Drgawki demokracji
Jerzy Marek Nowakowski 11.09.2019

Czy demokracja, przynajmniej taka, jaką znamy z ostatnich ponad stu lat się kończy? Tak twierdzi znany psycholog społeczny Shawn Rosenberg. Na ostatnim kongresie Międzynarodowego Stowarzyszenia Psychologii Politycznej wygłosił referat, którego tezę można streścić następująco:

 

Druga połowa XX wieku była złotą erą demokracji. Według jednego z badań w 1945 roku na całym świecie było jedynie 12 demokracji. Pod koniec wieku już 87. Potem jednak nastąpił wielki odwrót: W drugiej dekadzie XXI wieku zwrot ku demokracji w sposób raczej nieoczekiwany i złowrogi wyhamował – i przybrał przeciwny kierunek.

Demokracja to ciężka praca. Społeczne “elity” czyli eksperci i osoby publiczne, które pomagają większości radzić sobie z odpowiedzialnością wynikającą z zasad samorządności, są coraz bardziej spychane na margines. W tej sytuacji obywatele okazują się być źle przygotowani, zarówno poznawczo jak i emocjonalnie, do kierowania dobrze funkcjonującą demokracją.

W konsekwencji centrum się rozpadło i miliony sfrustrowanych, nabuzowanych gniewem wyborców zwróciło się w odruchu desperacji w stronę prawicowych populistów.

Opis sytuacji wydaje się oczywisty. Tak jest – demokracja w jej nowoczesnym modelu był swego rodzaju spiskiem elit. Wyższa klasa średnia panowała nad mediami, prasą i telewizją, tworzyła wzorce zachowań społecznych i indywidualnych. Filmy i seriale budowały horyzonty marzeń. Uczeń szkoły średniej z Indiany czy z niemieckiej prowincji miał jasno wytyczony szlak życiowy: skończyć studia zostać inżynierem czy lekarzem, potem kupić dom, dwa samochody, wakacje na Majorce i dzieci, które wychowa na dyrektorów w wielkiej korporacji albo właścicieli kliniki. Głosował na republikanina albo demokratę (lub chadeka albo socjalistę) w zależności od tego jak myślała jego rodzina i otoczenie. Wiedział, że do opery nie chodzi się w dżinsach, że wypada czytać takie a nie inne gazety itd. A wiedział to z telewizji, filmów, całego przekazu, który podsuwał mu dziesiątki pozytywnych wzorców.

I nagle w ciągu jednego pokolenia cały ten obrazek diabli wzięli. Poziom aspiracji w miejsce antypatycznych, ale ciężko pracujących bohaterów serialu „Dallas” zaczął wyznaczać uroczy (i amoralny) „Wilk z Wall Street” a jeszcze bardziej tabuny celebrytów. Horyzont marzeń licealisty nagle przesunął się z solidnego domu i Mercedesa na podjeździe do dwupokładowego jachtu na Karaibach. Przecież dom i Mercedesa kupował na kredyt zaraz po otrzymaniu stałej pracy. Na dodatek w opowieściach serwowanych przez telewizję bohaterem nie był już ktoś, kto po latach pracy zostaje wiceprezesem wielkiej firmy tylko facet, który w garażu złożył komputer (to wersje optymistyczna), albo panienka, która dzięki właściwie ulokowanym romansom została gwiazdką filmową.

Ta przemiana została utrwalona i wzmocniona przez pojawienie się Internetu i mediów społecznościowych. Ale jej początkiem była abdykacja dotychczasowych elit. Powszechna zamożność i dostępność dóbr w świecie zachodnim doprowadziła – już o tym pisałem, wiem – do zanikania klasy średniej, przynajmniej w jej wzorcotwórczej roli. Wyższa klasa średnia bardzo chciała stać się częścią bogatego establishmentu, niższa przestała się wyraźnie odróżniać od dotychczasowych biedaków.

Nagle przeróżni odmieńcy zaczęli być bohaterami telewizyjnych reality show. A przekaz był taki: sława za wszelką cenę. Fetysz oglądalności zastąpił etos odpowiedzialności. Z bardzo nielicznymi wyjątkami media tradycyjne uległy tabloidyzacji. Jakość dziennikarstwa dramatycznie spadła. To z kolei przełożyło się na prymitywizację debaty publicznej. I wreszcie pojawiły się media społecznościowe. Okazało się, że nastolatka pisząca na swoim blogu o malowaniu paznokci zarabia znacznie więcej od profesora uniwersytetu.

Elity umysłowe świata zachodniego, najpierw zanegowały same swoją wzorcotwórczą rolę a następnie zostały dramatycznie spauperyzowane. Dodatkowo miejsce solidnej pracy i edukacji zajęła narracja o jednorazowym sukcesie, który uczyni z ciebie milionera. Gigantyczna popularność przeróżnych loterii, totolotków i zdrapek jest też tego wynikiem.

Czy to znaczy, że Rosenberg ma rację? Jesteśmy społeczeństwami nieodpowiedzialnych konsumentów? Być może. Warto jednak pamiętać, że fala populizmów oferujących proste rozwiązania skomplikowanych problemów nie jest niczym nadzwyczajnym. Demokracja była przez nią podmywana w pierwszej połowie XX wieku. Odpowiedzią na Wielki Kryzys była gigantyczna popularność różnych odmian faszyzmu i komunizmu. A jednak to systemy demokratyczne przetrwały starcie z populistycznymi dyktaturami.

Jest jeszcze jeden czynnik – powszechność Internetu. W historii zwykle tak bywało, że głęboka zmiana technologiczna niosła za sobą zmianę systemów politycznych i społecznych. Taka była rewolucja neolityczna i taka była rewolucja przemysłowa w początku XIX wieku. Odpowiedzią na falę populizmu nie musi być opuszczenie rąk. Przezwyciężyć nieodpowiedzialność tłumu ulegającego syrenim śpiewom populistów można tylko w jeden sposób. Poszerzając zakres odpowiedzialności obywatelskiej. Bardzo rzadko dureń opowiadający banialuki o przyszłej szczęśliwości zostaje wybrany na sołtysa we wsi. A jeżeli nawet to lokalna społeczność szybko się go pozbędzie stawiając na dobrego gospodarza.

Jedną z dróg budowy nowego systemu politycznego jest więc powiększanie zakresu odpowiedzialności na poziomie samorządowym. Ale to chyba za mało. Obecność wirtualnego świata w naszym życiu społecznym stworzyła po raz pierwszy w historii (przynajmniej od czasu wczesnej demokracji ateńskiej) techniczne możliwości decydowania przez ogół obywateli. Ktoś powie „no nie – oni przecież zawsze zdecydują głupio”. Pewnie co najmniej kilka decyzji podejmowanych w drodze powszechnego referendum internetowego byłoby dramatycznie złych. Ale wydaje się, że jest to jedyna droga obrony demokracji. Obywatel głosujący za zniesieniem podatków po paru miesiącach by poczuł – w sensie najbardziej dosłownym – że nie wywożone śmieci cuchną, a w kranie woda jest dziwnie zimna. I po paru głosowaniach zacząłby się zastanawiać nad tym, że jego głos się liczy. Koszt byłby wysoki, ale czy wyższy od krwawych rzezi rewolucyjnych które zrodziły współczesną demokrację?

Co więcej taka zmiana paradygmatu rządzenia byłaby też szansą na odbudowę elit. Bo nikt nie zna się na wszystkim. Obywatel sparzywszy sie parę razy na WŁASNYCH błędach musiałby zacząć poszukiwać podpowiedzi. I raczej prędzej niż później zacząłby słuchać tych, którzy podpowiadają dobrze.

Powszechna w świecie zachodnim pogarda dla polityków i odrzucenie elit wiąże się z nienazwanym, a pewnie i nieuświadomionym przekonaniem, że model demokracji przedstawicielskiej się przeżył. W odróżnieniu od pesymistycznych konkluzji Rosenberga sądzę, że jest to szansa na poszukanie nowego modelu władzy demokratycznej. Ryzykownego, ale jak pokazuje przykład Szwajcarii nie skazanego z góry na porażkę.

Mamy pecha. Żyjemy w ciekawych czasach. Ale w odróżnieniu od naszych przodków możemy dylemat polityczny rozwiązać klikając w klawiaturę komputera a nie pociągając za sznur gilotyny.