Deja vu 2
Robert Gwiazdowski 15.10.2016

To też z Wprost z 2003 roku:

“W zamierzchłych czasach feudalnych – co niektórzy pamiętają z lekcji historii – własność rodziła władzę. Kto był większym właścicielem ziemskim ten miał więcej władzy nad poddanymi. I więcej poddanych. W czasach realnego socjalizmu było całkiem odwrotnie – to władza rodziła własność. I ją reglamentowała. Partyjni kacykowie obrastali w ekonomiczne przywileje właśnie dlatego, że byli partyjnymi kacykami. Musieli tylko uważać, żeby nie przekroczyć tej magicznej linii poziomu uprzywilejowania przypisanego zwyczajowo do danego szczebla władzy. Żeby ci z wyższych szczebli nie poczuli się zagrożeni lub urażeni. W kapitalizmie relacje między władzą i własnością są najbardziej uelastycznione. Oczywiście rządy wszystkich współczesnych państw w dużym stopniu decydują o gospodarce, a więc także o własności. Kreują politykę pieniężną i podatkową – mogą więc odzierać obywateli z ich własności. Lokują wielkie zamówienia publiczne w sektorze prywatnym – mogą więc sprzyjać powstawaniu i pomnażaniu własności u tych, którzy takie zamówienia otrzymują. Z drugiej strony w epoce medialnych królów bogaci przedstawiciele świata biznesu mogą wykorzystywać swój majątek w kampaniach wyborczych, o powodzeniu których często decyduje ilość reklamówek telewizyjnych z nimi w roli głównej – jak, nie przymierzając, w przypadku podpasek.

System ukształtowany w Polsce po roku 1989 jest najgorszym z możliwych połączeń władzy feudalnej i socjalistycznej. Dlatego śmiesznie brzmią wyniki badania opinii publicznej stwierdzające, że Polacy zniechęcili się do kapitalizmu. Trudno bowiem było się zniechęcić, do czegoś, czego nie miało się okazji skosztować. Polacy zniechęcili się do tego co jest, a „to coś” z tak zwanym demokratycznym kapitalizmem nie ma nic wspólnego. Władza najpierw zaczęła tworzyć własność. Ilość koncesji, zezwoleń, pozwoleń przyznawanych „po uważaniu”, od otrzymania których zależało zdobycie własności rosła z roku na rok, żeby nie powiedzieć, że z miesiąca na miesiąc. Pod tym względem najbardziej czysty kapitalizm wprowadził, o paradoksie, M.F. Rakowski ustawą o działalności gospodarczej z roku 1988 zwaną ustawą Wilczka. Potem było już coraz gorzej. Różne spółeczki, które dziś są już wielkimi spółkami, zaczęły realizować zamówienia dla administracji państwowej i samorządowej oraz innych spółek kontrolowanych przez państwo wykazując przy tym niesłychaną wręcz rentowność. Taką, jakiej z całą pewnością nie osiągnęłyby realizując zamówienia dla spółek prywatnych. Równocześnie ruszyła prywatyzacja. Prowadzono ją jednak w taki sposób, że najwięcej zarabiali na różni pośrednicy. Nie przeprowadzono zaś reprywatyzacji. Państwo zaczęło więc działać jak klasyczny paser. Sąd Najwyższy, rozpatrując rewizję nadzwyczajną Ministra Sprawiedliwości od prawomocnego już wyroku uznającego roszczenia spadkobierców byłych właścicieli słynnej przedwojennej fabryki, stwierdził, że ustawę nacjonalizacyjną z 1946 roku należy interpretować „zgodnie z jej duchem”, a nie tylko literą. Bo litera była akurat nie za bardzo zgodna „z aktualną linią partii”, która prywatyzowała takimi samymi metodami, jak wcześniej nacjonalizowano. Przy okazji Sąd Najwyższy zadał kłam opinii o niewydolności wymiaru sprawiedliwości i pierwsze postanowienie w sprawie wydał w ciągu 24 godzin od wniesienia rewizji nadzwyczajnej przez Ministra Sprawiedliwości, udowadniając, że „w słusznej sprawie” można zrobić wszystko.

Posługując się metodami z epoki tak zwanego „realnego socjalizmu” władza buduje całkiem nierealny kapitalizm, czyli podcina gałąź, na której sama siedzi. Bo władza ma tym więcej pieniędzy do wydania na różne cele społeczno-polityczne i nawet na proste zdefraudowanie, im lepszy jest stan gospodarki. Co więcej, im większy dobrobyt, tym łatwiej zdefraudować większe kwoty. Ludzie, którzy mają pracę i coraz wyższe pensje lub którzy rozkręcają własny biznes, nie mają głowy do tego, żeby pasjonować się jakimiś głupimi aferami. Gdy zaś trzy miliony bezrobotnych nie ma chleba to chce igrzysk. A jak igrzyska się raz zaczną, to rozentuzjazmowany tłum prędzej czy później zaczyna się domagać głowy „cesarza”. Jakby cesarze uważali na lekcjach historii to by o tym wiedzieli.”