Duży kot i totalniackie państwo
Łukasz Warzecha 13.07.2020

Sprawa pana Kamila i jego pumy być może nie stałaby się tak głośna, gdyby nie wcelowano z nią w ciszę wyborczą. A może stałaby się i tak, bo współczesne media takie historie kochają.

 

Jak wszystko w Polsce, także i kwestia trzymania w domu zwierząt innych niż typowe domowe jest przeregulowana. Rozporządzenie ministra środowiska z 2011 r. wymienia konkretne gatunki, podzielone na kategorie. Puma (kuguar) mieści się w kategorii I: „najbardziej niebezpieczne gatunki lub grupy gatunków zwierząt, które z przyczyn naturalnej agresywności lub właściwości biologicznych mogą stanowić poważne zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi” – obok jadowitych węży czy pająków. Teoretycznie wszystko jest w porządku. Problem w tym, że w tym konkretnym przypadku mamy do czynienia ze zwierzęciem z czeskiej hodowli (Czechy są o wiele bardziej wolnościowym państwem niż Polska pod bardzo wieloma względami), które od początku swojego życia nie zna innego środowiska niż to stworzone mu przez opiekuna. Trudno zatem mówić, że to zwierzę dzikie.

Polskie paternalistyczne państwo zwykłym ludziom nie pozwala trzymać zwierząt z kategorii I. Mogą one być przetrzymywane jedynie w cyrkach, zoo, ośrodkach badawczych i rehabilitacji zwierząt. A przecież można by ustalić jasne i przejrzyste warunki i pozwalać na trzymanie takich zwierząt temu, kto je spełnia. Ale nie – bo państwo wie lepiej.

Pan Kamil posłużył się sposobem „na cyrk”, co prowadzi nas do pierwszego ogólnego w tej sprawie spostrzeżenia: w państwie skrajnie przeregulowanym obywatel musi się uciekać do wybiegów i kruczków, żeby osiągnąć cel. To samo dotyczy posiadania broni. Jako że pozwolenie na broń do ochrony osobistej jest w zasadzie nieosiągalne, osoby, które broń chcą mieć, korzystają z możliwości, jakie daje strzelectwo sportowe albo pozwolenie kolekcjonerskie.

Drugi wątek sprawy to wykorzystanie okazji przez Vivę – jedną z najbardziej agresywnych organizacji prozwierzęcych, wyciągającą od ludzi pieniądze poprzez typowe dla tego segmentu NGO manipulacje psychologiczne. To jej inicjatywa spowodowała, że zapadł wyrok o odebraniu zwierzęcia panu Kamilowi, a ostatecznie w ramach samozwańczej inicjatywy pojawili się u niego przedstawiciele poznańskiego zoo, co skończyło się niemal katastrofą. Praktyki Vivy zdemaskowała kilka lat temu w znakomitym dokumencie „Ciemna strona animalsów” Ewa Zajączkowska-Hernik. Tak się jednak pechowo składa, że Viva może liczyć na nieracjonalne sentymenty Naczelnika i niektórych jego współpracowników. Jarosław Kaczyński nagrał swego czasu dla tej organizacji specjalny film, w którym wypowiadał się przeciwko hodowli zwierząt futerkowych. Całkowicie nieracjonalne podwyższenie kar za znęcanie się za zwierzętami, zawartych w kodeksie karnym, to również kwestia zaspokojenia oczekiwań Naczelnika. Czy może raczej wyjścia im naprzeciw przez frakcję, odpowiadającą za wymiar sprawiedliwości.

Od egzekwowania wyroków sądów jest policja, a nie czerezwyczajki animalsów. Niestety, polska Ustawa o ochronie zwierząt ujmuje sprawę w sposób, który pozwala na przejmowaniu rzekomo zagrożonych zwierząt po prostu zarabiać. Mówi bowiem:

Art. 7. 1. Zwierzę traktowane w sposób określony w art. 6 ust. 2 może być czasowo odebrane właścicielowi lub opiekunowi na podstawie decyzji wójta (burmistrza, prezydenta miasta) właściwego ze względu na miejsce pobytu zwierzęcia […]

3. W przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia.

4. W przypadkach, o których mowa w ust. 1 i 3, kosztami transportu, utrzymania i koniecznego leczenia zwierzęcia obciąża się jego dotychczasowego właściciela lub opiekuna.

W praktyce oznacza to, że wystarczy założyć sobie fundację walczącą z „okrucieństwem wobec zwierząt”, a pod byle dętym pretekstem można nie tylko żądać wpuszczenia na prywatną posesję, żeby odebrać komuś zwierzę, ale później można też za całą akcję wystawić rachunek jej właścicielowi. I nie musi to być rachunek racjonalny. Z takich praktyk „animalsi” zrobili sobie po prostu sposób na życie.

Tak właśnie zadziałała pani dyrektor zoo w Poznaniu, wkraczając na prywatny teren bez asysty policji. Pani dyrektor, która wcześniej zasłynęła nielegalną hodowlą kotów we własnym mieszkaniu i została w związku z tym skazana za zakłócanie porządku. Oraz która z przekonania jest przeciwniczką trzymania jakichkolwiek dzikich zwierząt (również tych spoza I kategorii) przez osoby prywatne, obojętnie, w jakich warunkach.

W państwie, gdzie szanuje się własność prywatną, nigdy nie stworzono by przepisu, pozwalającego jakimś szmondakom pod flagą animalsów wdzierać się na prywatny teren. To osoba broniąca się przed takim wtargnięciem powinna być przez prawo chroniona. Niestety, w Polsce własność prywatna jest sprawą względną, a władza nazywająca się „prawicową”, gdy idzie o kwestie ochrony zwierząt, wyznaje stricte lewicowy paradygmat.

Dodatkowym, ale nie mniej skandalicznym wątkiem sprawy, jest zaangażowanie absurdalnych wręcz środków w poszukiwania pana Kamila, gdy ten postanowił się z pumą ukryć (później sam zgłosił się na policję). Wielkie oddziały policji, helikoptery, ogromna akcja poszukiwawcza wyglądała, jakby chodziło o seryjnego zabójcę, a nie człowieka, który schował się przed nadgorliwymi „animalsami” z własnym zwierzęciem. Nie wiem, kto i na jakiej podstawie zdecydował o zaangażowaniu tak ogromnych środków, ale wiem, że powinien się z tego gęsto tłumaczyć.

Niestety – nie miejmy złudzeń. Obojętnie, kto wygrałby niedzielne wybory prezydenckie, żaden z kandydatów nie wyczuwa lub nie chce widzieć, że w takich właśnie, pozornie drobnych sprawach przejawia się totalniactwo państwa. Historia pana Kamila i jego dużego kota to w gruncie rzeczy opowieść o tym, jak rządzący Polską upodmiotowili szemrane, zideologizowane środowiska kosztem praw obywateli, którym przypomina się, że są niczym wobec aparatu państwa. Wielu zaś w obliczu tego absurdu bije brawo.