Dlaczego PiS Unii się nie boi?
Tomasz Wróblewski 18.04.2016

Ta dziwna symbioza nie musi trwać wiecznie, ale dziś sporo nam mówi o stanie Unii i doskonale tłumaczy rosnącą odporność rządów na jej krytykę.

Piszę rządów, bo nie chodzi tu o jeden rząd w Warszawie czy nawet Budapeszcie. Napięcia z Brukseli rozchodzą się promieniście. Komisja Europejska karci Rzym za fatalny stan bankowości, Grecji wygraża za brak reform, poucza Londyn, oburza się na Wiedeń i antyuchodźcze zasieki. Nic dziwnego, że rezolucja w sprawie Polski nie przebiła się na pierwsze strony europejskich portali i gazet. Tonie w strumieniu hiobowych wieści o Brexicie, nowych trasach przerzutu uchodźców, szwajcarskich wojskach na granicy z Włochami. Kryzys nie jest czymś nowym dla Brukseli, w końcu z kryzysu się narodziła. Ale nigdy nie musiała się zmagać z tyloma jednocześnie. W dniu, kiedy Bruksela nie zajmuje się uszczelnianiem granic, zajęta jest ratowaniem włoskich banków przed bankructwem. Kiedy na chwilę przywraca umowy schengeńskie i otwiera granice, to zaraz musi myśleć, jak zamknąć włoskie przełęcze, którymi do Europy ruszą nowe hordy. Kiedy nie szykuje się do nowego ataku terrorystycznego, to opracowuje plan działań na wypadek Brexitu albo wejścia do parlamentu skrajnych narodowców we Francji, w Niemczech czy Holandii.

Roubini Global Economics, instytut badawczy stworzony przez Nouriela Roubiniego, amerykańskiego ekonomistę, który przewidział kryzys 2008 r., teraz daje UE zaledwie 40 proc. szans, że dotrwa do 2025 r. Jedną z przesłanek jest akumulacja nierozwiązanych kryzysów i pozorowanie działań. Wyszukiwanie zastępczych tematów, unikanie konfrontacji w kwestiach naprawdę ważnych. W tym samym tygodniu, kiedy rząd Niemiec pozytywnie rozpatrzył turecką prośbę o ściganie satyryka Jana Böhmermanna, politycy niemieccy wyrażają troskę o wolność słowa w Polsce. Parlament Europejski wydaje rezolucje w sprawie Polski i Trybunału Konstytucyjnego w tym samym czasie, kiedy Turcja, bez jednego sprzeciwu z Europy, wsadza do więzień przeciwników politycznych. Mniejsza o hipokryzję, wszystko, co pokazują te zachowania, to słabość i brak woli walki. Jak bardzo by opozycja nie próbowała, wzniecała awantury w Sejmie, podsycała i demonstrowała swoją desperację, to Unia nie zdobędzie się już na nic ponad puste rezolucje, głosy zaniepokojenia, przestrogi.

Eksperci grupy Stratfor, niezwykle wpływowego dziś instytutu analiz międzynarodowych, mówią o nowym etapie integracji europejskiej – Unia traci ducha, a staje się duchem – widać i słychać go wkoło, ale fizycznie go nie czuć. W ramach jednej skorupy powstawać będą lokalne sojusze, przymierza i najrozmaitsze formy afiliacji, z których brytyjski model będzie jednym z wielu. Nad narodowymi parlamentami powiewać będą unijne flagi, ale rzeczywisty wpływ Unii będzie coraz mniejszy. Za wcześnie na oceny takiej Europy, ale dość, żeby wykazać, jak płonne były nadzieje odsunięcia PiS od władzy rękami euroelit. Dla PiS to też ważna informacja, że im mniej musi się liczyć z Brukselą, tym bardziej musi liczyć na siebie. Na reformy, które zapewnią Polsce wzrost gospodarczy, bo wkrótce może się okazać, że fundusze unijne przestaną być dostępne albo utkną w tej samej magmie biurokratycznej, której się postawił. I wreszcie sam musi rozwiązać pat trybunalski, bo nikt mu w tym nie pomoże, a raczej będzie coraz bardziej przeszkadzał.

***
Tekst ukazał się we WPROST

Fot. Stuart Chalmers/ na lic. Creative Commons/ flickr.com