Drugi znaczy pierwszy
Jerzy Marek Nowakowski 02.09.2020

Nasza klęska kochana. Sierpień i wrzesień są chyba najlepszym czasem, aby o polskim kulcie przegranych i zapominaniu o historycznych sukcesach przypomnieć. No bo jest to czas kiedy świętujemy rocznice naszych największych w skali historycznej zwycięstw jak i największych klęsk.

 

I jak zwykle, 1 sierpnia i 1 września odbyliśmy narodowe rekolekcje przypominające o Powstaniu Warszawskim – czyli najkrwawszej i najkosztowniejszej przegranej bitwie w polskich dziejach – oraz o klęsce wrześniowej 1939 roku. Kampanii wojennej przegranej po serii dramatycznych błędów politycznych i w wyniku fatalnego dowodzenia. Oczywiście przy obu okazjach usłyszeliśmy o moralnym zwycięstwie, zapłakaliśmy nad grobami, że „chwała zwyciężonym”. Telewizje przypomniały liczne filmy, a młodzież usłyszała stara rzymską maksymę jak to „słodko i pięknie jest umrzeć za Ojczyznę”.

W tym samym czasie minęły rocznice dwóch polskich zwycięstw. Wojny polsko-bolszewickiej (okrągła setna rocznica!) i porozumień sierpniowych 1980 roku. O obu było zdecydowanie ciszej. Nie mówiąc już o tym, że rok 1920 ogranicza się w narracji do daty 15 sierpnia i Bitwy Warszawskiej. Największa bitwa kawaleryjska XX wieku – pod Komarowem, gdzie Polacy pobili z kretesem legendarną Armię Konną Budionnego jest kompletnie zapomniana. A jest to nie tylko wspaniała historia walk kawalerii. Także bodaj ostatnia bitwa wielonarodowej I Rzeczypospolitej, gdzie Zamościa bohatersko bronili Ukraińcy Marka Bezruczki, a decydujący cios Budionnemu zadała szarża dowodzona przez polskiego Ormianina rotmistrza Kornela Krzeczunowicza. Popularna narracja historyczna milczy też o Bitwie Niemeńskiej. Wolimy powtarzać głupią opowieść o „cudzie nad Wisłą”. Bo przegrywamy koncertowo a jak zwyciężamy to cudem. Po bitwie warszawskiej Tuchaczewski zachował armię i zdolności operacyjne. Dopiero nad Niemnem Armia Czerwona została rozbita tak, że nie była zdolna stawiać oporu. Z kolei pod Komarowem został przetrącony kręgosłup Konarmii.

Wojna roku 1920, toczona przez wyniszczony latami Wielkiej Wojny i odradzający się z niebytu kraj była czymś niebywałym w dziejach. Była też jedyną klęską wojenną Rosji Sowieckiej. I co? Mamy wprawdzie święto Wojska Polskiego w rocznicę zwycięstwa pod Warszawą. Ale, że jest to środek wakacji, to nikt się nim nie przejmuje. Zamiast opowieści o wysiłku żołnierzy i doskonałym dowodzeniu opowiadamy o cudzie.

Podobnie rzecz ma się z Sierpniem 1980. Fala strajków i wystąpień robotniczych połączona z polityczną mądrością ich liderów zadała śmiertelny cios sowieckiemu imperium. Po powstaniu „Solidarności” system komunistyczny została w istocie zdelegitymizowany. Mimo stanu wojennego w Polsce, mimo ostatnich zrywów Imperium, system sowiecki błyskawicznie zaczął chylić się ku upadkowi.

Zamiast opowieści o mądrości ludzi, którzy złamali kręgosłup sowieckiej hydrze mamy tymczasem nieustanną wojnę polsko-polską i podważanie mitu założycielskiego. W gruncie rzeczy narracja o „Bolku” i agenturze jest powtórką endeckiej opowieści o „cudzie” nad Wisłą. Obraźliwym dla Polaków dowodzeniem, że nie jesteśmy w stanie normalnie zwyciężyć. Może nam się to udać już to cudem, już to przypadkiem.

No, ale może jest w tym jakiś element prawdy. Bo jesteśmy mistrzami w marnowaniu zwycięstw. Traktat Ryski, kończący konflikt z Rosją był przecież przekreśleniem zwycięstwa. Cele wojny zarysowane przez Piłsudskiego, czyli pokrojenie Rosji po szwach narodowościowych poprzez powstanie niepodległej Ukrainy i Białorusi nie zostały osiągnięte.

Można spierać się o to dlaczego? Na pewno nie popisała się polska dyplomacja. Wojnę z bolszewikami toczyliśmy przecież bez sojuszników. Garstka amerykańskich lotników, paru francuskich oficerów i operatorów czołgów – to było wszystko. Owszem dostaliśmy broń z brytyjskiego i francuskiego demobilu, bohatersko wstrzymywaną w portach przez komunistów całej Europy. Ale realnej pomocy ze strony wielkich demokracji Zachodu nie było żadnej. Kiedy po bitwie niemeńskiej droga na Kijów i Moskwę stała otworem, Polska nie miała już sił by skonsumować zwycięstwo. A w przeddzień zwycięstwa na konferencji w Spa dowiedzieliśmy się, że mocarstwa Zachodu wciąż żyją myślą o wielkiej Rosji i Polsce jako kadłubowym nowym Księstwie Warszawskim.

W ogóle, opowieść o naszych największych zwycięstwach militarnych jest historią niewykorzystanych szans. Po Grunwaldzie nie złamaliśmy Zakonu Krzyżackiego. Potrzebna była dopiero niezbyt efektowna, ale politycznie doskonale rozegrana wojna trzynastoletnia by oddalić zagrożenie Krzyżackie. Wspaniała wiktoria pod Kircholmem psu na buty się zdała, bo nieopłacone wojsko rozeszło się do domów, a Ryga została ocalona na zaledwie 16 lat. Kolejna wspaniała wygrana – Kłuszyn. Tu przynajmniej Żółkiewski zajął Moskwę. Ale błędy polityczne sprawiły, że na Kremlu panowaliśmy ledwie dwa lata. Wiktoria wiedeńska i rozbicie armii tureckiej pod Parkanami wzmocniły głównie wrogów Polski: Austrię i Rosję.

Lekcja z nie wykorzystanych zwycięstw jest nadzwyczaj prosta. Wojny wygrywa się nie na polu bitwy, tylko przy stołach negocjacyjnych. A tutaj jest potrzebna skoncentrowana wola polityczna i przemyślana strategia. Kiedy w 1809 roku książę Józef Poniatowski zatrzymał przeważające siły Austriaków pod Raszynem a następnie zdecydował się oddać przeciwnikom Warszawę, tłumy wyzywały go od zdrajców. Tymczasem związawszy wrogą armię w zajętej stolicy wojsko polskie wyruszyło na południe zajmując sporą część Galicji z Krakowem. Obszar Księstwa Warszawskiego w ciągu trzymiesięcznej kampanii został powiększony dwukrotnie, a armia urosła z 14 do ponad 60 tys. żołnierzy. Austriacy musieli w końcu opuścić Warszawę, ponosząc w wojnie kompletną klęskę. Dzięki mądrej decyzji politycznej za cenę minimalnych strat osiągnięto ogromny sukces strategiczny.

Podobnym sukcesem okazała się rewolucja Solidarności. Robotnicze strajki przerodziły się w narodowe powstanie. Powstanie bezkrwawe. Z jednej strony staliśmy się czynnikiem kluczowym w złamaniu systemu komunistycznego a z drugiej za cenę – czasami rzeczywiście zgniłych – kompromisów zbudowaliśmy całkiem sprawne i nowoczesne państwo.

Z drugiej strony nasze klęski, tak opiewane jako zwycięstwa moralne, przyniosły niebywale straty. O Powstaniu Warszawskim napisano wystarczająco dużo. Znany literaturoznawca, prof. Stanisław Pigoń pisząc o powstańczej śmierci poetów Baczyńskiego i Gajcego, stwierdził, że „strzelaliśmy do wroga z diamentów”. Nie dodał, że nikt mądry z diamentów nie strzela. Wobec zaplanowanej i realizowanej z żelazną konsekwencją przez Hitlera i Stalina akcji niszczenia polskich elit posłanie na śmierć resztek młodej inteligencji polskiej nie było zbrodnią. Było błędem, który opóźnił i utrudnił odbudowę Polski.

A wrzesień? Piękny mit o Polsce powalonej przemożną siłą wroga i sowieckim ciosem w plecy jest prawdziwy tylko częściowo. Znowu zawiodła polityka i dyplomacja. Mocarstwowe zadęcie nie szło w parze z realną siłą państwa. Co prawda nie zostaliśmy bez sojuszników. Ale zostaliśmy przez nich poświęceni. Nie wykorzystaliśmy możliwości polskiego przemysłu ani myśli strategicznej. Któryś z historyków przytomnie zauważył, że propagandowe zbrojenia były prowadzone bez sensownej strategii. Zbudowaliśmy flotę, która przydała się – Brytyjczykom. Bo kosztowne i nowoczesne okręty wysłaliśmy przed wybuchem wojny do Wielkiej Brytanii. Znakomite Łosie prawie nie zostały użyte w walkach. A najlepszych produkowanych przez Polskę myśliwców nie mieliśmy wcale, bo wszystkie poszły na eksport. Z sukcesem korzystali z nich później Grecy i Rumuni. Budowa COP-u w rzeczywistości osłabiła polską armię, bo sprzęt produkowany tam dopiero miał być – w połowie lat czterdziestych.

Ale przewaga Niemiec i tak nie usprawiedliwiała błyskawicznej klęski. Armia została rozmieszczona wzdłuż granic, które były po prostu nie do obrony. Dziecko widząc ugrupowanie polskich wojsk we wrześniu wyrysowałoby kierunki uderzeń oskrzydlających. Nie udało się na czas pozyskać sprzętu od sojuszników. Zaś rzekomo niespodziewany cios w plecy Sowieci zadali wówczas gdy Wojsko Polskie było rozbite. Zastępca ministra Becka, Jan Szembek po podpisaniu paktu Ribbentrop – Mołotow zanotował uwagę swojego szefa, że to nic groźnego. Trwające od maja 1939 r. zbliżenie pomiędzy Moskwą a Berlinem zostało przeoczone. Trudno oprzeć się wrażeniu, że następcy Piłsudskiego uwierzyli we własną propagandę. Wojna zapewne była w ówczesnych warunkach nie do wygrania, ale te warunki były skutkiem serii katastrofalnych błędów.

Narracja historyczna skupiająca się na legendzie o moralnych zwycięstwach, a w wypadku sukcesów, pomijająca brak oczekiwanych następstw politycznych, jest społecznie szkodliwa. Trwałe sukcesy w polityce osiąga się nie szafując życiem żołnierzy i obywateli. Piłsudski na wszelkie sposoby starał się chronić swoich legionistów przed stratami. A najwięksi władcy w naszej historii: Kazimierz Wielki, Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary a nawet Stefan Batory po oręż sięgali w ostateczności zdając sobie sprawę, że prawdziwe zwycięstwa osiąga się metodami politycznymi.

Umiłowanie klęski i martyrologii w praktycznym, codziennym życiu prowadzi do tego, że staliśmy się jako społeczeństwo miłośnikami drugich miejsc. W zawodach sportowych, w gospodarce a koniec końców także w polityce, liczy się zwycięstwo. Tymczasem nasz system wychowawczy prowadzi do paradoksalnego efektu. Podczas gdy Amerykanin czy Niemiec, kiedy jego drużyna zajmuje drugie miejsce mówi szczerze, ze po prostu przegrała, to Polak uważa, że drużyna wygrała, bo przeciwnicy mieli lepsze buty, albo sędzia był stronniczy. Jesteśmy drudzy, ale moralnie to my wygraliśmy. Tymczasem to nieprawda. Albo się wygrywa albo przegrywa. I jeżeli nie wyleczymy się z kultu bohaterskiej klęski będziemy nieustannie przegrani. Pozostanie nam przekonanie – jak to niedawno wyraził jeden z dowódców wojskowych – że w razie czego Matka Boska nas obroni.