Dobrze, czy niedobrze – pan Duda jedzie do Waszyngtonu
Dariusz Matuszak 26.06.2020

Ten tekst jest pewnym eksperymentem. Jego pierwsza część powstała zanim Andrzej Duda poleciał do Waszyngtonu i można było tylko mniemać sobie jakie będą owoce spotkania z Donaldem Trumpem. Druga zaś już po wizycie, kiedy z grubsza wiadomo co się wydarzyło. Otóż twierdzę, że dla naszych patriotycznych i demokratycznych ogólnonarodowych rozważań tutaj w Polsce nie ma kompletnie znaczenia, czy wizyta była potrzebna, czy nie i czy prezydent odniósł jakiś sukces, czy też się skompromitował.

 

Mamy kampanię wyborczą więc dla jednych wizyta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych oznacza, że ”Adrian pojechał do Trampka”, zaś dla innych to wydarzenie potwierdzające międzynarodową pozycję Polski, które może zdecydować o zwycięstwie prezydenta. I cokolwiek się nie wydarzy, to tak już pozostanie na wieki wieków amen. Nic tego nie zmieni. A więc dobrze, czy nie dobrze, że przywódca Polski spotyka się z przywódcą Stanów Zjednoczonych? Niektórzy jak zwykle powiedzą, że prawda leży pośrodku. Oczywiście nieprawda, że prawda leży pośrodku. To bardzo dobrze, iż prezydent Duda na 4 dni przed wyborami spotka się z prezydentem Trumpem. To, że zwolennicy Dudy dmą w triumfalne trąby, to chyba oczywiste. Zadowoleni powinni być też przeciwnicy tej wizyty, bo Duda jak twierdzą „wyjechał” z Polski, a nawet ją „opuścił ” (licentia poetica, czy tam copy rights: TVN). Podobają mi się te określenie powtarzane w kochających Trzaskowskiego mediach. Dobre: Andrzej Duda wyjechał z Polski, ewentualnie ją opuścił – pewnie jak rząd w 1939 roku przez Zaleszczyki do Rumuni. No to chyba wszyscy przeciwnicy prezydentury Dudy powinni być zadowoleni, cieszyć się, że marnuje swój czas na niepotrzebne podróże, haniebnie ucieka i spędzi kilkanaście godzin w samolocie, zamiast robić kampanię w Polsce i spotka się ze skompromitowanym Trumpem, który ma przegrać wybory.

Wizycie musi towarzyszyć oczywiście odpowiednia narracja. Np. taka, że Stany Zjednoczone skarciły Andrzeja Dudę za jego słowa o LGBT, i że były ambasador USA w Niemczech Richard Grenell, który pełni obowiązki Dyrektora Narodowego Wywiadu (DNI) jest homoseksualistą, więc na pewno prezydent będzie się tłumaczył. Skąd się to mniemanie wzięło, nie wiadomo, więc najprawdopodobniej jak zwykle w takich przypadkach z tzw. dupy. Nikt nie ma bladego pojęcia czy ambasador Mosbacher coś tam prezydentowi Dudzie mówiła, czy nie mówiła i co powie, albo i nie Grenell. Naprawdę ktoś sobie wyobraża, że Trump, Grenell, czy ktokolwiek będzie odpytywał Dudę co ona tam na wiecu wyborczym wykrzykiwał? I że prezydent USA powie: no nie Endrju tak nie może być, po tych słowach to my chyba nie wyślemy do Polski dodatkowych żołnierzy i zapomnij nie tylko o Fort Trump, ale nawet o tym, że ja ci z rodzinką jakieś pole golfowe z Trump Hotel pod Radomiem zbuduję.

W takich sytuacjach warto tez załatwić krytykę wizyty w samych Stanach Zjednoczonych. To się robi tak. Do jakiegoś członka Kongresu, koniecznie Demokraty, którym może być nawet Eliot Engel, szef Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów wysyła się pytanie: „Czy w świetle tego, że słowa wykluczające prowadzą do nazizmu i obozów zagłady, uważa pan że prezydent Trump powinien spotykać się z prezydentem Polski, który twierdzi że homoseksualiści nie są ludźmi?”.

Mamy win win. Engel już krytykuje wizytę homofoba i ma kolejny dowód na to jak straszny jest

Trump, który kocha autokratów, wydaje okolicznościowy apel: „Prezydent Duda i jego partia głoszą odrażające homofobiczne stereotypy oraz rozwiązania skierowane przeciwko osobom LGBTQ. Przeczą prawom człowieka i wartościom, których Ameryka powinna starać się bronić. Wizyta ta …. jest wielce niestosowna. Wzywam prezydenta Trumpa, by odwołał to spotkanie”.

W Polsce można wskazać, że nawet Amerykanom spotkanie prezydentów się nie podoba i uważają, że nie powinno do niego dojść. Będzie więc kompromitacja, a prezydent spotka się tylko po to, by zrobić sobie kampanijną słit focię. Jeśli zaś dojdzie do jakichś rozmów, to wytrawny negocjator jakim jest Donald Trump, który doświadczenia nabierał w biznesie, na pewno omami Andrzeja Dudę, czy też wręcz oszuka i wciśnie mu coś drogiego, ale za to całkiem niepotrzebnego. Zapłaci za to pan, pani – społeczeństwo. Na szczęście jednak do żadnych ustaleń nie dojdzie, więc ostatecznie Trump jednak Dudy nie oszuka.

Logika argumentacji będzie zakrzywiać czasoprzestrzeń. Duda przez opuszczeniem Polski powinien był zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego i skonsultować wszystko z opozycją, zanim cokolwiek z Trumpem ustali. Z drugiej zaś strony i tak nie powinien niczego ustalać, bo już niedługo ani on, ani Trump nie będą prezydentami. Z trzeciej zaś nic nie ustali na pewno, konkretów nie będzie, bo pojechał tam ze względu na kampanię wyborczą.

I to ostatnie akurat jest prawdą. Oczywiście, że ta szybka, improwizowana wizyta ma dla obu stron charakter wyborczy, propagandowy. Cokolwiek by nie mówić, to Stany Zjednoczone nadal świecą w Polsce wielkim blaskiem i każdy w tym świetle dobrze się prezentuje. Każdy z kandydatów na miejscu prezydenta Dudy poleciałby do Waszyngtonu w te pędy. To samo co mówi teraz opozycja, mówiłby PiS. Dla Trumpa to też zagrywka wyborcza, bo Polonia, która zamieszkuje kilka stanów mogących zdecydować o zwycięstwie w listopadzie, na pewno z wdzięcznością zaproszenie dla prezydenta Dudy będzie wspominać.

Opowieści o bezprecedensowej próbie wpływania przez przywódców innych państw, czy instytucji na wybory gdzieś może i mają sens, tyle, że są całkowicie nieprawdziwe. Należy się przyzwyczaić, że tak będzie coraz częściej, bo taka też jest konsekwencja globalizmu i tak się dzieje od bardzo dawna. Czasami mniej, czasami bardziej jawnie, jak choćby w przypadku Obamy, który jasno deklarował wsparcie dla przeciwników Brexitu. Czy Donalda Tuska, który jako przewodniczący Rady Europejskiej uczestniczył w kampanii wyborczej do europarlamentu Vincenta Rostowskiego. Takie rzeczy dzieją się otwarcie i rutynowo, bo trudno nie zauważyć, że choćby eurokraci prowadzą nieustanną kampanię przeciwko rządowi PiS. Jak ktoś chce, to oczywiście może sobie uważać, że to zupełnie co innego i bez związku z wyborami.

No to po wizycie. Opisywał jej nie będę, bo to zrobili już wybitni eksperci. Niewiele konkretów, głównie zapewnienia, że się lubimy. Nic się w Polsce w interpretacji tego spotkania nie zmieniło. Może pogłębił się tylko poziom durnoty i infantylizmu. Tak, czy owak spotkanie było wielkim sukcesem, a nawet kompromitacją. Oto kilka obrazków z tej wystawy.

Media obiega teraz zdjęcie, kiedy to Andrzej Duda siedzi i coś podpisuje, a Trump stoi. Prezentują je media miłujące prezydenta. To rewanż za fotkę z poprzedniej wizyty, na której to Duda stał a Trump siedział. Polityka sięga więc poziomu memów internetowych dla egzaltowanych nastolatków. W CNN, gdy relacjonowało wizytę Dudy, leciał pasek: prezydent Trump podejmuje prezydenta Dudę, a tymczasem liczba zarażonych koronawirusem znów wzrosła o ileś tam. W ślady tej stacji idzie w Polsce TVN 24. Koniecznie chce stać się tak samo niszową dedykowaną fanatykom telewizją jak CNN. Tyle, że tam Trump, a tu Duda. Redaktor Morozowski policzył ile razy polski prezydent dziękował za zaproszenie i podjęcie go. Potem z całego czasu bezpośredniego spotkania odliczył czas, w którym mówić mógł Trump, słusznie wnioskując, że jak gadał, to wtedy Duda nie dziękował. I tak temu Morozowskiemu wyszło, że Duda średnio dziękował co półtorej minuty.

Potem zaś przyszła kolej na opowieść o tym, jaki to ślad węglowy pozostawił Duda lecąc do Stanów Zjednoczonych. Jak wywodził Morozowski nawet małżonek Elżbiety II książę Filip rezygnuje z lotów samolotem, by nie truć matki Ziemi. Szkoda, że nie wspomniał o Grecie Thunberg. Czujecie Państwo poziom tego obłąkania i fanatyzmu? Przecież oni mają tam w tym TVN24 jakieś kolegia, coś ustalają, układają pytania, gonią do roboty researcherów i reporterów. Jakiś wydawca to wszystko analizuje, a konferansjer Morozowski czyta przed programem. A i tak zbiorowym wysiłkiem dochodzą do pytań o ślad węglowy.

Ten przykład pokazuje do jakiego poziomu infantylizmu zaczynamy w polskiej polityce spadać. Niby poważni eksperci, publicyści, politycy a zajmują się tym kto kogo przepuszczał w drzwiach, czy podano sobie rękę, czy tylko łokciowano, kto jak siedział i kucał. Wszyscy uwierzyli, że wybory to tylko teatrum, przedsięwzięcie PR, dla głupiego ludu, który ma wszystko kupić. To nie zaczęło się oczywiście teraz. Pamiętamy znęcanie się nad Tuskiem, gdy założył peruwiańską czapkę chullo, czy nad prezydentem Komorowskim za to, iż nieopatrznie wszedł na podest do siedzenia w japońskim parlamencie. Wtedy była to jednak domena jakichś tam internetowych złośliwców, rozgrzanych młodzianków, a nie ludzi, którzy chcą rządzić, albo prawdę o współczesnym świecie przekazywać.

Wygląda to tak jakby całą polską polityka zarządzał niejaki Miś Kamiński dawniej ZChN, dawniej AWS, dawniej PiS, dawniej PO, teraz PSL. Wszystko jest fastfoodem do szybkiego napchania się, przetrawienia i wydalenia.

Konkluzja jest więc taka: to cudownie, że doszło do tej bezprecedensowej, w dziejach niesłychanej wizyty. Od Bałtyku po Tatry, od Bugu po Odrę, cały naród jest z wizyty prezydenta w Waszyngtonie bardzo zadowolony. Zwolennicy PiS dlatego, że Andrzej Duda odniósł sukces i pokazał, że jest tak wielkim przywódcą, że nawet Trump ryzykuje zarażenie się, byle tylko go podjąć. Zaś zwolennicy opozycji dlatego, że się skompromitował, zmarnował końcówkę kampanii, by spotkać się z nieudolnym, niezrównoważonym przywódcą Ameryki, z którego cały świat się śmieje.