Czy wykupimy ubezpieczenie, czyli papierowy dom i arystotelejska „piękna fabuła”
Dariusz Matuszak 02.01.2019

W hiszpańskim serialu „Dom z papieru” jest scena, w której dwoje z rabusiów, którzy napadli na mennicę zastanawia się gdzie schować pieniądze. Kryjówka musi być bezpieczna przez kilka lat, bo nie wykluczają, że przyjdzie im spędzić je w więzieniu. Pojawia się też kolejny problem: a co będzie jeśli euro przestanie istnieć? Ukryte pieniądze okażą się makulaturą.

 

Scenarzyści serialu mają więcej wyobraźni niż politycy, analitycy, publicyści, eksperci i różni mądrzy wypowiadacze się. To akurat nie dziwi. Upleść taką fabułę jak w „Domu z Papieru” to prawdziwa sztuka. Scenariusz przewidujący upadek euro wydaje się politykom nieprawdopodobny. Coś z zakresu political/science fiction.

Tymczasem Arystoteles w swej „poetyce” wywodził, iż jeśli opisać w dziele literackim osadzonym w rzeczywistości jakieś zdarzenie bardzo nieprawdopodobne, to odbiorcom wyda się ono tym bardziej możliwe do spełnienia. I tak kiedy statua Mitysa z Argos wali się na łeb jego mordercy publiczność klaszcze z zadowoleniem i nie zastanawia się nad prawdopodobieństwem tak szczęśliwego wydarzenia. Arystoteles uważał, że takie „niemożliwe” fabuły są nawet piękniejsze.

Co więc musi upaść, czy zwalić się komuś na głowę, by scenariusz 2019 roku był „piękny”? Zgadnąć nietrudno: PiS będzie marzył o upadku opozycji, a ta o upadku PiS-u. W zależności od sytuacji albo jedna albo druga połowa ludności szczęśliwa będzie niemożebnie, a dziennikarze z poszczególnych obozów sławić będą piękno wydarzenia.

Co się jednak stanie gdy nam wszystkim zwali się coś na głowę, bądź upadnie coś znacznie większego niż Nowoczesna? Tego nie wiadomo. Wiadomo, że miotać będziemy się bezradnie zupełnie nieprzygotowani na wydarzenie. Mowa oczywiście o upadku Unii Europejskiej. Nie nastąpi to ostatecznie w roku 2019, ale bieg wydarzeń może znacznie przyspieszyć, tymczasem żadni polscy scenarzyści nie biorą tego pod uwagę.

To nie jest kwestia życzeń, czy marzeń. Niezależnie od tego jaki jest stosunek do Unii, sama Polska nie jest ws tanie zapobiec scenariuszowi, który większość będzie uważała za fatalny. I mniemania, bądź zaklęcia nic nie pomogą, bo wszystko może odbyć się bez naszej woli, czy udziału. Tymczasem najwyższa pora, by i taką „fabułę” na poważnie rozpatrywać i zacząć przygotowania. Dokładnie na takiej samej zasadzie jak wykupuje się polisy ubezpieczeniowe, montuje drzwi i schody ewakuacyjne, czy zapina pasy bezpieczeństwa. Nikt wsiadając do samochodu nie zakłada, że ulegnie wypadkowi.

Jeszcze na początku 2015 roku cała Europa pogrążona była w letargu. Pełzła sobie w tempie ślimaka, rozwijając się wolniej niż jakikolwiek inny region świata. Dynamikę wzrostu gospodarczego określały wartości, które zwykle przypisuje się błędom statystycznym. Grecja, Włochy, Hiszpania, Portugalia, czy Francja pogrążały z wolna w permanentnym już kryzysie gospodarczym. Dla mieszkańców tych pięknych krain stanowił on już stały element krajobrazu.

W całej jednak Europie, może poza Węgrami jak Pan Bóg przykazał rządziły ugrupowania określane mianem liberalnych i proeuropejskich. Pogrążeni w marazmie, w wytartych kapciach, otuleni coraz bardziej dziurawym ale wciąż jeszcze dającym ciepło kocem Europejczycy nadal wierzyli, że historia ich kontynentu szczęśliwie już się skończyła. Żadnych wstrząsów, konfliktów, gwałtownych nieprzewidywanych zdarzeń. Stary Kontynent starych ludzi jak dom seniora, gdzie może już nie ma hucznych zabaw i wielkich namiętności, ale jest jako taki dostatek, ład i spokój.

Wszystko zmienił rok 2015 i kryzys imigracyjny wywołany fatalną decyzją Angeli Merkel, by zaprosić do Europy miliony przybyszy. (Warto przypomnieć, że decyzja owa była złamaniem niemieckiej konstytucji, o czym mówi nawet wewnętrzny raport rządu federalnego). Potem wydarzenia przyspieszyły.

By rozważać realność scenariusza rozpadu Unii Europejskiej wystarczy porównać dwie fotografie Europy. Tę z początku 2015 roku i tę z początku 2019. Minęły ledwie 4 lata i oto co widzimy.

Zacznijmy od lewego górnego rogu.

Wielka Brytania 29 marca ostatecznie opuszcza Unię Europejską. Coraz mniej czasu na przeprowadzenie ewentualnego powtórnego referendum i nie ma polityków chętnych utracić z dnia na dzień połowę elektoratu. W praktyce bowiem w każdym niemal brytyjskim ugrupowaniu zwolenników pozostania w Unii jest tylu co przeciwników. Przy jednomandatowych okręgach wyborczych każdy poseł, który będzie chciał oszukać głosujących i zakwestionować wyniki Brexitu automatycznie traci połowę elektoratu.

Rząd trwa siłą bezwładu i wszyscy modlą się tylko aby premier May doprowadziła sprawę do końca i poszła sobie na emeryturę. Wychodząca z Unii Wielka Brytania pozostawi po sobie w budżecie Wspólnoty dziurę wielkości około 80 miliardów euro.

Przesuwamy palcem po fotografii w prawo i trafiamy na Szwecję. Tam mamy 4 miesiąc nierządu. Od wrześniowych wyborów Szwedzi nie mogą powołać nowego gabinetu. Socjaldemokraci uzyskali najgorszy wynik od stu lat i nie są w stanie rządzić. Podobnie jak Konserwatywno-liberalna Umiarkowana Partia Koalicyjna. Trzecie miejsce zdobyli Szwedzcy Demokraci i oni są języczkiem u wagi, ale nikt z nimi nie chce rozmawiać. Bo to zgodnie z postępową nomenklaturą nacjonaliści, czy jacyś tam antyeuropejscy, antyimigracyjni faszyści.

Kraj prawdopodobnie czekają powtórne wybory, po których Szwedzcy Demokraci mogą tylko się wzmocnić. Norwegia – sąsiad z lewej zaś szykuje się na wybuch wojny domowej w Szwecji. Przynajmniej takie gry wojenne ćwiczą sobie norwescy wojskowi .I jak mają nie ćwiczyć skoro o groźbie wybuchu mówią szwedzcy eksperci w tym były szef policji Dane Eliasson, a rząd rozesłał do blisko 5 milionów gospodarstw domowych broszurę „Jeśli nadejdzie kryzys, albo wojna”.

Finlandię pozostawiamy w spokoju i schodzimy paluszkiem trochę niżej w lewo. Natrafiamy na Holandię i Belgię. W tej pierwszej nadal dość sielankowo, ale też nie tak, jakby marzyli eurokraci. Drugim najsilniejszym ugrupowaniem i faworytem w wyborach do Parlamentu Europejskiego jest antyunijna i antyimigrancka Partia Wolności Geerta Wildersa.

Pod Holandią leży sobie Belgia i tam już jest znacznie weselej, a za chwilę może być groteskowo. Właśnie niemal całkowicie posypał się rząd – do dymisji podał się premier, a z koalicji wystąpiło największe ugrupowanie – Nowy Sojusz Flamandzki, które chce niepodległości Flandrii. Do maja, czyli do wyborów praktycznie nie ma komu sprawować władzy. Powodem rozpadu rządu jest podpisanie Paktu Imigracyjnego, czemu sprzeciwiała się większość Belgów.

W siłę wzrosły ugrupowania Flamandów. Już ponad 50% z nich domaga się secesji, oderwania od Belgii, jeśli ta w ogóle jeszcze po takim podziale będzie istniała i wystąpienia z Unii. Groteskowo więc może być w samej stolicy Europy – Brukseli. Ta bowiem jest flamandzką enklawą otoczoną przez Walonię. To oczywiście brzmi jak political/science fiction, ale przy obecnej dynamice może zdarzyć się tak, iż stolicą Europy będzie stolica Flandrii, która z Unii wystąpiła. Do Belgii dotarła też już „zaraza” francuskich żółtych kamizelek. W czasie protestów brukselska policja musi ochraniać unijne budynki.

Jak powiedziemy paluszkiem na prawo to trafimy na Niemcy. Tam po wyborach powołanie gabinetu trwało 8 miesięcy. Już od momentu, w którym powstał, był na skraju upadku. Merkel jeszcze niby rządzi, ale jej emerytura jest już przesądzona. W sprawach Europy już nikt jej praktycznie nie słucha. W Stanach Zjednoczonych mogą mówić o niej jako przywódczyni wolnego świata, ale prócz złośliwości wobec Trumpa nic za tym określeniem się już nie kryje.

Na drugą siłę u naszych sąsiadów wyrasta antyunijna i antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec. Dużym pocieszeniem dla eurokratów jest wzmacnianie się Zielonych. Tak czy owak AfD ma szanse wprowadzić potężną reprezentację do Parlamentu Europejskiego.

Jaka jest Francja każdy widzi. Nawet minister Czaputowicz nazwał ją chorym człowiekiem Europy. Na jej czele stoi skompromitowany i pozbawiony już autorytetu Emmanuel Macron, w którym upatrywano „zbawcę” Europy. Tempo w jakim traci poparcie jest niespotykane we współczesnych dziejach. Po półtora roku wynosi 18%. Szydzą z niego nie tylko obywatele, ale nawet już główne media.

Nic nie wskazuje na to, że szybko zakończą się paraliżujące kraj protesty żółtych kamizelek. Przyczyny są znacznie głębsze niż łupieżcza polityka podatkowa. Do tego dochodzi gigantyczny kryzys społeczny związany z napływem nowych imigrantów i tymi, którzy przybyli przed laty, ale bardziej utożsamiają się z krajami Afryki Północnej, czy Bliskiego Wschodu niż Francją. Były minister spraw wewnętrznych Collombe otwarcie mówił o możliwości wybuchu wojny domowej. W wyborach do Parlamentu Europejskiego faworytem jest antyunijne i antyimigranckie Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen.

Pod Francją leży rozpadająca się Hiszpania. W Katalonii wciąż wrze, a osadzenie jej przywódców w więzieniach niczego nie rozwiąże. Tendencje separatystyczne są coraz silniejsze. Do tego dochodzi permanentny już kryzys gospodarczy z blisko 40% bezrobociem wśród młodych i społeczny.

We Włoszech zaś zdarzył się cud. Wiele wskazuje na to, że wreszcie mają stabilny rząd zbudowany z bardzo egzotycznej koalicji – prawicowej Ligi i lewicowego Ruchu Pięciu Gwiazd. To co je spaja, to wielka niechęć wobec Brukseli i eurokratycznych elit.

Symbolem stanu w jakim zaś jest sama Unia są dwie postaci – wiecznie niedysponowany i pijany Juncker i Timmermans, który jest kandydatem socjalistów na przyszłego szefa Komisji Europejskiej. Choć jego macierzysta partia w Holandii ma 5% poparcia, to uchodzi za faworyta.

Z taką Europą wkraczamy w 2019 rok. Oczywiście można spierać się co do rozwoju sytuacji w Hiszpanii, czy Belgii, uważać, że Macron poradzi sobie z chaosem ogarniającym Francję, że gospodarka Europy wreszcie ruszy i kolejne pokolenie nie będzie żyło w gorszych warunkach niż rodzice etc., ale fotografii Europy z początku 2019 roku nic nie zmieni.

Doświadczenia ostatnich 4 lat pokazują, że możliwe są scenariusze najbardziej niemożliwe. W 2015 roku mało kto przewidywał Brexit, wielkie konflikty w Hiszpanii, siłę ugrupowań antyunijnych w Niemczech, Szwecji, Włoszech, Holandii, Belgii. Pod uwagę więc należy brać nawet najbardziej „czarny” z punktu widzenia polityków PiS i opozycji rozwój wydarzeń. Majowe wybory do Parlamentu Europejskiego mogą całkowicie odmienić polityczną mapę samej Unii.

Tymczasem w Polsce nikt o tym nie rozmawia i scenariusza przewidującego dopełniający się rozpad Wspólnoty nikt nie rozważa. Żadnych polis ubezpieczeniowych, schodów ewakuacyjnych, spadochronów, kamizelek ratunkowych. Poparcie dla obecności Polski w Unii sięga ponad 80%, więc zwalczające się obozy uważają, że każda próba rozpoczęcia dyskusji na temat „Co jeśli Hiszpania, Włochy, Francja, Belgia….” grozi utratą elektoratu.

PiS i opozycja zapędziły się w pułapkę. Tematu nie podejmie opozycja, dla której eurokraci są głównym sojusznikiem w walce z PiS. Nie zajmie się nim partia Kaczyńskiego obawiając się oskarżeń o Polexit. Podobnie podzieleni na obozy dziennikarze i eksperci. Niewielu jest skłonnych otwarcie rozważać „czarne” scenariusze w obawie przed oskarżeniem realizowania jakiegoś mitycznego planu Putina tak, jakby do Brexitu, czy buntu Katalonii doprowadził prezydent Rosji.

Tymczasem czas najwyższy, by chociaż zacząć spisywać jakąś polisę ubezpieczeniową. Przygotowywać się na to, że Unia i poszczególne kraje doznają takich wstrząsów, iż istnienie Wspólnoty zostanie naprawdę zagrożone. My zaś będziemy stali goli na nawietrznej i wciąż międlili zaklęcia, iż przynależymy do cywilizacji Zachodu i polską racją stanu jest umierać za Brukselę.