Darwinizm oświecony
Mariusz Staniszewski 01.04.2020

Pandemia koronawirusa każe ważyć wartości nieporównywalne: życie i pieniądze, bezpieczeństwo i wolność czy wzrost gospodarczy i zdrowie. Skłonienie się ku jednej z nich rodzi konsekwencje, których nikt do końca nie jest w stanie przewidzieć. Dlatego uśmiech wywołują dziś oświeceni darwiniści, którzy wiedzą, co jest najważniejsze.

 

Zdaję sobie sprawę, że na tym forum mój głos będzie raczej odosobniony. No ale cóż, czasem warto się pospierać.

Zagorzali przeciwnicy „zamknięcia państwa” uważają ten krok za błędny z kilku podstawowych powodów.

  1. Powoduje gospodarczy Armagedon.
  2. Jest długoterminowo nieskuteczny, ponieważ nie zapobiega pandemii, ale znacznie ją wydłuża.
  3. Wprowadza psychozę strachu.
  4. Nie pozwala określić momentu, w którym państwo „zostanie otwarte” i będziemy mogli wrócić do normalnego życia.

Jako ciekawostkę można dodać jeszcze opinię zamieszczoną w „Gazecie Wyborczej”, że strach przed zarażeniem wywołuje „sanitarny faszyzm”, który przekreśla wielkie osiągnięcie ostatniego półwiecza, jakim było uzyskanie wolności seksualnej. Przekładając na język potoczny, skoki w bok stają się bardziej niebezpieczne niż wcześniej, bo mogą skończyć się śmiertelnie groźnym zapaleniem płuc.

Pozostawmy bez komentarza wątek rozrywkowy i skupmy się na tych poważniejszych. Oświeceni darwiniści mówią mniej więcej tak: najważniejsza jest gospodarka i nie ma alternatywy między nią a życiem i zdrowiem obywateli. Co więcej, to gospodarka jest życiem i zdrowiem, więc „lock down” jest z założenia błędem. Jest dla nich oczywiste, że jak przychodzi zaraza, to będą ofiary. Część ludzi musi umrzeć i tyle. Tak bywało w przeszłości i tak będzie obecnie. Aby to udowodnić, przytaczają przykłady z historii: na hiszpankę zmarły miliony ludzi i jakoś się świat nie skończył, zwykła grypa czy malaria co roku zabija więcej osób niż do tej pory covid-19. No i jeszcze moje ulubione: że znacznie bardziej tragiczne żniwo zbierają choroby nowotworowe oraz wypadki na drogach.

Innymi słowy jakiekolwiek drastyczne środki zapobiegawcze są niewskazane, ponieważ szkodzą gospodarce, a ta jest najważniejsza, bo zapewnia byt tym, którzy przeżyją. A tych będzie wszak znacznie więcej. Koronawirus jest więc co prawda stanem nadzwyczajnym, ale ludzkość już nie raz przez to przechodziła, a więc powinna się przyzwyczaić.

Trzeba przyznać, że dla prawdziwych twardzieli teza jest ekstremalnie atrakcyjna. Trochę przypomina czasy traperów czy kolonizatorów Ameryki. Tylko najsilniejsze jednostki przeżywały, w naturalny sposób wyeliminowano słabszych fizycznie i psychicznie. W efekcie powstał naród ludzi silnych i odpornych zdobywców.

Niestety darwinizm ma też trochę ciemniejsze oblicze. To on był inspiracją dla eugeniki. Ta z kolei była iskrą, która wywołała światowy pożar w postaci masowych zbrodni ludobójstwa w XX wieku. Mimo upływu lat widać, że darwinistyczne podejście do słabszych nie do końca zbankrutowało. Eugenika wraca zresztą do Europy w pełnej krasie jako eutanazja. W kilku europejskich krajach właściwie nie leczy się ludzi po osiemdziesiątce, a ich wcześniejsze odejście jest nawet uznawane za postępowanie w dobrym tonie.

W pewnym sensie darwinistyczne podejście do pandemii jest zgodą na eutanazję w skali makro. To jest właśnie dzisiejsza rzeczywistość we Włoszech czy Hiszpanii. Gdy lekarze muszą odmawiać pomocy osobom po sześćdziesiątce, to w rzeczywistości mówią im, że są mało użyteczni dla społeczeństwa. Medycy oczywiście działają w stanie wyższej konieczności – nie mają innego wyjścia. Jednak programowanie takiego scenariusza jest założeniem na zimno, że znaczna część starszych obywateli będzie musiała umrzeć.

Dla oświeconych darwinistów nie jest to pewnie wielka strata, bo świat jest dla silnych i zdrowych. Błędnym byłoby jednak wychodzenie z założenia, że rzeczywistość, w której słabsi i bardziej chorowici masowo umierają nadal wyglądałaby jak dawniej. Że ludzie tak po prostu przeszliby do porządku dziennego nad masowymi zgonami. Zwłaszcza, że z każdym dniem i tygodniem tragedie przeżywałyby kolejne rodziny, więc krąg bezpośrednio poszkodowanych przez pandemię byłby coraz szerszy. Świat, w którym codziennie znikają ludzie, z którymi wiązały nas miłość, przyjaźń czy sympatia, do tej pory znaliśmy tylko z horrorów. Spójrzmy na to z perspektywy skali. Gdyby pandemia przebiegała w Polsce w tak drastyczny sposób jak we Włoszech i z założenia miałaby objąć 70 proc. naszego społeczeństwa, na koronawirusa zmarłoby około 2,2 mln ludzi. Wyobrażanie sobie, że po takiej tragedii zapełnią się knajpy, a ludzie będą się bawić jak dawniej jest nieporozumieniem.

Nie ma w cywilizacji zachodniej państwa, które w dłuższym okresie mogłoby wytrzymać tego rodzaju sytuację. Francuzi, Włosi, Niemcy, Belgowie czy Polacy od swojego rządu domagają się przede wszystkim zapewnienia wielowymiarowego bezpieczeństwa własnym obywatelom. Na pierwszym miejscu zawsze pozostanie życie. Praca, pieniądze, dobrobyt znajdują się dalej.

Twierdzenie, że w czasie, gdy nie wiemy, kto może nas zarazić śmiertelnym wirusem, życie społeczne może toczyć się normalnie, jest dowodem na zupełny brak wyobraźni. Kraj, w którym obowiązywałby taki darwinizm, szybko popadłby w chaos, ponieważ obywatele musieliby stracić zaufanie do rządu, skoro ten nie jest w stanie zapewnić minimum bezpieczeństwa.

Zresztą dobitnie pokazuje to przykład Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Próba ignorowania wirusa skończyła się eksplozją epidemii. Ostatecznie i tak wprowadzono „lock down”. Ale jeszcze ciekawszy wydaje się przypadek Norwegii. Rząd tego jednego z najbogatszych krajów na świecie nie wprowadził tak drastycznych ograniczeń jak polski. W efekcie zakażonych i zmarłych jest więcej niż u nas, choć liczba ludności jest ponad osiem razy mniejsza. Strach przed zarażeniem spowodował, że i tak każdy kto może pracuje z domu, a życie towarzyskie zamarło.

Oświeceni darwiniści utrzymują, że takie zachowanie wynika z paniki wywołanej przez media oraz te rządy, które wprowadziły nadzwyczajne środki w ruchu obywateli. No bo przecież na zwykłą grypę czy nowotwory też umierają ludzie i nikt się tym za bardzo nie przejmuje. To oczywista demagogia, bo przecież śmiertelność spowodowana grypą jest minimalna. Zwykle jest to kilkanaście osób rocznie, nieco więcej było w 2019 (od października 2018 do lutego 2019 było 48 osób), ale istotna jest tu skala. Rocznie na grypę choruje w Polsce nawet ponad 2,6 mln osób. Każdy z nas najpewniej kilka razy przez tę chorobę przechodził. Z grubsza wiemy więc, jak ją leczyć i mamy szczepionkę. Z koronawirusem jest inaczej. Nie mamy na niego ani szczepionki, ani wypróbowanych leków.

Porównywanie zmarłych na koronawirusa do ofiar grypy, raka czy wypadków samochodowych przypomina podobne zestawienia z zamachami terrorystycznymi. Wtedy jednak sięgali po nie nie oświeceni darwiniści, ale ogarnięte szaleństwem ideologii multikulti lewicowe elity. Oczywiście jeśli spojrzymy tylko na liczby, można by im przyznać rację. Ofiar zamachu we Francji w 2015 roku było 130, a w 2016 na drogach tego kraju zginęło 3,5 tys. osób. Tyle tylko, że takie zestawienie jest pozbawione sensu. Ludzie raczej nie giną na drogach z powodu wojny cywilizacyjnej. Ofiary te, choć oczywiście są tragedią dla rodzin, nie powodują obniżenia stanu bezpieczeństwa państwa.

Tak samo jest z koronawirusem. Nawet jeżeli okaże się, że – jak twierdzi część naukowców – jedynym sposobem przejścia przez tą chorobę jest przechorowanie jej przez dużą część populacji, to zadaniem każdego rządu musi być uchronienie życia jak największej liczby własnych obywateli. To jest możliwe tylko wówczas, gdy system ochrony zdrowia nie załamie się, jak ma to dziś miejsce we Włoszech, Hiszpanii czy części Szwajcarii.

Nie trzeba mieć szczególnej wyobraźni, by dostrzegać, że długotrwałe „zamknięcie państwa” będzie miało katastrofalne skutki dla gospodarki, a więc dla obywateli. Ale jak temu zaradzić, to kwestia innych rozważań.