Czytajmy rosyjskie statystyki
Marek Budzisz 19.07.2019

Rosstat, rosyjski odpowiednik naszego GUS-u, publikuje dane, które – delikatnie całą sprawę ujmując – wzajemnie się wykluczają, a zdaniem rosyjskich ekonomistów świadczy to o obniżających się standardach tej instytucji i powolnym uleganiu temu, co można określić mianem „syndromu chińskiego”, gdzie okresowe dane na temat wzrostu gospodarczego są zawyżone nawet zdaniem niektórych o 1,5%. Ale tym niemniej z informacji Rosstatu można się nadal sporo dowiedzieć, warto więc poświęcić nieco czasu na zapoznanie się z nowinkami publikowanymi przez ta instytucję.

 

I tak, z opublikowanego właśnie raportu „O rozwoju socjalno – ekonomicznym” można się dowiedzieć, że tylko w pierwszym półroczu 2019 liczba ludzi w Rosji w wieku, kiedy można pracować, czyli między 15 rokiem życia a emeryturą, zmniejszyła się o 1 mln osób. Na koniec czerwca było w Rosji 75,3 mln pracujących, czyli 51% całej ludności, a pół roku wcześniej, ostatniego dnia grudnia, było to 76,3 mln. Przy czym z wcześniej ujawnionych danych wynika, że spadek liczby ludności w Rosji w ciągu pierwszych 5 miesięcy wyniósł 180 tysięcy. Emigracja z tzw. „bliskiej zagranicy”, która przyspieszyła z 69,4 tys. w tym samym okresie roku 2018 do 115,5 tys. w 2019, nie była w stanie równoważyć ubytku ludności Rosji z powodów naturalnych, a tym bardziej odwrócić niekorzystne trendy związane ze spadkiem liczby pracujących. Dane te wskazują na to, że społeczeństwo Rosji szybko się starzeje i dlatego gospodarka traciła średnio 160 tysięcy rąk do pracy w każdym miesiącu tego roku, a ci którzy wchodzą w wiek emerytalny raczej nie decydują się na przedłużenie aktywności zawodowej. Sytuacja zaczyna być niepokojąca, bo równocześnie napływają informacje o historycznie niskim poziomie bezrobocia (4,4%) oraz zmniejsza się liczba zatrudnionych na pół etatu. Mimo że ludność produkcyjna w Rosji zmniejszyła się w ciągu pół roku o milion, to liczba pracujących „jedynie” o 728 tysięcy. Ta różnica to z jednej strony spadek liczby bezrobotnych (212 tysięcy), z drugiej zatrudnionych w niepełnym wymiarze.

Ale gołym okiem widać, że po pierwsze rezerwy te są już na wyczerpaniu, po drugie dla perspektywy rosyjskiej gospodarki kluczową kwestią jest ściągnięcie ludzi do pracy (demografowie uważają, że do Rosji każdego roku powinno emigrować co najmniej 500 tys. osób), a po trzecie widać, że zeszłoroczna reforma polegająca na podwyższeniu wieku emerytalnego nie przyniosła pożądanego efektu. Rosyjscy ekonomiści zajmujący się tamtejszym rynkiem pracy są zdania, iż rosyjskie firmy w sposób zasadniczo odmienny niż w zachodnich gospodarkach reagują na impulsy napływające z rynku. Otóż w prawidłowo funkcjonujących gospodarkach dekoniunktura, czy to będąca efektem ogólnego spadku aktywności czy pogorszenia się pozycji konkurencyjnej danego przedsiębiorstwa zawsze wiąże się z redukcjami zatrudnienia. Ta niezwykle społecznie bolesna operacja jest jednak w pewnym sensie niezbędna, oczywiście o ile bezrobocie nie jest stanem chronicznym, bo powoduje alokację pracowników do firm z ekonomicznego punktu widzenia zdrowszych, lepiej radzących sobie na rynku. Rosyjskie firmy zachowują się inaczej, zresztą – i to też nie jest żadną tajemnicą – do przyjęcia takiej linii postępowania są namawiane przez rząd, który może szczycić się niskimi wskaźnikami bezrobocia. Co robią? Zamiast zwalniać pracowników, raczej starają się utrzymać ich, obniżając zarobki wszystkim w firmie (oczywiście nie mówię o managerach). I taka strategia w krótkiej perspektywie też może być korzystna, tylko że w Rosji o żadnej krótkiej perspektywie nie może być mowy, bo kryzys trwa tam właściwie od 2008 roku, a z pewnością od 2014. Utrwalenie takiego postępowania prowadzi do zmniejszenia popytu wewnętrznego, bo ludzie mniej zarabiają, co z kolei osłabia w sposób oczywisty koniunkturę. Z drugiej strony mając nie w pełni wykorzystane możliwości pracowników i zdolności produkcyjne, znacznemu osłabieniu ulega popyt inwestycyjny, bo jaki jest sens inwestowania w warunkach dekoniunktury? Produkcja „na magazyn” też, zwłaszcza w kraju słabym kapitałowo, a takim jest Rosja, gdzie kredyty komercyjne oprocentowane są dwucyfrowymi stopami i z niewielkimi perspektywami wzrostu, też nikogo nie pociąga. Pracownicy z kolei, zwłaszcza w obliczu niewielkich zarobków, wolą odchodzić na emeryturę, niż przedłużać swą aktywność zawodową, czemu też nie sprzyja fatalny stan służby zdrowia. I mamy w rezultacie koło zamknięte.

Paradoksalnie rosyjskie władze mają w tym względzie relatywnie niewielkie pole manewru. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na oficjalne statystyki dotyczące wynagrodzeń i dochodów do dyspozycji. Ta ostatnia kategoria w rosyjskiej statystyce obejmuje dochody (wynagrodzenia i dochody z innych źródeł) pomniejszone o obowiązkowe spłaty (np. kredytów). I o ile wynagrodzenia rosną, przynajmniej statystycznie, bo niektórzy ekonomiści powątpiewają w rzetelność danych Rosstatu, w II kwartale o 5,6% a w I nawet o 14,5%, o tyle dochody do dyspozycji znacząco spadają. W pierwszym kwartale tego roku w porównaniu do roku poprzedniego o 2,3%, a w drugim kwartale o 0,2%. Fenomen ten do pewnego tylko stopnia da się wytłumaczyć inflacją, bo ostatnie dane wskazują na jej obniżenie się do 4,5%.

Rosyjscy eksperci są przekonani, że w istocie wpływ na to zjawisko mają wydatki statystycznego Rosjanina na spłatę i obsługę zaciągniętych zobowiązań. W kraju, który notuje historyczne rekordy w zakresie ucieczki kapitału, jest rzeczą oczywistą, iż jest on drogi, ale istnieją przesłanki, aby sądzić, że w Rosji zachodzi ryzyko „przekredytowania”, jeśli idzie o kredyty konsumpcyjne oraz hipoteczne. Rosyjska międzybankowa agencja ratingowa ACRA policzyła właśnie, że jeżeli nadal trwał będzie ciągnący się już szósty rok spadek dochodów do dyspozycji ludności, to można spodziewać się problemów z portfelem kredytów hipotecznych banków komercyjnych. Mowa jest o tym, że od 10 do 20% kredytobiorców nie będzie w stanie regulować swych zobowiązań. W takiej sytuacji od 900 mld do 1,5 bln rubli (od 14,2 do 23,8 mld euro) na ratowanie zagrożonego sektora bankowego będzie musiało wydatkować państwo. Ale to tylko część problemu, bo jeszcze mamy kredyty konsumpcyjne. A tu sytuacja jest jeszcze gorsza. Według ostatnich danych ¾ Rosjan ma zadłużenie w bankach, które przekracza ich 11 miesięczne wynagrodzenie. W ciągu pierwszych 5 miesięcy tego roku kredyty konsumpcyjne ludności wzrosły o 1 bln rubli i osiągnęły poziom 16 bln rubli (254 mld euro). Co to jednak oznacza praktycznie? Zdaniem prezes rosyjskiego Banku Centralnego statystyczny Rosjanin przeznacza na spłatę i obsługę zadłużenia w bankach 44% swoich dochodów. Ale szczegółowe informacje są jeszcze bardziej niepokojące. Co dziesiąty kredytobiorca, a jest to razem ok. 7 mln ludzi oddaje co miesiąc bankom ponad połowę swoich dochodów. Co gorsza średni statystyczny dochód w tej grupie wynosi nie więcej niż 50 tys. rubli miesięcznie. Jest też w tej grupie 2,3 mln osób z dochodem miesięcznym poniżej 20 tys. rubli, co oznacza, że po oddaniu bankom zostaje im na życie mniej niż 10 tys. rubli, co jest już dochodem głodowym.

Ostatnie dwa lata to przyrost kredytów dla ludności powyżej 20% w skali każdego roku. Innymi słowy, Rosjanie żyli na kredyt i brali kredyt, aby żyć. Tylko, że teraz zarówno oni, jak i gospodarka, są już przy ścianie. A perspektyw poprawy brak.