Dlaczego Niemiec nie będzie szefem KE?
Tomasz Wróblewski 23.06.2019

Pierwszy raz od 1989 roku, kontrolowana przez Niemcy, Europejska Partia Ludowa (EPP) traci władztwo nad Europą.

 

Oficjalnie proces jest przejrzysty i w pełni demokratyczny. Szefowie państw członkowskich wybierają szefa Komisji Europejskiej. Potem Parlament zwykłą większością przyklepuje rekomendację Rady Europejskiej. Ale prawdziwe wybory nie są ani przejrzyste, ani, tym bardziej, oficjalne. Dotychczas kandydata przywódcy wskazywali na zamkniętym nieformalnym obiedzie. Głosowanie było tylko formalnością, a tak naprawdę to i obiad był tylko formalnością. Decyzja zapadała gdzieś w zaciszu prywatnych winnic, czy na spacerze dwóch, trzech przywódców największych państw, a i ci dowiadywali się o już gotowym kandydacie, którego wskazywał niemiecki Kanclerz.

Tak było, ale w tym roku wszystko jest inaczej. Centro-lewica i socjaliści po raz pierwszy nie dysponują wystarczającą większością głosów w Parlamencie Europejskim. Żeby zapewnić nominacje swojemu kandydatowi, muszą sięgnąć po głosy Liberałów i Zielnych, którym bliżej ostatnio jest do antysystemowej – populistycznej lewicy, niż głównego nurtu Liberalnych Demokratów. Po raz pierwszy wszyscy główni kandydaci EPP zostali skreśleni jeszcze przed głosowaniem. Nie ma już mowy ani o  Manfredzie Weberze, ani o Fransie Timmermansie czy Margrethe Vestager. Karuzela przedwyborcza, niemal codziennie wyrzuca jakieś nowe nazwiska i tym razem już z poza twardego kręgu sprzymierzeńców Kanclerz Merkel.

To kto ostatecznie będzie przewodził Komisji w tych trudnych czasach wielkiej transformacji systemowej, ma oczywiście znaczenie, ale rewolucja i bez tego się już dokonała. Na naszych oczach rozpada się 30-letni dyktat europejski EPP. Genialnie zaplanowany i niesłychanie skuteczny mechanizm decyzyjny kontrolujący europejską scenę polityczno-ekonomiczną. Od historycznego, marcowego obiadu w Kanzlerbungalow, w rezydencji Helmuta Kohla, Europa kręciła się zgodnie ze wskazaniami kolejnych niemieckich kanclerzy. Historia tego obiadu została ze szczegółami opisana w pierwszej, oficjalnej biografii Kohla, Hansa Schwarza.

Równo 30 lat temu przy stole zasiadło wtedy kilku zaprzyjaźnionych polityków europejskich i w pełni zaufany krąg ekspertów kanclerza. Zebrali się żeby zaplanować strategię rządów centro-prawicy na kolejne ćwierć wieku. Pewnie sami nie wiedzieli wtedy, że na tak długo. Niemniej stworzyli jedną z najpotężniejszych instytucji politycznych w Europie od czasu Kongresu Wiedeńskiego (1814-1815).

W Kanzlerbungalow powstał plan budowy europejskiego networku, który jak pajęczyna, za pomocą osobistych kontaktów i wzajemnych interesów, kontrolował wszystkie aspekty polityki europejskiej gospodarki. Przez 3 dekady, w gronie “przyjaciół” powstawały strategie, programy gospodarczo-społeczne, wskazania moralne i nawet co ważniejsze regulacje. Wszystko co zrodziło się w głowach “przyjaciół” Niemiec i EPP, wcześniej czy później stawało się prawem dla pół miliarda ludzi. Jak to napisał belgijski znawca unijnych procesów politycznych profesor Steven Van Hecke – „EPP nie wygrywała w wolnych wyborach, wygrywała dzięki swoim powiązaniom. Wygrywała wciągając do swojego elitarnego grona konkretnych polityków, a z nimi ich partie. Kolekcjonowała wpływy”.

Były doradca Emmanuela Macrona, Shahin Vallée, w rozmowie z FT powiedział ostatnio – „Istnieje symbiotyczna zależność między potęgą Merkel a potęgą EPP. EPP jest instrumentem Merkel do projekcji władzy w Europi”e. Większość unijnych rozwiązań forsowanych przez EPP – wszystko od budżetu przez politykę fiskalną, pomoc publiczną i oczywiście klimatyczną, było konstruowane z myślą o wzmacnianiu niemieckich interesów gospodarczych. Interes Niemiec stał się interesem Europy. Tam gdzie Niemcy osiągały przewagę konkurencyjną, tam miała podążać Europa. W latach 80-90-tych to było przestawianie Europy na silnik diesla, w drugiej dekadzie XXI wieku to było przestawianie się na elektryki. W latach 70-90-tych to była energia atomowa, po katastrofie Fukushima w 2011 to była energia odnawialna. I od 2002 troska o wspólną walutę (euro), która stała się fundamentem niemieckiej mocarstwowości.

Merkel doprowadziła maszynkę do perfekcji. U szczytu swojej świetności, nie musiała nawet nikogo do niczego przekonywać – network sam zgadywał intencje i robił co do niego należało. Pamiętacie historię Martina Selmayra – nominata na sekretarza generalnego Komisji Europejskiej w 2018 roku. Człowieka, od którego zależy czym i kiedy Komisja się zajmie, kogo skarci, kogo ukarze, który miał być człowiekiem Merkel. Teoretycznie, sekretarz też miał pochodzić z wyboru, ale w praktyce nikt nikogo nie prosił o wsparcie. Selmayer został wprowadzony poprzez osobiste powiazania, relacje, zobowiązania wobec Angeli Merkel i przewodniczącego Junckera, jako najlepszy kandydat dla Europy. Nikt nawet nie śmiał zadać pytania, czy kwestionować trybu nominacji. Podobnie maszynka działa w kwestiach programów klimatycznych, czy pomocy publicznej, gdzie system niemal zawsze uznawał za zasadne wsparcie niemieckiego rządu, a rzadko kiedy wsparcie innych państw, jak choćby Polski. Żeby tylko wymienić – pomoc dla niemieckich stoczni, pomoc dla Opla, wyłączenie wybranych niemieckich kopalni węgla brunatnego z rygoru klimatycznego, zwolnienie niemieckich banków Landowych z testu odporności finansowej, przerzucenie z firm na gospodarstwa domowe rosnących kosztów energii. Wszystko za pełną aprobatą EPP, w tym za aprobatą państw, które nie mogły liczyć na podobne przywileje.

Były brytyjski ambasador opowiadał mi po tym jak PiS przejął rządy, że ambasada odetchnęła – bo nie była już w stanie konkurować w Polsce z Niemcami, które dysponowały tu nieformalnymi relacjami na każdym szczeblu polskich urzędów i ministerstw. Decyzje zapadały zanim jeszcze polski rząd napisał jakieś prawo. Uzgodnienia odbywały się na poziomie dyrektorów departamentu, omijając oficjalną drogę dyplomatyczną. Nic dziwnego, że dla Berlina przegrana PO była czymś więcej niż utratą zaprzyjaźnionego rządu. Była wyrwą w misternej geopolitycznej układance zależności, która pozwalała im kontrolować wszystkie polityczno-ekonomiczne procesy i chronić rosnące niemieckie imperium. Dziś cała Europa jest pełna takich wyrw. Od Polski i Węgier, przez Włochy a wkrótce Francję, Szwecję, Finlandię, Czechy, Holandię.

Amerykański historyk ekonomista Robert Kagan na łamach Foreign Affairs jeszcze całkiem niedawno pisał – „ I znowu stajemy przed tym samym pytaniem co zawsze, jak długo jeszcze silne Niemcy będą rezygnowały ze swoich mocarstwowych ambicji?”.

No cóż, nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni w moim życiu, przekonuję się, że największe przetasowania polityczne w historii następują nagle i nawet publicystom ciężko jest za nimi nadążyć.