-616) „Nieco powyżej proporcji” miało być opodatkowane jedynie „komorne”, co miało klasyczne, liberalne uzasadnienie ekonomiczne: komorne płacone jest za używanie czegoś, co nie jest środkiem produkcji. Gdyby więc podatek od komornego był odpowiednio wysoki, większość ludzi starałaby się go uniknąć, zadawalając się w miarę możliwości mniejszymi mieszkaniami i obracając większą część dochodu na inne wydatki, bardziej produkcyjne i korzystniejsze z punktu widzenia całego kraju i społeczeństwa. (Bogactwo… T. II s. s. 610) A jakby ktoś się uparł – musiałby zapłacić więcej.

„Poddani każdego państwa powinni przyczyniać się do utrzymania rządu w jak najściślejszym stosunku do ich możliwości, czyli proporcjonalnie do dochodu, jaki każdy z nich pod opieką państwa uzyskuje. Jednostkom, które składają się na wielki naród, wydatki rządowe wydają się podobne do wydatków administracyjnych współdzierżawców wielkiego majątku; wszyscy muszą w nich uczestniczyć proporcjonalnie do wielkości dzierżawy, jaka na każdego z nich przypada. To co nazywa się równością lub nierównością opodatkowania, polega na tym, czy się tej zasady przestrzega, czy też się ją lekceważy.” (Bogactwo… T. II s. s. 584)

W dorobku Smitha można znaleźć twierdzenia, w których pobrzmiewają echa teorii zdolności płatniczej (ability-to-pay), pod warunkiem, że nie wiążemy jej z opodatkowaniem progresywnym. Wydatki na obronę społeczeństwa są ponoszone dla dobra całego społeczeństwa, „dlatego też jest słuszne, aby łożyło na nie całe społeczeństwo, przy czym udział różnych jego członków powinien być jak najściślej dostosowany do ich możliwości” (s. 569) Jednak twierdzenie, że z postulatu ability-to-pay można wywieść zarówno postulat opodatkowania proporcjonalnego, jak i opodatkowania progresywnego jest w odniesieniu do Smitha, nieuzasadnione. Osiemnastowieczni teoretycy, z Adamem Smithem na czele, rozprawiając o podatkach cały czas obracali się w kręgu podatków proporcjonalnych, i tak należy interpretować ich dzieła. (I. Kristol, Two cheers for capitalism, New York 1978, s. 214)

Pozostałe zasady podatkowe Smitha jeszcze trudniej przeinaczyć. Zasada druga mówi o pewności podatków, które muszą być precyzyjnie i jasno określone, a nie kształtowane dowolnie przez organy podatkowe. „Podatek, jaki każda jednostka jest obowiązana płacić, powinien być określony, a nie dowolny. Termin płatności, sposób zapłaty, suma jaką należy zapłacić – wszystko to powinno być jasne i zrozumiałe dla podatnika i dla każdej innej osoby. Tam, gdzie jest inaczej, każdego podatnika w mniejszym lub większym stopniu oddaje się w moc poborcy podatkowego, który może bądź dotkliwie obciążyć podatkiem niemiłego sobie podatnika, bądź też pod groźbą takiego obciążenia wymusić dla siebie jakiś podarunek” (Bogactwo… T. II s. 585) Z pewnością jest to zasada całkowicie obca polskiemu fiskusowi. Podatnik nie jest w stanie przewidzieć ze 100% pewnością ile będzie musiał zapłacić, dlaczego i jak. Wypada więc powtórzyć jeszcze raz za Adamem Smithem, że „nawet bardzo nierównomierne rozłożone podatki nie są w przybliżeniu złem tak wielkim, jak wielkim złem jest nawet mały stopień niepewności w tym względzie, gdyż niepewność ta wzbudza zuchwalstwo i sprzyja korupcji aparatu skarbowego”!!! (Bogactwo… T. II s. 585)

Zasada trzecia mówi o dogodności podatków, które powinny być pobierane w takim czasie i w taki sposób, aby podatnikowi było najdogodniej je zapłacić. „Każdy podatek winno się ściągać w takim czasie i w taki sposób, by podatnikowi było jak najdogodniej go zapłacić (…) czyli wówczas, gdy istnieje największe prawdopodobieństwo, że ma go czym zapłacić”. (Bogactwo… T. II s. 585) Podatnik, który wystawił fakturę, ale nie otrzymał zapłaty w oczywisty sposób nie ma z czego zapłacić. Myślę, że pan redaktor Beylin powinien o tym napisać – może jego Minister Finansów posłucha. Bez względu na rodzaj podatku, jest on najczęściej płacony z uzyskanego dochodu, nawet wówczas gdy nie jest to podatek dochodowy lecz na przykład majątkowy. Trudno byłoby bowiem uznać za dogodną dla podatnika konieczność uszczuplenia masy majątkowej w celu zapłacenia od tegoż majątku jakiegoś podatku. Byłoby to równie „niedogodne” jak i „nierozsądne”. Podobnie nierozsądne jest opodatkowywanie czynności podejmowanych przez podatnika w celu stworzenia nowego źródła przychodów. Z całą pewnością nie jest bowiem dla podatnika dogodne ponoszenie obciążeń podatkowych przed uzyskaniem jakiegokolwiek zysku. Takie postępowanie fiskusa jest również nierozsądne w skali makroekonomicznej. Wielu potencjalnych przedsiębiorców nie rozpoczyna bowiem nowej działalności z uwagi na wyższe koszty spowodowane obciążeniami podatkowymi. Proces akumulacji pierwotnej niezbędnej do pozyskania środków na rozpoczęcie takiej działalności z powodów podatkowych dla wielu potencjalnych przedsiębiorców znacznie się wydłuża.

Zasada czwarta mówi o taniości podatków, które powinny być ściągane jak najmniejszym kosztem, aby ich efekt skarbowy był jak największy. „Każdy podatek powinien być tak pomyślany, aby suma, jaką zabiera z kieszeni ludności lub do tych kieszeni nie dopuszcza, w najmniejszym jak tylko można stopniu przekraczała kwotę, jaką podatek ten wnosi do skarbu państwa” (Bogactwo… T. II s. 586) W przeciwnym razie wzrastające koszty poboru podatków pociągają za sobą automatycznie zwiększenie samych podatków, dla zrównoważenia ponoszonych kosztów ich poboru. Oznacza to, po pierwsze, że podatki powinny być tak skonstruowane aby ich wymiar, pobór i kontrola nie wymagały zbyt dużej ilości urzędników, gdyż „ich wynagrodzenia mogą pochłonąć większą część sumy wpływów, a ich uboczne dochody staną się dla ludności jeszcze jednym dodatkowym podatkiem”. (Bogactwo… T. II s. 586) Po drugie, podatki nie powinny wpływać hamująco na pracowitość ludzi oraz nie naruszać źródeł ich dochodów. Po trzecie, ewentualne kary nie powinny podatników rujnować, aby „nie położyć w ten sposób kresu korzyściom, jakie społeczeństwo mogło osiągnąć dzięki uruchomieniu ich kapitałów”. (Bogactwo… T. II s. 586) Po czwarte, podatnicy nie powinni być zbyt często nachodzeni przez kontrolerów i narażani na udrękę kontroli, która może zniechęcać lud do podejmowania działalności gospodarczej, gdyż „choć udręka ta, ściśle się wyrażając, nie jest wydatkiem, to przecież z pewnością jest warta tyle, co wydatek, którego kosztem każdy skłonny jest się od niej wykupić”. (Bogactwo… T. II s. 587)

Znaczenie „technicznych” zasad podatkowych Smitha uznają nawet zwolennicy pokeynesowskiego kierunku interwencjonistycznego. Zdumienie budzi jednak fakt, że nie dostrzegają oni sprzeczności pomiędzy lansowaną przez siebie koncepcją zmiennej polityki podatkowej, dostosowywanej do zmieniającej się sytuacji społeczno-ekonomicznej, a głoszoną przez Smitha zasadą pewności.

Poza czterema podstawowymi zasadami podatkowymi, z różnych rozważań Smitha na temat podatków i funkcjonowania władzy można wyprowadzić jeszcze różne zasady dodatkowe, którym powinien hołdować dobry system podatkowy. Jedną z nich jest zasada konkretyzacji. Konkretyzacja zawsze korzystnie wpływa na ściągalność podatku i jego społeczny odbiór. Jeżeli podatek zwany grzywną za emisję odpadów płacony przez hutę przeznaczany jest na ochronę środowiska w sąsiedztwie tejże huty powstaje ścisły związek miedzy  stronami, który korzystnie wpływa na relacje między nimi. Jeżeli natomiast grzywna taka trafia do budżetu centralnego a finansowane są z niej zakupy samochodów służbowych dla urzędników, istnieje tendencja do jej unikania. Zjawisko to nasila się zwłaszcza w sytuacji gdy podatki, zwłaszcza bezpośrednie, wzrastają ponad akceptowalne społecznie granice.

Drugą jest zasada decentralizacji. „Nawet te roboty publiczne, które ze względu na swój rodzaj nie mogą przynieść żadnych dochodów – co pozwoliłoby pokryć związane z nimi koszty – i których użyteczność jest ograniczona do danej miejscowości lub okręgu, są z reguły lepiej utrzymywane wówczas, gdy finansuje się je z dochodów lokalnych albo prowincjonalnych pozostających pod zarządem miejscowej lub prowincjonalnej administracji, niż wówczas, gdy źródłem ich utrzymania jest ogólny dochód państwa”. (Bogactwo… T. II s. 452) Powodem tego jest także większe „marnotrawstwo” występujące na szczeblu centralnym. „Choćby nie wiedzieć jak wielkie wydawały się nadużycia, wkradające się często do lokalnej i prowincjonalnej administracji dochodami, to przecież są one prawie zawsze nieomal drobnostką w porównaniu z nadużyciami zdarzającymi się powszechnie w administracji i w gospodarowaniu dochodami wielkiego państwa” (Bogactwo… T. II s. 453) Tymczasem „w miarę jak wzrasta despotyzm, władza wykonawcza pochłania stopniowo kompetencje wszystkich innych władz w państwie i przejmuje zarząd nad każdą gałęzią dochodu, jaki przeznacza się na jakikolwiek cel publiczny”. (Bogactwo… T. II s. 450)

Smith podkreślał także, że podatki powinny być zróżnicowane i raczej niskie, gdyż wysokie zachęcają do ich unikania, co powoduje, że wpływy z nich są mniejsze niż mogłyby być.

A wracając do oświaty, Smitha uważał, że zadaniem państwa powinna być pewna pomoc w jej krzewieniu ale na szczeblu elementarnym. „Bardzo niewielkim kosztem państwo może ułatwić, zachęcić, a nawet nałożyć na cały prawie naród obowiązek opanowania podstawowych dziedzin wykształcenia” (pisania, czytania i liczenia). Jeżeli bowiem lud jest choć trochę wykształcony „mniej jest podatny na omamy zabobonu i uniesień, które wśród ciemnych narodów wywołują często najokropniejsze zaburzenia” i „jest bardziej skłonny traktować krytycznie egoistyczne uroszczenia partyj i lepiej potrafi przejrzeć ich sens” (Bogactwo… T. II s. 529) Mając te względy na uwadze państwo może zakładać małe szkółki na terenie każdego okręgu, w których dzieci zdobywałyby elementarne wiadomości i może nawet opłacać w części pensję nauczycieli. Nie powinno jednak pokrywać w całości ich wynagrodzenia, gdyż wówczas szybko zaczęliby oni zaniedbywać swoje obowiązki. Jeżeli bowiem nauczyciele utrzymują się z poborów, płynących ze źródeł, które są całkowicie niezależne od ich osiągnięć i reputacji, a nie z honorariów i wpłat od swoich uczniów, to ich interesy osobiste pozostają w sprzeczności z ich obowiązkami. Niestety, dziś państwo zajmuje się oświatą nie tylko na szczeblu elementarnym, nie po to by nauczyć dzieci krytycznego myślenia, ale konformizmu i w dodatku opłaca w całości pensje nauczycieli. Skutki są widoczne!