Debata ważniejsza niż wybory
Dariusz Matuszak 05.07.2020

Tydzień po pierwszej turze wyborów kampanię zdominowały dwa tematy: Konfederacja i debata. Nagle okazało się że faszyści, naziści, rasiści, ksenofoby i co tam jeszcze wcale nie są tacy źli, a właściwie to może nawet cacy. Że to młodzi ludzie miłujący wolność i można się z nimi nie zgadzać, ale należy rozumieć, albo i ukochać jako zbłąkane duszyczki.

 

Druga sprawa to debata, która okazała się ważniejsza niż kampania i same wybory. Media wreszcie mogły mówić głównie o sobie, co tak bardzo uwielbiają. Znów mogły podkreślać jakie są ważne i występować w roli posłanników niosących ludowi demokrację i przekonywać, że dzięki nim oświecony obywatel będzie mógł dokonać świadomego wyboru. Nagle wszyscy się obudzili i chcieli owe debaty organizować, albo chociaż udostępniać sygnał. Dzień w dzień słuchałem jak to dwaj kandydaci będą mogli dotrzeć ze swym przekazem do 20 milionów ludzi, i że debata jest solą czy czym tam demokracji i wyborów.

Otóż guzik (w tym miejscu bardziej stosowne byłoby inne słowo na „g”, ale jest niestosowne) prawda. Wcale nie chodzi o żadną demokrację, niesienie ludziom wiedzy o poglądach Dudy i Trzaskowskiego. Jedyną i wyłączną funkcją owych debat jest wsparcie własnego umiłowanego kandydata. Tylko po to próbuje się je teraz organizować, a nie dlatego, że komukolwiek w mediach zależy na jakimś świadomym akcie wyborczym. Najlepiej, by obywatel był otumaniony i to przez nas i głosował na naszego. Więc nie dziwię się, że obaj kandydaci strzelili focha i nie chcieli w tej hucpie uczestniczyć. Po co Trzaskowski maiłby iść do TVP i się narażać, a Duda do TVN.

Sposób relacjonowania całej kampanii jest w Polsce nudny, schematyczny i pozbawiony jakiegokolwiek polotu. Wszyscy robią dokładnie to samo, pokazują te same obrazki, ględzą tak samo. Nie ma żadnej fundamentalnej różnicy pomiędzy TVP, a TVN, etc., a jedyne jakie są, dotyczą tego, na rzecz którego z kandydatów gorliwie pracują. Od 30 lat mamy w Polsce kretyńskie przepisy o tzw. ciszy wyborczej, która jest w istocie cenzurą. Doprawdy nie jestem w stanie pojąć, że żadne z mediów przez ten cały czas nie podniosło buntu, nie sprzeciwiło się tym niekonstytucyjnym, ograniczającym wolność słowa regulacjom, nie lobbowało za zniesieniem ich. Podano już w tej sprawie wszystkie argumenty, więc ja wspomnę tylko o jednym.

Kampania wyborcza to zawsze czas żniw dla mediów, a zwłaszcza dla telewizyjnych stacji informacyjnych. A apogeum to dzień wyborów, kiedy wszystko się rozstrzyga. To jest jak relacja z Tour de Pologne. Wyobraźmy sobie, że mamy transmisję z wyścigu, potem na dwóch ostatnich etapach się ona urywa i jest wznawiana jak zawodnicy znaleźli się już na mecie. Wszystko co gorące, emocjonujące, przyciągające uwagę pominięte. Zamiast pasjonującego finiszu media w dzień wyborów zawsze pokażą to samo: że Trzaskowski, Kaczyński, Duda, Kwaśniewski i kto tam jeszcze zagłosował. Co to w ogóle za obrazek. Jakby pokazali Kaczyńskiego że je, to byłoby to znacznie bardziej interesujące, niż to jak wchodzi, chowa się za zasłonkę a potem wychodzi i wrzuca kartkę papieru do pojemnika. Do tego dochodzą jeszcze nudne transmisje z Państwowej Komisji Wyborczej, że frekwencja taka a taka, odnotowano incydenty, bo ktoś się upił i, albo zemdlał, i że gdzieś zapodział się klucz. Dwa dni dojmującego nudziarstwa na finiszu najbardziej pasjonującego wyścigu w każdym kraju. Nikt tego nie ogląda, więc media przez dwa dni obowiązywania cenzury tracą ogromne pieniądze i choćby już tego powodu, ktoś wreszcie powinien spróbować to zmienić. Ręczę, że gdyby nie owa cenzura, to miliony ludzi siedziałyby przed telewizorami i komputerami śledząc rozgrywkę. Reklamy by się wyświetlały i licznik by bił.

Podobnie jest z debatami kandydatów. Na całym świecie przyciągają one największą widownię. Tylko nie u nas, bo w Polsce się ich nie robi. To żałosne widowisko, które zafundowała TVP, zgromadziło kilka milionów ludzi, mimo, iż było liche i nudne jak biurokratyczne procedury w urzędzie tego i tamtego, pokazuje jaki jest potencjał. Nikt nikomu nie zabrania robić debat i ściągać pretendentów do studia i ludzi przed telewizory. Media same postawiły się w sytuacji, w której muszą się prosić. Postępują tak, jakby scenariusze relacji rozpisały im partyjne sztaby kandydatów. Nie rozumiem dlaczego takie Polsat, czy TVN, albo największe portale będące prywatnymi firmami nie mogły zrobić pojedynku Biedronia i Bosaka, albo Hołowni i Kosiniaka-Kamysza, czy w jakiejkolwiek innej kombinacji z udziałem 2 czy 5, albo 7 kandydatów. Zaręczam, że już po pierwszych takich audycjach dwóch głównych pretendentów walczyłoby o znalezienie się w programie.

Napisałem, iż nie rozumiem dlaczego takich debat się nie urządza, ale to nieprawda. Dobrze wiem dlaczego. W przypadku TVN, czy Onet chodzi o to, że ktoś tam mógłby nawet nieźle wypaść i odebrać trochę głosów ulubieńcowi – Rafałowi Trzaskowskiemu. O TVP nie wspominam, dlatego, że ona rządzi się własnymi patologicznymi regułami. Inni zaś nie potrafią wyjść poza pewien schemat, są niewolnikami konwenansu i ostrożności. Oglądają się na innych i skoro tamci nie robią to oni też nie. Dlatego nie widzimy pojedynków, wymian ciosów i nokautów tylko w kółko te same nudne zdjęcia z wieców, gdzie ubrani w koszulę kandydaci (koniecznie z podwiniętymi rękawami bo to oznacza energię i pracowitość) wykrzykują coś. Albo jak chodzą po bazarach pokazując jak bardzo są blisko pracującego ludu miast i wsi.

W czasie kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych media pokazują nawet po kilkanaście debat prawyborczych kiedy to o nominację swej partii walczą pretendenci Demokratów i Republikanów. Tradycją już jest, że organizuje się też 3 debaty głównych kandydatów – starcie 2 tytanów, z których jeden zostanie prezydentem. Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że w tym roku takiej debaty nie będzie. Będą gadać, że chodzi o koronawirusa, czy o cokolwiek, ale tak naprawdę powodem będzie tylko to, że zanurzający się coraz bardziej w demencję faworyt Demokratów Joe Biden nie jest w stanie sklecić kilku sensownych, spójnych zdań. To jednak tylko moje zgadywanie i nic nie zmienia tego, że kampanie wyborcze dla stacji telewizyjnych w USA, Francji, czy Wielkiej Brytanii to wielkie święto i czas żniw.

Jeśli już więc mediom wcale nie zależy byśmy lepiej poznawali kandydatów, byśmy pasjonowali się życiem publicznym i chętnie w nim uczestniczyli, to może niech chociaż organizują debaty z żądzy zysku.