Czy Unia Europejska przetrwa rok 2016?
Tomasz Wróblewski 04.01.2016

Wspólna waluta bez wspólnego państwa długo nie przetrwa. To samo dotyczy wspólnego parlamentu bez wspólnego elektoratu. Oraz unijnego prezydenta, który raportuje do podległych mu premierów i nie ma armii do obrony swoich granic.

Europejskie uczelnie nędznie wypadają w światowych rankingach, ale jest nauka, w której nie mają sobie równych – integracja europejska. Unikalny przedmiot mający promować ideę europejskiej jedności – idealnego systemu zrodzonego na gruzach egoizmów narodowych. Nauka oparta jest na dogmacie nieodwracalności procesu i założeniu, że prymitywne sentymenty narodowe mogą być zduszone przez wyższą świadomość. Acquis communautaire – fundament wspólnoty, bez którego nasza cywilizacja przestałaby istnieć. Jeżeli chcemy żyć w pokoju i dobrobycie, to kompetencje scedowane na Brukselę nigdy nie mogą być zwrócone narodowym stolicom. To chyba najbliżej, jak świecka Europa zbliżyła się do dogmatu poddaństwa, od czasów namaszczania królów przez stolicę apostolską.

Wybory w cieniu brytyjskiego “rokoszu”.

Jak każdy ustrój zrodzony z nauk filozofów czy teologów, wcześniej czy później boleśnie musi skonfrontować się z rzeczywistością. Czy ta idealistyczna konstrukcja przeżyje 2016 rok? Trochę zależy od skali przyszłorocznych wstrząsów i niepokojów. Ale już dziś wiemy, że utrzymywanie wspólnej waluty bez wspólnego państwa długo nie potrwa. To samo dotyczy wspólnego parlamentu bez wspólnego elektoratu. Unijnego prezydenta, który raportuje do podległych mu premierów i nie ma armii do obrony swoich granic. Kwintesencją tego przeintelektualizowanego tworu pozostaje Komisja Europejska, która im więcej przejmuje kompetencji rządów narodowych, tym zdaje się mieć mniejszy mandat społeczny do rządzenia. Wszystkie scenariusze na 2016 r. zwracają uwagę na serię wyborów europejskich, które nie tylko mogą rozbić dotychczasową wewnętrzną równowagę polityczną, jak to ostatnio miało miejsce w Hiszpanii, ale też podważyć samą ideę demokracji regulacyjnej. Rządów unijnych ekspertów ponad głowami wybranych przedstawicieli narodu. W Hiszpanii lewacka Podemos i ultraliberalna Ciudadanos podważają ideę nadrzędności unijnych praw nad hiszpańskimi. W sąsiadującej z Hiszpanią Portugalii komuniści i socjaliści odwołali w 2015 r. rząd, zapowiadając rewolucyjne zmiany w kierunku greckich rządów Tsiprasa.

Najpoważniejszym jednak zagrożeniem dla obecnej formuły Unii będzie brytyjskie referendum planowane wstępnie na czerwiec. To będzie zwrotny punkt w historii Unii Europejskiej. Niezależnie od tego, czy Bruksela złamie się i przystanie na żądania Camerona, czy też referendum przesądzi o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Tak czy owak pierwsze państwo, które jasno powie, że partykularny interes narodowy musi być ważniejszy od unijnej solidarności, ustanowi granice dalszej integracji. Po ostatnich regionalnych wyborach we Francji, gdzie Marine Le Pen nie zdołała zapewnić sobie miejsc w lokalnych władzach, prawdopodobieństwo jej zwycięstwa w wyborach prezydenckich w 2017 r. wydaje się mniejsze, choć i tu wiele zależy od brytyjskiego referendum, które może tchnąć nowy wiatr w żagle eurosceptyków. W cieniu brytyjskiego „rokoszu” odbywać się będą też wybory na Słowacji, w Irlandii i Rumunii. W każdym z tych państw ugrupowania kontestujące tradycyjne partie i całą scenę polityczną ukształtowaną 15-20 lat temu mają spore szanse na silną reprezentację i mogą mieć znaczny wpływ na przewartościowanie dotychczasowych relacji z Berlinem i Brukselą.

Tekst ukazał się we “Wprost”. 

Fot. Stuart Chalmers/ na lic. Creative Commons/ flickr.com