Dwa miliardy w błoto, czyli co zrobić z mediami państwowymi
Jerzy Wysocki 09.03.2020

Tak mediami państwowymi, wszelkie semantyczne wynalazki typu: media publiczne, czy media narodowe, to tylko mydlenie oczu. Podobnie jak niekończąca się dyskusja o „misji” jaką owe państwowe media mają wypełniać. Dyskusję o „misji” zostawiam misjonarzom, a polityczne przepychanki, politykom. Co zrobić, by ten cyrk zakończyć? Zlikwidować media państwowe.

 

Gdy przeczytałem tekst pt.: „TVP grozi niewypłacalność. Pracownicy piszą list do Andrzeja Dudy”, dałem post na Facebooku o autoironicznej treści: „ Ja się na mediach nie znam od 40 lat. Ale gdzieś czytałem, że jak coś jest fajne, to zyskowne”. Wpadłem też na szatański pomysł, że założę kwiaciarnię zwiędłych, zdegenerowanych genetycznie i niesprzedawalnych kwiatów. Zatrudnię beznadziejnych, odstręczających pracowników, których poproszę o napisanie listu do Prezydenta o wsparcie finansowe mojego kwiaciarnianego biznesu. Proszę się nie martwić, argumenty znajdę u Artura Schopenhauera w „Erystyce”.

Jest rzeczą niepojętą, jak TVP, telewizja z zasięgiem na cały kraj, a nawet na zagranicę, zasilana już nie strumieniem, lecz lawiną pieniędzy także ze spółek państwowych, mająca przychody z abonamentu (słabo ściągalnego – to prawda), popada w finansową zapaść. Czy to realizacja owe „misji” w postaci Sylwestra w Zakopanem, z Zenkiem Martyniukiem w roli głównej doprowadziła TVP do finansowej ruiny? I smutnej konieczności żebrania przed państwowym skarbcem? Smutne, żenujące, prawdziwe.

Tak jak wspomniałem, od 40 lat nie znam się na mediach, tym bardziej telewizyjnych i radiowych. Choć muszę przyznać, że miałem krótkie epizody współpracy z państwowymi mediami. Zakończone fiaskiem. Chyba za rządów Jana Olszewskiego to się wydarzyło. Otóż prowadziłem wieczorne wywiady i zgodnie z umową mogłem zapraszać kogo mi się podoba. Póki zapraszałem „po obowiązującej linii” było OK. Ale wpadł mi do głowy szatański pomysł zaproszenia na wywiad byłego premiera Mieczysława Rakowskiego. W kuluarowej rozmowie przed programem, pan Rakowski ze wzruszeniem przyznał: – od zmiany ustroju ktoś mnie nareszcie do telewizji zaprosił, to naprawdę jest na żywo, nie zdejmą? Nie zdjęli – mnie zdjęli z anteny faksem, że już – póki co – program wyczerpał formułę, itp.

Media państwowe/publiczne/narodowe zawsze były upolitycznione. Problem jest nierozwiązywalny, gdyż każda, kolejna władza chce mieć swoją telewizję i radio. Produkować się tam od świtu do nocy, kontrolować przekazy dnia… Powiedzmy wprost: uprawiać partyjno-rządową propagandę. W zależności od formacji mamy wersję soft, lub jak ostatnio hard. Media prywatne też są upolitycznione, ale ich prawo. Czy prywatni nadawcy zwracają się o dotację państwowe? Nie ma takiej możliwości, co więcej nie ma takiej potrzeby. Jak coś jest fajne, to jest zyskowne – powtórzę swój post kierując go do zarządu i pracowników TVP.

Jak wybrnąć z tego zaklętego kręgu? Wciąż można, choć grzech pierworodny ciąży nad ludzką egzystencją i mediami państwowymi. Na fali transformacji ustrojowej, w marcu 1990 Sejm powołał Komisję Likwidacyjną ds. RSW „Prasa – Książka – Ruch”. Wcześniej, oczywiście poza prasą podziemną, wszystko było w gestii PZPR i satelitów. Co zrobiono. Tytuły komunistycznej prasy rozdysponowano pomiędzy środowiska dziennikarskie związane z nowymi, demokratycznymi formacjami politycznymi. Część tytułów przejęli sami wydawcy tworząc spółdzielnie. To była ułomna, polityczna, ale jednak prywatyzacja i uwolnienie rynku mediów prasowych. Różnie potoczyły się losy sprywatyzowanych gazet, ale dziś widać pluralizm.

Ale, uwaga. W 1990 zapomniano, że oprócz mediów prasowych, istnieją media o wiele ważniejsze: TVP, Polskie Radio. Tu nie zrobiono nic, albo niewiele. Te media, zawsze i to z definicji były narażone/ podległe rządzącym. Kadencyjność władz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji miała być/ i po trochu była, antidotum na ten wirus. Ale się skończyło. Teraz jest na wprost. O losach telewizyjnego molocha informują na nocnej konferencji prezydent i premier.

Dlaczego wówczas, i przez kolejne dekady, żaden z rządów nie zdecydował się na choćby częściową prywatyzację. A niby dlaczego politycy mieliby dobrowolnie pozbywać się części władzy, w tym przypadku czwartej władzy? Władzy, która kształtuje opinię publiczną, pomaga wygrywać wybory.

Z drugiej strony, rządzący mają prawo do komunikowania się ze społeczeństwem. Informowania o swoich działaniach i planach. Ale czy do tego potrzebny jest wysokobudżetowe widowisko z Zenkiem Martyniukiem? Po co ta gigantomania? Swojego czasu krążyły pomysły, żeby sprywatyzować telewizyjną dwójkę. Oczywiście nic z tego wyszło. Krążyły pomysły, że skoro to media publiczne, to niech dziekani wydziałów dziennikarstwa wyłaniają władze telewizji i radia. Też nic.

Duża to naiwność, ale może kiedyś dojdzie do samoograniczenia władzy. Tej wystarczy jeden kanał informacyjny i tyle. Cała reszta pod młotek. Do budżetu państwa trafią miliardy, teraz wyciekają.