Czy wuefista powinien mieć prawo strzelić w papę, czyli okrągły, albo jakiś tam stół edukacji
Dariusz Matuszak 29.04.2019

Trwa okrągły, czy jaki tam stół edukacji, więc chociaż podobnie jak eksperci nie znam się na niej, mam kilka pomysłów jak ją naprawić. Na początek uwag kilka o tym jak było w szkołach, do których sam chodziłem, czyli dawnych wspomnień czar. Bo najlepiej żeby było tak, jak kiedyś było.

 

Nauczycieli miałem wspaniałych i bardzo dobrze ich wspominam. Nawet panią, która tłukła mnie drewnianym piórnikiem i niejeden na mnie połamała. Należały do kolegów, ale ich nie odkupowała, co akurat uważam za karygodne. Sama powinna z domu przynosić odpowiednią pomoc naukową, albo szkoła jakąś zakupić, a nie narażać na koszty rodziców.

Za lekką przesadę uznawałem siekanie pokrzywami, albo kablem. Dziś, w naszym zdegenerowanym świecie, wsadziliby ją za to do więzienia. Podobnie jak połowę kadry.

Siedziałby pewnie wuefista, który lubił sobie w pracy wypić.

W magazynku sportowym, gdzie były m.in. materace do ćwiczeń, często odwiedzała go chemica. Podejrzewaliśmy, a właściwie mieliśmy pewność, że były to spotkania w biblijnym znaczeniu tego słowa. Wtedy, jako dzieciaki, mówiliśmy, proszę o wybaczenie, ale to cytat, że się tam „ruchali”. To świadczy o tym, że mimo braku oficjalnej edukacji seksualnej, mieliśmy dość dobre rozeznanie.

Wuefista miał fantazję i z pasją wykonywał swój zawód. Dosłownie zarażał nas sportem i uczył rywalizacji. Rozumiał, że nie chodzi tylko o ćwiczenia, ale też zwykłe wyżycie się. Miał też tę ogromną zaletę, że wiele problemów wychowawczych załatwiał na miejscu, więc nie trzeba było angażować psychologów, różnych pracowni ds. postępowania z trudną młodzieżą i tym podobnych instytucji. Po prostu strzelał w papę i to nie we własnym imieniu, ale pań nauczycielek. Z liścia obrywało się nie za jakieś tam zwykłe szkolne przestępstwo, ale za okazanie braku szacunku wobec pani nauczycielki. To z reguły załatwiało sprawę.

Wymagano od nas bardzo dużo i bardzo dużo zadawano do domu. Nie było litości. Jak ktoś miał nie zdać z klasy do klasy, to nie zdawał. Miałem bardzo dobre oceny z wielu przedmiotów, ale z chemii groziła mi cwaja. I chemica nie przepuściłaby mnie, gdybym nie zakuł pod koniec roku i nie zdał u niej specjalnego egzaminu. Nie miało znaczenia to, iż wiadomo było, że o ile nie będę pędził bimbru, to żadnym chemikiem nie zostanę.

Każdy musiał umieć wszystko, a przy wyjątkowych uzdolnieniach i zainteresowaniach jeszcze więcej. Dlatego pół mojej klasy w podstawówce ścigało się w rozwiązywaniu zadań z matematyki, a drugie pół potrafiło napisać esej o Broniewskim, albo rozprawkę udowadniającą, że Sobieski był głupcem, który niepotrzebnie uratował Wiedeń.

Uczyliśmy się bardzo dużo na pamięć. Dzięki temu umieliśmy recytować wiersze, ale też nazwać chmury, prądy morskie, rzeki, miasta, zwierzęta etc. By wiedzieć i kojarzyć nie potrzebowaliśmy za każdym razem, gdy usłyszeliśmy jakąś informację, zaglądać do encyklopedii, nawet gdyby miała wielkość dzisiejszego telefonu komórkowego.

Ja rozumiem, że dowody z anegdot, opisy wyidealizowanej przeszłości mogą się kojarzyć ze wspomnieniami jakiegoś dziada, który mentalnie zatrzymał się w zamierzchłych czasach, ale jednocześnie nie ma najmniejszych wątpliwości, że wiedzę ogólną, my uczniowie tych starych szkół sprzed epoki reform, mieliśmy niepomiernie większą niż dzisiejsi absolwenci. Że przyjmowanie jakiegoś nowoczesnego – umownie nazwijmy go zachodnim, modelu kształcenia, okazało się jakąś piramidalna bzdurą, bo przy każdym kontakcie z cudzoziemcami mogliśmy przekonać się jak bardzo erudycją i wykształceniem ogólnym nad nimi górujemy. To, że uczelnie pozwalały im zdobyć wiedzę czysto specjalistyczną, dla nas niedostępną, nie ma tu nic do rzeczy.

Nie jestem naiwny i wiem, że nie przeforsuje się tego, by wuefista mógł pić w szkole i strzelać w papę, ale generalnie chodzi o to, by było tak, jak było kiedyś.

O tym jak głupi i bezsensowny jest dzisiejszy system edukacji świadczy chociażby kwestia egzaminów. Oto rok w rok setki tysięcy dzieciaków piszą egzaminy po ukończeniu podstawówki, gimnazjum, liceum, a potem tygodniami czekają na wyniki. Tony papierów jadą gdzieś z Odrzywołów i Kostomłotów do centrali, by można było sprawdzić wyniki. Miliony podań krążą, bo nikt nie wie jak zdał i gdzie się ewentualnie dostanie. Wszystko dlatego, że władza uważa, że nauczyciele to oszuści. To dlatego egzaminów nie można sprawdzić na miejscu w szkole i wyników wywiesić po trzech dniach. Nauczyciele oszukaliby, sfałszowali testy swych uczniów i dlatego trzeba sprawdzić je centralnie. Więc dzieciaki całe tygodnie czekają.

Nie da się już tłuc dzieci piórnikami, zwłaszcza, że drewnianych już się nie robi, ale jakaś równowaga pomiędzy szkolną swobodą, a dyscypliną powinna być. Dlatego też umundurowałbym uczniów. Podobał mi się egalitaryzm starej szkoły i uznaję, że nie musi być ona miejscem rewii mód i lansu. Różnice w zamożności pomiędzy uczniami i tak są widoczne, ale taki mundur to symbol pewnego porządku, dobrej równości i powściągliwości w epatowaniu pieniędzmi rodziców. A poza szkołą to już każdy może sobie odsłaniać swe tatuaże, nakładać na twarz szpachlę, doklejać do powiek okapy i szufelki do paznokci. Przyznaję jednak, że nie wiem jak rozwiązać problem ćwieków wbijanych w wargi, policzki, czy gdzie tam, albo kółek w przegrody nosa.

Jeśli chodzi o program to pielęgnowałbym naukę pamięciową. Kto był na siłowni to widział. Siadają ludzie na rowerek stacjonarny i pedałują, a nigdzie nie zajadą. Niektórzy to nawet stroje aerodynamiczne zakładają, tak jakby ich jakiś wiatr owiewał. Na bieżni ruchomej zasuwają choć nie są listonoszami i nigdzie nie dobiegną. Przerzucają też tony żelastwa, a nie załadowują wagonów i nie układają towaru na półkach. Nikt się nie dziwi i nie tłumaczy: a po co dźwigają skoro są wózki widłowe. Wszyscy rozumieją, że chodzi o ćwiczenie mięśni. Nauka pamięciowa zaś ćwiczy mózg. Buduje też tysiące skojarzeń, asocjacji, kontekstów i pozwala nieźle zbajerować panny. No proszę panów, studiowanie w komórce haseł z Wikipedii w czasie podrywu sprawy nie załatwia. Trzeba mieć ciąg na wiedzę, samą wiedzę i wiedzieć, w którym momencie rzucić tekst o tym, że caryca Katarzyna II, to na kiblu zmarła, albo jakiś cytacik: „Żyje się krótko, martwym jest się długo” (to akurat moje, więc sobie używam).

Do Konstytucji wprowadziłbym zakaz rozpoczynania nauki szkolnej w wieku 6 lat. Jak ktoś po 12 latach edukacji ma być głąbem, to i po 13 będzie. I jak miałby być orłem po 13, to będzie i po 12. Bywają przypadki, że nawet medycyna jest bezsilna, więc po co dzieci męczyć.

W tej dawnej szkole część moich nauczycieli nie miała wyższego wykształcenia. To akurat miało swe zalety, bo musieli nadrabiać braki, więc studiowali zaocznie. W związku z tym ich wiedza mogła być większa, niż tych, którzy kończyli uczelnie 30 lat wcześniej. Dlatego też mam kolejną propozycję – by nauczyciele zdawali egzaminy z taką częstotliwością jak od pewnego wieku dzieciaki – co trzy lata. Niezdany egzamin eliminowałby z zawodu. Najlepiej, by na wyniki czekali kilka tygodni – tyle co dzieciaki i nie wiedzieli, czy mają pracę, czy nie. Żeby nie zakłócać porządku roku szkolnego egzaminy odbywałyby się na początku lipca, a wyniki podawano w połowie sierpnia. Oczywiście ci, którzy chcieliby rozpocząć karierę w tym zawodzie też zdawaliby egzamin.

Ponieważ szkolnictwo mamy upaństwowione i scentralizowane, to można policzyć ilu nauczycieli w danym roku, z danego przedmiotu jest potrzebnych. Zarabiać powinni dużo, tak by pchali się do zawodu i na jedno miejsce przypadało 6 kandydatów. Pracować mogliby ci, którzy zdali najlepiej. Z egzaminów zwolnieni byliby nauczyciele ze szkół prywatnych, na które przynajmniej teoretycznie, nie płacę, więc co mnie obchodzi kto tam czego uczy.

Ostatnio prasa brytyjska rozpisywała się o przypadku pewnego pana o nazwisku Ahmed. Dżentelmen ów przez pół roku uczył w szkole, aż zorientowano się, że nie czyta i nie pisze, więc go zawieszono. Całkiem niesłusznie. Pan ów nauczał o przedsiębiorczości i według mnie dał dowód, iż owej przedsiębiorczości to on rzeczywiście uczyć może. Praktyka czyni mistrza.

Do szkoły nauczyciele powinni chodzić dociążeni. Krótko mówiąc proporcjonalnie do swej wagi dźwigać tyle kilogramów co dzieci – pewnie około 13. Żeby było praktycznie, to mogliby z hurtowni nosić zaopatrzenie na stołówkę, albo jakieś potrzebne meble, czy środki czystości, czy co tam jeszcze.

Zmiana podręczników powinna być dozwolona raz na 30 lat. Ewentualnie można byłoby je tylko uzupełniać, jeśli doszłoby do jakichś epokowych odkryć, że np. ludzie kamieniami polowali na dinozaury. Albo np. gdyby powstało jakieś nowe państwo jak San Escobar, czy coś takiego. (Ja tłumaczyłem, żeby PO nie rwała się do pisania podręczników, bo za chwilę to PiS może być ich autorem. A bo to kto słuchał).

Pomysł wprowadzenia bonu edukacyjnego (żeby było nowocześnie można nazwać go voucherem) uznaję za jeszcze mniej realistyczny niż wpisanie do Karty Nauczyciela zezwolenia na strzelanie w papę. Z tego będą tylko kłopoty, bo wydałoby się ile rocznie wydaje się na kształcenie jednego ucznia. Mogłoby się okazać, że mniej więcej tyle, ile kosztowałoby wysłanie go na cały rok nad morze do jakiejś Turcji, albo Tunezji (może poza latem, ale wtedy i tak są wakacje). I jeszcze jeść by dostał, więc nie można byłoby mówić, że polskie dzieci głodne chodzą. A to byłaby wielka strata dla czyjejś tam (w zależności od tego kto akurat jest w opozycji) partyjnej propagandy. Poza tym nie po to w Polsce wszystko centralizuje się i biurokratyzuje, by decyzje oddawać jakimś tam przypadkowym rodzicom.

Jeśli ktoś uważa te wszystkie propozycje za głos rozsądku, to gratuluję przenikliwości. Jeśli zaś uważa je za idiotyczne, to nie szkodzi. I tak lepszych na tym okrągłym, czy jakim tam stole edukacji nie usłyszy.