Deja vu 4 – czyli karuzela stanowisk
Robert Gwiazdowski 15.10.2016

Pisałem niedawno o nepotyzmie. A tu znalazłededm swój artykuł z 2001 roku. Wystarczyło tylko nazwy partii zmienić 🙂

“W czasach stanu wojennego bardzo popularny był dowcip o tym, jak dyplomata amerykański wychwalał demokrację mówiąc, że w Stanach Zjednoczonych każdy może krytykować prezydenta Reagana. Dyplomata znad Wisły odpowiedział, że w Polsce też każdy może krytykować prezydenta Reagana. Dowcip ten przypomniał mi się, gdy usłyszałem, że po wyborach nowa ekipa z pewnością wprowadzi swoich ludzi na kluczowe stanowiska państwowe. Pod tym względem przykład idzie bowiem z Ameryki, gdzie już w XIX wieku wprowadzony został system „łupów”, w wyniku którego nowy prezydent wymienia tysiące urzędników państwowych i przydziela własnym poplecznikom wiele posad. Na ten właśnie amerykański zwyczaj powoływano się w Polsce na początku roku 1994, gdy zwolennicy SLD powracali na stanowiska opuszczone kilka lat wcześniej. Ponownie powołano się na niego na początku roku 1998, gdy zwolennicy AWS zastępowali na stanowiskach zwolenników SLD. Można postawić dolary (amerykańskie) przeciwko orzechom, że o tym samym zwyczaju usłyszymy znowu na początku roku 2002. Gwoli ścisłości trzeba dodać, że rząd amerykański wymienia urzędników w administracji publicznej i nie ma prawa, na szczęście dla Ameryki, dokonywania zmian na stanowisku prezesa, na przykład, General Motors. Pod tym względem sytuacja w Polsce jest w dalszym ciągu taka sama, jak w Stanach Zjednoczonych. Rząd polski też nie ma prawa dokonywania zmian na stanowisku prezesa General Motors. Ma jednak prawo, na nieszczęście dla Polski, dokonywania zmian na stanowiskach prezesów wielu innych spółek. I o te właśnie stanowiska toczy się co cztery lata taka zajadła walka wyborcza. Poza oczywiście walką o realizację ideałów sprawiedliwości społecznej i solidaryzmu, poprawę doli emerytów i rencistów, a także pracowników służby zdrowia i oświaty. Nieodżałowany Kisiel mógłby zapytać: zgadnij Koteczku, na którym froncie walka jest prawdziwa, a na którym jedynie pozorowana?

Darcie szat z tego powodu, że  SLD wyrzuci ze spółek będących własnością państwa ludzi mianowanych przez AWS jest faryzeuszostwem, bo przecież ludzie z AWS, wyrzucili wcześniej ludzi z SLD, którzy jeszcze wcześniej wyrzucili kogoś innego. Zaprzyjaźniony właściciel firmy komputerowej opowiadał mi, jak w marcu 1994 roku jedna z państwowych spółek podziękowała za dostawę wcześniej zamówionego sprzętu, bo z jej nowym prezesem, byłym działaczem Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, rywalizował na tej samej uczelni jako przedstawiciel Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Jeden ze znanych warszawskich adwokatów opowiadał z kolei, jak w roku 1998 zaprosił go na rozmowę nowy Bardzo Ważny Prezes Bardzo Ważnej Spółki i nie pytając o nic „podziękował” za współpracę, gdyż rzeczony mecenas przyjaźnił się z „czerwonymi”. Szef kancelarii adwokackiej, która przejęła prowadzenia spraw tej spółki twierdził, sam słyszałem, że AWS-owska firma musi pracować z AWS-owską kancelarią. Oczywiście prawo akcjonariusza swobodnego dobierania osób na kierownicze stanowiska w kontrolowanych spółkach jest kanonem prawa handlowego i nie może być kwestionowane. Skoro Jan Kowalski może zwolnić prezesa spółki w której ma większość akcji, to dlaczego miałby nie móc tego zrobić Minister Skarbu Państwa? Dlatego tak długo, jak długo państwo będzie akcjonariuszem jakiejś spółki, za każdym razem, gdy nastąpi zmiana ekipy rządzącej, następowały będą zmiany w radach nadzorczych, które zmieniać będą zarządy, które zmieniać będą dyrektorów, którzy zatrudniać będą nowe banki, nowych adwokatów, nowe agencje reklamowe i dostawców papieru toaletowego. Można tylko snuć domysły, ile w tym wszystkim jest powodów merytorycznych, a ile politycznych. Trudno dociec kiedy zmienia się fachowca na „krewnego i znajomego królika”, a kiedy na odwrót. Równie dobrze zresztą oni obaj mogą być „znajomymi”, choć trzeba przyznać, że zarówno wśród zmienianych, jak i zmieniających, zdarzają się fachowcy z prawdziwego zdarzenia, ale raczej jako wyjątek potwierdzający regułę. Często okazuje się więc, że państwowe spółki za papier toaletowy płacą więcej w hurcie niż kosztuje on w detalu. Najwyższa Izba Kontroli informuje o niegospodarności, choć postronnym obserwatorom przychodzą na myśl o wiele mocniejsze słowa. Korupcję trudno jednak udowodnić. Za to walka z korupcją stała się jednym z ulubionych tematów większości polityków. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że „nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by gonić go”. Jedynym antidotum na te bolączki jest dokończenie prywatyzacji. Zaangażowanie państwa w gospodarkę szkodzi bowiem zarówno gospodarce, jak i, w dłuższej perspektywie, państwu, choć sprzyja niektórym politykom. Trzeba więc jak najszybciej odseparować gospodarkę od polityki, a zwłaszcza od polityków. Prywatny właściciel z pewnością będzie kupował papier toaletowy za tyle, ile jest on wart. Bo czy ktoś kiedyś zdefraudował swoje własne pieniądze? Co najwyżej może je przehulać. Dlatego dokończenie prywatyzacji może być nie w smak pewnym dostawcom papieru toaletowego i tym, którzy go od nich kupują.”