Don Kichot był Niemcem
Andrzej Krajewski 24.11.2019

Tak paradoksalnej sytuacji nie spodziewał się w Unii Europejskiej nikt, a już najbardziej niemiecki rząd. Oto rewolucję energetyczną, którą Berlin konsekwentnie wcielał w życie i dbał, żeby inne kraje unijne szły w jego ślady, przyblokowali zwykli Niemcy.

 

Przez ostatnią dekadę na terenie RFN każdego roku przyłączano do systemu energetycznego nowe turbiny wiatrowe o mocy średnio 4,5 tys. MW. Aż nagle w 2018 r. zdarzyło się coś przypominającego gwałtowne naciśnięcie hamulca. Firmy energetyczne pochwaliły się oddaniem do użytku jedynie 81 turbin o mocy zaledwie 271 MW. Ten roku wygląda, jak zderzenie ze ścianą. W pierwszym półroczu cały energetyczny system naszych sąsiadów powiększył się o … 35 wiatraków.

Czemu tak się dzieje niemieckie media donoszą niechętnie i bez zagłębiania się w szczegóły. Jednak nie da się ukryć, że w RFN obywatele, gminy a nawet organizacje ekologiczne zaczęły na masową skalę bój z farmami wiatrowymi. Wnioski wnoszone przez firmy energetyczne o pozwolenie na budowę nowych turbin są natychmiast oprotestowywane, co wydłuża proces załatwiania formalność. Gdy, mimo to pozwolenia zostaje wydane, mieszkańcy okolic, gdzie mają stanąć wiatraki, często przy wsparciu swej gminy, wnoszą pozew do sądu. Ten zaś do zakończenia rozpatrywania sprawy zamraża inwestycję. O dziwo w sukurs ludziom idą organizacje ekologiczne, broniące ptaków oraz rzadko występujących gatunków zwierząt lądowych. One także oprotestowują kolejne inwestycje. Bez oglądania się przy tym na kwestię redukcji emisji dwutlenku węgla oraz plany likwidowania elektrowni węglowych.

Opór społeczny okazuje się tak duży, że rząd Angeli Merkel zdecydował się w połowie listopada dołączyć do przygotowanego pakietu klimatycznego projekt ustawy gwarantującej obywatelom, że nie będzie można budować farm wiatrowe w odległości mniejszej niż kilometr od budynków mieszkalnych. Chyba, że samorząd gminy zgodzi się zmniejszyć ten dystans.

Śledząca meandry niemieckiej „Energiewende” (transformacji energetycznej) dziennikarka Petra Pinzler na łamach „Zeit Online” napisała natychmiast, że jeśli nowe prawo wejdzie w życie, to: „zamknie rozwój energetyki wiatrowej w kraju”. Dodając przy tym, iż wkrótce: „nie będzie można zbudować żadnych nowych turbin wiatrowych, a starych nie da się już wymienić” Prognozując, że „produkcja energii wiatrowej spadnie zatem w nadchodzących latach”. Dziś siłownie wiatrowe zaspokajają w RFN ok. 18 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną. Co więcej to głównie one miały zastąpić przygotowane do wygaszenie w 2022 r. elektrownie atomowe, z których nadal pochodzi ok 13 proc. prądu dostarczanego do niemieckiej sieci przesyłowej. W nieco odleglejszej przyszłości wiatr wraz z energią słoneczną – wedle planów „Energiewende” – winy zastąpić także węgiel kamienny oraz brunatny. „To niezrozumiałe, że ta regulacja na poziomie ogólnokrajowym ma zostać przyjęta, jeśli jest oczywiste, że cel 65 proc. energii z odnawialnych źródeł w 2030 roku jest nie do osiągnięcia” – napisali w liście do rządu Niemiec przedstawiciele branży energetyki wiatrowej. Pismo, który ujawnił tygodnik „Der Spiegel”, poparła też Federacja Niemieckich Związków Zawodowych (DGB). Obecnie przy obsłudze turbin wiatrowych zatrudnionych jest ok 65 tys. osób. Wedle prognoz nowe prawo może spowodować zwolnienie nawet połowy z nich. Do tego dojdą redukcje zatrudnienia w firmach wytwarzających wiatraki. „Mający siedzibę w Dolnej Saksonii koncern Enercon, który jest jednym z największych producentów turbin wiatrowych, zapowiedział w ubiegły piątek, że z powodu trudnej sytuacji na rynku zwolni do 3 tys. pracowników, m.in. we Fryzji Wschodniej i Magdeburgu. Zwolnienia zapowiedziała też Gamesa, spółka zależna Siemensa, a w kwietniu zbankrutował producent turbin Senvion” – doniósł tydzień temu „Der Spiegel”.

Tymczasem kanclerz Angela Merkel zaczyna balansować miedzy interesami coraz bardziej sfrustrowanej branży energetyki odnawialnej, partiami tworzącymi koalicję rządową, a wkurzonymi obywatelami. Szukając wyjścia z pułapki, jaką sama na siebie zastawiła. Po katastrofie elektrowni atomowej w Fukushimie, pani kanclerz autorytatywnie nakazała (oraz obiecała wyborcom) wygaszenie wszystkich, niemieckich siłowni atomowych w ciągu dekady. Nie stanowiłoby to takiego problemu, gdyby nadal mogły spokojnie działać elektrownie węglowe, opalane głównie węglem brunatnym. Na początku XXI w. ich łączna moc wynosiła 48,5 GW, dziś jest to 47 GW. Na tej „bazie” sukcesywnie stawiano „nadbudowę” w postaci OZE.

W 2002 r. wszystkie elektrownie zasilane odnawialnymi źródłami energii miały w Niemczech moc 12 GW. Dziś jest to prawie dziesięć razy więcej, bo 104 GW. Tą drogą zaspokojono wzrost zapotrzebowania na energię indywidualnych konsumentów oraz przemysłu. Jedyny problem stanowiły koszty. Gdy rozpoczynano transformację cena wata prądu pozyskiwanego z turbiny wiatrowej była średnio ok. 20 proc. wyższa niż z elektrowni konwencjonalnej. W przypadku paneli słonecznych różnica dochodziła do 50 proc. Niemiecki rząd przerzucił koszty transformacji na obywateli. Chcąc, żeby przemysł zachował swą konkurencyjność utrzymywano niskie ceny energii dla firm, natomiast podwyżkami dociążono indywidualnych odbiorców. Wychodząc z założenia, że zarabiają na tyle dużo, iż jakoś to przeżyją. Jednak z powodu gwałtownego ocieplania się klimatu i chęci utrzymania cennej wizerunkowo pozycji światowego lidera w walce z emisją CO2, kanclerz Merkel zaczął się przymierzać do zamykania elektrowni węglowych. Jednak turbiny wiatrowe i panele fotowoltaiczne wytwarzają energię elektryczną, gdy wieje, lub świecie słońce. Bez ogromnych magazynów energii, zdolnych zapewnić wielkim miastom prąd przez wiele godzin, gdy mamy bezwietrzne dni lub jest ciemno, nie sposób zdać się na OZE. Nadal brak odpowiednich technologii, dlatego wielkie magazyny energii to obecnie piękna fantasmagoria. Za to problem walki niemieckich obywateli z farmami wiatrowymi stanowi realny problem. Nawet jeśli upadnie pomysł zagwarantowania im, że wiatraki znikną z okolic ich domów, i tak opór ludzi może zablokować dalszą transformację energetyczną.

Jak na razie jedyną pewną receptą na niemieckich Don Kichotów jest pośpieszna rozbudowa elektrowni gazowych. Paliwo do nich zapewni putinowska Rosja za pośrednictwem Nord Stream i w przyszłości Nord Stream 2. Acz raczej nie jest to dobra wiadomość dla Polski.