Debata, że mucha nie siada
Dariusz Matuszak 12.10.2020

To był kapitalny pojedynek. Mowa o debacie dwojga kandydatów na stanowisko wiceprezydenta – Mike’a Pence’a i Kamali Harris, wybranki Joe Bidena. Bohater był tylko jeden – wiceprezydent.

 

Mike Pence wygrał w sposób bezapelacyjny całość i każdy segment debaty. Zarówno ze względu na treść jak i formę, w jakiej ją przekazał. Ostatecznym, niepodważalnym dowodem na jego wygraną jest ilość czasu i miejsca, jaką media poświeciły temu, iż w czasie debaty na jego głowie wylądowała mucha i jak precyzyjnie zmierzono, siedziała na niej ponad 2 minuty. O amoku mediów i Demokratów świadczy choćby to, że niemal na poważnie mówiono, że taka mucha na czyjejś głowie to znak szatana. O czym niby miałyby opowiadać kochające Demokratów media? Nie mogły o występie Harris, bo ten był fatalny, czy o tym, jak znakomicie wypadł Mike Pence, więc wszystko trzeba było strywializować i sprowadzić do poziomu jakiejś śmiesznawej anegdoty. Wiceprezydent punktował panią senator, obnażał jej niekompetencję, a nawet kłamstwa i całkowitą niespójność programu pary Biden-Harris. Jeśli w ich programie jest coś koherentnego i konsekwentnego, to tylko zapowiedź zmiany USA w Socjalistyczne Stany Ameryki.

Debaty kandydatów na wiceprezydenta z reguły nie mają większego znaczenia, a to ze względu na poślednią rolę, jaka jest związana z tym stanowiskiem. Tak naprawdę sprowadza się ona tylko do tego, by być zapasowym prezydentem, siedzieć na ławce rezerwowego na wypadek, gdyby stało się coś z przywódcą Ameryki. Nelson Rockefeller, gdy był wiceprezydentem u Geralda Forda, który sam zresztą wszedł do Białego Domu jako rezerwowy za Nixona, mówił, iż cała jego praca sprowadzała się do tego, by uczestniczyć w pogrzebach i jeździć po świecie w miejsca, gdzie było trzęsienie ziemi.  

Tym razem debata miał jedna zupełnie inny wymiar. Wszyscy zdają sobie sprawę, że wobec tego, iż Biden podupada na zdrowiu umysłowym, to Harris w razie zwycięstwa Demokratów będzie główną rozdającą karty w administracji Białego Domu. Nikt też nie ukrywa, że szykowana jest już na panią prezydent w roku 2025, bo sam Biden zapowiada, że będzie rządził tylko przez jedną kadencję. Po drugiej zaś stronie tak naprawdę nie wiadomo, w jakiej formie będzie Trump. Oficjalnie czuje się świetnie, błyskawicznie zwalcza koronawirusa, ma już antyciała, ale nie można być pewnym, że nie nastąpią jakieś powikłania, które zrujnują mu zdrowie i uniemożliwią dalsze prowadzenie kampanii, czy nawet sprawowanie prezydentury.

Nigdy nie byłem specjalnie zachwycony Pencem. Uznawałem, że Trump wybrał go, tylko dlatego, że stanowi jego całkowite przeciwieństwo pod względem charakteru. Spokojny, stonowany, skromny dyskretny, zawsze miły, czyli krótko mówiąc nudny. A to proszę Państwa, cichy zabójca jest. W czasie debaty okazało się, że ten uprzejmy starszy pan całkowicie rozłożył najbardziej wyszczekaną senator Demokratów. Wielokrotnie łapał Harris na kłamstwach i robił to, nie przekrzykując jej jak Trump, który rzucał w Bidena słowami jak flaszkami w knajpianej bójce, tylko zakładając jej guillotine choke, czyli krawat, inaczej mówiąc duszonko. 

Celem tego ćwiczenia nie było pokazanie, iż Harris jest kłamczuchą, o czym wiedzą nawet Demokraci, tylko obnażenie programu Bidena. I choćby nie wiadomo jak się pani senator wiła i zębami błyskała, to wykazał, że Biden podniesie podatki, bo zapowiedział, iż cofnie obniżki, które wprowadził Trump. Przeciętnej rodzinie, czyli takiej o rocznych przychodach ok. 52 tysięcy dolarów dawały one około 4 tysięcy rocznie. Im bardziej Harris próbowała zaprzeczać, iż wraz z Bidenem zabroni frackingu – pozyskiwania paliw metoda szczelinową, czyli z łupków, tym bardziej Biden udowadniał, że pracę przez to straci kilkaset tysięcy osób, a Ameryka przestanie być eksporterem surowców energetycznych. Harris kłamała też na temat zaprowadzenia Nowego Zielonego Ładu, który zaproponowała komunistka z Izby Reprezentantów Alexandria Ocasio Cortez, i który sprowadza się do całkowitej rezygnacji z paliw kopalnych. Pence przypomniał jej i ponad 50 milionom Amerykanów oglądających transmisję z debaty, by zajrzeli na stronę Bidena, gdzie to jest opisane. 

Ważną częścią debaty była dyskusja na temat pandemii, która wywróciła niemal wszystko w wewnętrznej polityce i gospodarce. Harris mówiła o katastrofie, jaką na Stany Zjednoczone sprowadził Trump, nie potrafiąc sobie poradzić i o 210 tysiącach zmarłych z powodu koronawirusa. Przypominała o tym przy każdej nadarzającej się okazji, a nawet bez, gdy dyskusja dotyczyła czegoś innego. Liczby dotyczące zmarłych i zarażonych robią rzeczywiście wrażenie. Pence przypominał, że już w marcu szacowano, taką liczbę zgonów, i że symulacje przeprowadzone przez naukowców wskazywały, że gdyby nie działania podjęte przez administrację, jak choćby zakazanie przylotów z Chin i Europy, zmuszenie firm do produkcji respiratorów etc. liczba ofiar byłaby nawet 10 razy wyższa. Sytuacja w USA nie różni się praktycznie od tej, jaka jest na zachodzie Europy. Liczba zarażonych jest wyższa, ale też USA robią na milion mieszkańców znacznie więcej testów niż jakiekolwiek państwo na świecie. Liczba zgonów zaś jest praktycznie na takim poziomie jak w Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, Szwecji etc. Powodów do chwały więc jednak nie ma. Niezależnie od tego, kto ma rację, a nie ma jej nikt, to pandemia zeszła też do tego stopnia w gospodarkę, że statystyki wyglądają dla Trumpa fatalnie. I to oczywiście jest paliwem dla Demokratów, którzy wykazują, że bezrobocie jest teraz wyższe niż na początku kadencji. Gospodarka była sztandarem, który niósł i jeszcze w lutym dawała mu niemal pewną reelekcję. Koronawirus zabił wszystko. Biden i Trump mówią o tym, jak szybko się ona odbudowuje, co jest oczywiście prawdą, ale też opowieścią o przyszłości i gdybaniem na temat tego, jak wyglądałoby to, gdyby rządzili Demokraci. 

Wiceprezydentowi w czasie debaty udała się też wykazać, że Harris reprezentuje skrajne, socjalistyczne skrzydło partii Demokratycznej. Wskazuje na to choćby urobek kandydatki w Senacie. Nikt tak jak ona nie wspierał radykalnych lewicowych projektów. Demokraci stali się zakładnikami socjalistów od Sandersa. Pamiętają lekcję z 2016 roku, kiedy to część zwolenników tego socjalisty z Vermont oddała głos na Trumpa. By pozyskać ich, właściwie całkowicie przejęli jego program. To, co mogłoby być tylko retoryką, teraz będzie jednak praktyką. Wskazuje na to choćby przyjęcie Nowego Zielonego Ładu, czy stosunek do demolowania, plądrowania miast i zaprowadzania anarchii i terroru na ulicach przez BLM i Antifę pod pozorem walki z rasizmem. Demokraci nie chcieli powstrzymywać chaosu i przestępczości w miastach, w których rządzą, bo im gorzej, tym lepiej. Teraz już nawet nie potrafią. 

Nie wiem, czy ta debata Pence’a z Harris będzie miała wpływ na wybory. Notowania Trumpa znów są bardzo słabe. Nie przywiązuje specjalnej wagi do sondaży, ale to, że wszystkie pokazują spadające poparcie dla Trumpa jest symptomatyczne. Nawet w badaniach Rasmussen Report, który codziennie melduje o tym, jak oceniana jest praca prezydenta widać regres. 45% pożywnych ocen to wynik w górnych strefach stanów niskich. Jeszcze w połowie września było to 53 procent – wynik lepszy, niż w tym samym momencie swej prezydentury miał Obama.  

W tych wynikach jest jednak coś szalenie niespójnego. Otóż codziennie jakieś grupy zawodowe, organizacje oznajmiają, iż popierają Trumpa. I to w sposób bezprecedensowy. To akurat ma wielkie znaczenie, bo Amerykanie głosują blokami. Jak sobie strażacy, policjanci, czy kolejarze etc. (ich związki, stowarzyszenia etc.) wybiorą ulubieńca, to głosują na niego jak jeden mąż. W bastionach Demokratów takich jak Kalifornia, czy Nowy Jork odbywają się wielkie wiece i imprezy zwolenników Trumpa. Nawet w 2016 roku tak nie było. Entuzjazm zdaje się większy niż 4 lata temu. Prezydent ma też bardzo wysokie, wręcz rekordowe jak na standardy kandydata Republikanów, poparcie wśród czarnoskórych i Latynosów.  

Gdzie więc Trump stracił? Być może wśród kobiet z przedmieść, którym obrzydła jego bufonada, arogancki, czasami wręcz chamski styl. Jeden z komentatorów trafnie podsumował, stwierdzając, że Trump mówi rzeczy okropne, a robi bardzo dobre. Natomiast Biden w miły sposób okropne rzeczy zapowiada i robi. Przy takim wizerunku, cokolwiek by Trump nie zrobił, media oskarżają go o rzeczy najgorsze. Gdy po powrocie ze szpitala stanął na tarasie Białego Domu, pozdrawiał i salutował marines, a właściwie całej Ameryce, uznano to za scenę z repertuaru najgorszych dyktatorów w rodzaju Duce, czy Kim Dzong Una. I nie ma znaczenia, że dokładnie z tego samego miejsca pozdrawiał Obama, czy jakikolwiek inny prezydent. Trump był jak Hitler na balkonie wiedeńskiego ratusza po anschlussie Austrii. 

Presja na opinię publiczną jest bezprecedensowa i być może to sprawia, że tak wielu nie przyznaje się do popierania prezydenta. Krążą teorie o milczącej, onieśmielonej, zastraszonej większości, która wypowie się 3 listopada przy urnach wyborczych. Na razie to tylko mniemania i proroctwa z fusów i kadzideł, ale być może na rzeczy coś jest. Bardzo ciekawe badania przeprowadzono na zlecenie stacji telewizyjnej Fox News. Nawet w jej sondażach, mimo iż zdaje się ona sprzyjać prezydentowi, jego poparcie jest mizerne. Tym razem zapytano jednak ankietowanych o coś innego. Mianowicie o to, na kogo, wedle ich zdania, zagłosują ich znajomi i sąsiedzi. Okazało się, że 48 procent badanych powiedziało, że ich sąsiedzi i znajomi zagłosują na Trumpa, natomiast zaledwie 39 procent, że na Bidena. To wynik dokładnie odwrotny, jaki w sondażach ogólnokrajowych mają obydwaj kandydaci.