Czy to nowa Jałta?
Jerzy Marek Nowakowski 14.06.2019

W obliczu narodowego entuzjazmu po wizycie Andrzeja Dudy w USA tytułowe pytanie może brzmieć jak prowokacja, albo kwik niezadowolonych wrogów. Ale nie o Polsce w kontekście nowej Jałty mowa.

 

Niedawno miała miejsce zmiana władzy w Mołdawii. Polskie media zafascynowane tym kto, komu i co powiedział na sejmowym korytarzu w ogóle tego nie zauważyły. Nic dziwnego. W końcu kilkanaście lat temu, moja studentka pisząc pracę o relacjach Polski z Mołdawią sprawdziła, że w ciągu roku w serwisach PAP nazwa tego kraju (nazwa – czyli łącznie z np. meczami piłkarskimi) pojawiła się bodaj 9 razy.

Wracając do Mołdawii. Otóż po niedawnych wyborach w parlamencie pojawiły się trzy mniej więcej równe siły. Blok ACUM (po polsku – Teraz) centroprawicowy i zdecydowanie prozachodni, Demokratyczna Partia Mołdawii rządząca od lat i będąca de facto własnością jedynego mołdawskiego oligarchy Vlada Plahotniuca (wywodzi się z niej dotychczasowy premier Pavel Filip) deklaratywnie prozachodnia, a zwłaszcza prorumuńska oraz Partia Socjalistyczna prezydenta Igora Dodona, zdecydowanie prorosyjska.

Nie oczekuję, że czytelnik zapamięta powyższe nazwy, ważne, że oznaczają one konkretne tendencje w mołdawskiej polityce.

Generalnie po wyborach wydawało się, że nastąpił polityczny pat, i skończy się jak zwykle, czyli zostaną zawiązane jakieś nietrwałe koalicje, które zakonserwują system, w którym rządzi Plahotniuc zmuszony do liczenia się z wpływami rosyjskimi. Oczywiście Mołdawia będzie krajem stowarzyszonym z Unią Europejską, ale w istocie pozostanie szarą strefą pomiędzy Rosją (rządzącą niepodzielnie i utrzymującą bazy wojskowe w separatystycznym Naddniestrzu) a Europą, reprezentowaną głównie przez wspierającą Plahotniuca Rumunię.

I nagle coś się stało. W ostatniej chwili – konstytucja Mołdawii przewidywała rozwiązanie parlamentu w razie niemożności wyłonienia rządu do 7 lub 9 czerwca – ogłoszono powstanie koalicji Socjalistów i ACUM. Na stanowisko premiera powołana została jedna z liderek ACUM. powszechnie szanowana Maia Sandu. Niby nic nadzwyczajnego. Tyle tylko, ze ta decyzja zapadła po odwiedzinach w Mołdawii Dymitra Kozaka (uchodzącego za nr 2 na Kremlu) oraz Bradleya Fredena odpowiedzialnego w Departamencie Stanu USA za sprawy Europy Wschodniej i komisarza UE do spraw rozszerzenia Johannesa Hahna.

Rosjanie i Amerykanie, trochę wbrew dyplomatycznym normom, natychmiast wyrazili poparcie dla nowego rządu. Chwile później uczynili to urzędnicy Komisji Europejskiej. Rządząca dotychczas partia Plahotniuca tymczasem ogłosiła, że rząd jest nielegalny. Lokalny Trybunał Konstytucyjny będący własnością oligarchy ogłosił, że rząd powołano za późno a prezydent Dodon podpisując nominację pani Premier złamał konstytucję wobec czego nie jest już prezydentem i jego obowiązki przejmuje dotychczasowy premier Filip. Tenże natychmiast ogłosił rozwiązanie parlamentu i nowe wybory. Co spotkało się z ciepłym przyjęciem w Bukareszcie. Na chwilę. Bo po przyjaznych rozmowach z dyplomatami pewnego mocarstwa, Rumuni zmienili zdanie i już uznają rząd Sandu.

Jeżeli ktoś z czytelników dotrwał do tej pory przy opisie wysoce skomplikowanego życia politycznego Mołdawii i właśnie zadaje sobie pytanie: “a co mnie to obchodzi?” to po pierwsze pozwolę sobie przypomnieć, że od granicy Polski do Mołdawii jest około 500 kilometrów i to, co tam się dzieje, nie jest egzotycznym konfliktem na krańcach Afryki. A przede wszystkim wydarzenia w Kiszyniowie są sygnałem rodzenia się nowego rozdania politycznego w regionie.

Podobnie jak przed rokiem w Armenii demokratyczne władze spotkały się z solidarnym wsparciem Moskwy i Waszyngtonu. O ile w przypadku Aksamitnej Rewolucji w Armenii wielu rzeczy się domyślamy lub odczytujemy po czasie, o tyle w Mołdawii operacja pt. dyktat mocarstw odbyła się właściwie przy odsłoniętej kurtynie. Co więcej, odbyła się wbrew partnerowi, który miał dotąd najwięcej do powiedzenia w sprawie Mołdawii.

To właśnie dziwnie przypomina model decyzji, które podejmowano w Jałcie. Tam także wielkie mocarstwa bez udziału zainteresowanych wytyczały granice i powoływały rządy. To w Jałcie tworzono zasłonę dymną dla sowieckiego dyktatu pod nazwą rządy ludowe czy rządy koalicyjne itd.

Przyglądając się modelowi decyzji w sprawie Armenii i Mołdawii mam wrażenie, że testowany jest tam nowy model współpracy Rosji z Zachodem. A dokładniej współpracy amerykańsko-rosyjskiej do której bywa dopraszana Unia Europejska.

Jeżeli jest to przypuszczenie trafne, to wypada zastanowić się czy, jak i w czyim interesie ten model zostanie jeszcze zastosowany. Kluczowe znaczenie dla przyszłości obszaru postsowieckiego mają dwa państwa: Ukraina i Białoruś. Można sobie łatwo wyobrazić, że na Ukrainie po sukcesie prezydenta Zełeńskiego i po nieodległych wyborach parlamentarnych pojawi się pokusa powtórzenia modelu mołdawskiego. Czyli zbudowanie rządu z sił prorosyjskich i prozachodnich. Rządu dysponującego niewątpliwą legitymacją demokratyczną (i prozachodnim wizerunkiem), a jednocześnie dużo bardziej spolegliwego wobec Moskwy.

Na Zachodzie jest coraz większe zmęczenie zamrożeniem relacji z Rosją. Dla Europy (Niemcy, Francja) jest to kwestia powrotu do robienia dobrych interesów. Dla Waszyngtonu jest to poszukiwanie sojusznika przeciwko Chinom, Iranowi, etc. A dla Rosji zniesienie sankcji staje się warunkiem wyjścia ze stagnacji ekonomicznej. Powrotowi do robienie „wzajemnie korzystnych interesów” przeszkadza Ukraina. Przede wszystkim kwestia Krymu. Nie można zaakceptować bezczelnej aneksji półwyspu. A z drugiej strony Rosja gdyby nawet chciała (a nie chce) nie może zrezygnować zarówno z zaboru Krymu, jak z blokowania Morza Azowskiego. Gdyby władze Ukrainy przestały bardzo głośno upominać się o sankcje i karanie Rosji to można by tę sprawę jakoś zaklajstrować. Nie uznawać zaboru, ale zdjąć tę kwestię z bieżącej agendy. A kwestia Donbasu w istocie zależy od dobrej woli Moskwy.

Krótko mówiąc, porzucenie przez Ukraińców twardej polityki antyrosyjskiej w połączeniu z deklarowaniem sympatii europejskich i stworzenie rządu uległego wobec Moskwy, a jednocześnie mającego wizerunek prozachodni, ucieszyłoby wszystkich partnerów gry. Wypuszczenie przecieku o ofercie amerykańskiej (sekretarza Kerry’ego z 2014 roku), przeprowadzenia drugiego referendum na Krymie wygląda na próbę ochłodzenia ukraińskich emocji.

Trudno wyrokować, czy jakikolwiek rząd na Ukrainie będzie sobie mógł pozwolić na politykę milczenia w kwestii Krymu. Nie ma wątpliwości, że naciski na przyjęcie „bardziej realistycznej” postawy będą się wobec Kijowa nasilać. A poziom ich możliwej akceptacji zależeć będzie od odpowiedzi na dwa pytanie. Pierwsze zadawane już wielokrotnie: kim w istocie jest prezydent Zełeński? I drugie, ważniejsze, jaki wynik uzyska jego partia w nadchodzących wyborach?

Model aksamitnej rewolucji z Armenii może z kolei być niezmiernie przydatny na Białorusi. W dość zgodnej opinii ekspertów przyłączenie Białorusi do Rosji, czy – formalnie – dokończenie budowy państwa związkowego Białorusi i Rosji jest najbezpieczniejszym i najwygodniejszym wyjściem dla Władimira Putina w perspektywie sukcesji, w roku 2024. Nie byłoby przeszkód prawnych, by Putin ponownie ubiegał się o prezydenturę – no bo mamy nowy organizm państwowy. Jest sukces, który można sprzedać obywatelom jako częściową likwidację „największej tragedii geopolitycznej XX wieku”, czyli likwidacji państwa sowieckiego. Przyłączenie Białorusi byłoby widomym znakiem (po Krymie), że władza zbiera utracone „odwiecznie ruskie” ziemie. Na dodatek unifikacja Białorusi oznaczałaby całkowite uzależnienie Państw Bałtyckich i zupełne okrążenie Ukrainy.

Jest tylko mały kłopot. Takie zjednoczenie nie podoba się prezydentowi Łukaszence. Ale od czego model aksamitnej rewolucji. Dyskretne wsparcie opozycji, prozachodni demokraci uzyskują władze, świat bije brawo. A z nienawiści do Łukaszenki opozycjoniści mogą pójść na układ: ograniczona demokratyzacja w zamian za ograniczoną niepodległość. W końcu Nikol Paszynian szedł do władzy pod hasłem wyjścia z Unii Euroazjatyckiej a dziś powtarza z dumą, że Rosja jest najważniejszym sojusznikiem Armenii.

Ucieszeni antyrosyjską retoryką spotkanie Trump – Duda nie powinniśmy zapominać, że poza PR jest jeszcze realna polityka. A ta realna polityka coraz boleśniej przypomina świat w czasach konferencji jałtańskiej. Obszar postsowiecki jest milcząco uznawany na Zachodzie za rosyjską strefę wpływów, Rosjanie z kolei przekonali się, że warto żelazną pięść dyktatu ubrać w aksamitną rękawiczkę demokratyzacji, która doskonale się sprzedaje w świecie zachodnim. Co więcej są skłonni zachowując pakiet kontrolny oddać część udziałów wujowi Samowi.

Na razie to tylko testy. O ile jednak sytuacja na Białorusi i Ukrainie zacznie się rozwijać w kierunku scenariuszy, które z obawą zarysowałem wyżej, trzeba będzie bić na alarm.