Dwie Turcje
Jerzy Marek Nowakowski 28.06.2019

Jakiś czas temu mieliśmy mały dyplomatyczny zgrzyt z Turcją. W ramach budowania dumy narodowej jedno z ministerstw, w broszurce promocyjnej, opisało bitwę pod Wiedniem jako zwycięstwo Zachodu nad muzułmanami. Ambasada turecka zaprotestowała przeciwko używaniu antyislamskich stereotypów. I przy okazji przekazała sygnał o tym, jak zmieniło się państwo tureckie. Dziesięć lat temu Turcy też by zaprotestowali. Ale przeciwko temu, że Turcję uważa się za coś odmiennego od Zachodu.

 

Całe mijające stulecie było czasem niezwykłego eksperymentu. Kemal Ataturk, który objął władzę w rozsypującym się po I wojnie światowej Imperium Tureckim dokonał bezprecedensowej rewolucji. Zaczął niczym Piotr I w Rosji. Car kazał bojarom obcinać brody a Kemal zakazał noszenia fezów, historycznie typowego tureckiego nakrycia głowy. Dokumenty, dotychczas zapisywane alfabetem arabskim, nawet Koran, miały być odtąd drukowane dostosowaną do języka tureckiego łacinką. A państwo miało być w pełni laickie, mężczyzn ubrał w garnitury, kobietom odkrył włosy. Konstytucyjnie strażnikiem laickości Turcji miała być armia. I w ciągu prawie 100 lat wielokrotnie z tego prawa korzystała interweniując i usuwając polityków, którzy chcieli ciągnąć Turcję w stronę islamu. Jednym z ostatnich, którzy wylądowali w więzieniu (co prawda tylko na 4 miesiące) był obecny prezydent Erdogan oskarżony w 1997 r. o sianie nienawiści religijnej. Ostatnią próbą użycia kemalistowskiego modelu kontroli świeckości państwa był nieudany zamach stanu w lipcu 2016 r. Przeciwko armii stanęli masowo mieszkańcy Istambułu. A po zamachu armia została poddana totalnej czystce.

Od czasów rewolucji Kemala Ataturka Turcja deklarowała ambicje przynależności do świata Zachodu. Zgłosiła akces do UE i była kluczowym sojusznikiem USA. Pod rządami Erdogana Ankara porzuciła model polityki „kemalistowskiej” wracając do założeń imperialnej Turcji Osmańskiej. I nie chodzi tu o historię, nawet nie o stosunek do islamu. Najważniejsza wydaje się zamierzona reorientacja polityki zagranicznej. O ile Ataturk stawiał na wzmocnienie wewnętrzne państwa i rezygnację z ambicji rządzenia na Bliskim Wschodzie, o tyle Erdogan wrócił do polityki sułtanów. Próby oddziaływania na Syrię i Irak są tego najlepszym przykładem. Zmalała również rola armii. Przed nieudanym zamachem stanu armia była nie tylko strażniczką świeckości państwa, lecz przede wszystkim filarem sojuszu turecko-amerykańskiego. Po czystkach personalnych i marginalizacji politycznej już tej roli nie pełni. Turcja poprzez zakup rosyjskich rakiet S-400 odsuwa się coraz bardziej od Zachodu. Równocześnie słabnie model specyficznej, ale działającej „demokracji islamskiej” będący – w założeniu Kemala – modelem modernizacyjnym dla całego świata muzułmańskiego. Dzisiaj mamy w istocie dwie Turcje. Miejską, kemalistowską, uważającą się za część świata zachodniego i prowincjonalną, okutaną w burki i przekonaną, niczym żołnierze Mehmeta II, że należy walczyć w imię religii dużo bardziej niż celów narodowych.

Dodajmy, że ta Turcja Osmańska ma rysy sympatyczne. Jest mniej nacjonalistyczna, była w swojej pierwszej fazie otwarta na dialog z Kurdami (w początku XXI wieku głosowali masowo na Erdogana). Erdogan był nawet skłonny dogadać się z Armenią, co było nie do przyjęcia dla demokratycznych kemalistów itd. Ale kolejne lata przynoszą ewolucję od demokracji z wyraźnym rysem islamskim i bardzo lekką nutą nacjonalizmu do modelu autorytarnej władzy łączącej twardy nacjonalizm z fundamentalizmem religijnym.

Marcowe wybory samorządowe pokazały, że wygrywający wszystko od roku 2002 prezydent Erdogan stracił poparcie miejskiej klasy średniej.

Odbywające się w ubiegłą niedzielę powtórzone wybory burmistrza 16 milionowego Istambułu przyciągnęły więcej uwagi niż kampania wyborcza w niejednym państwie. Ale przyznać trzeba, że powody były. 25 lat temu, w marcu 1994 roku od zwycięstwa w Stambule zaczęła się polityczna kariera obecnego prezydenta Erdogana. Skądinąd sam Erdogan powtarza, że „kto zdobywa Istambuł zdobywa całą Turcję”. I z jednej strony odwołuje się tutaj do osobistego doświadczenia, a z drugiej do twardych danych. Istambuł jest gospodarczą stolicą Turcji. Powstaje tutaj prawie 1/3 całego PKB państwa. Pozostaje też Istambuł symbolem Turcji, centrum intelektualnym i kulturalnym kraju.

Prezydent Recep Tayyip Erdogan zaangażował cały swój autorytet w walkę o zwycięstwo w Istambule. Kiedy kandydat liberalnej opozycji Ekrem İmamoğlu zwyciężył w wyborach 31 marca minimalną większością (ok. 13 tysięcy głosów) pod naciskiem Erdogana zależna od niego Najwyższa Rada Wyborcza 6 maja zdecydowała o anulowaniu wyborów, pod zarzutem udziału w komisjach wyborczych „terrorystów” związanych z ruchem Gulena, który jest w Turcji wrogiem publicznym nr 1. Jak bardzo wątpliwy był to argument, wskazuje fakt, że nie anulowano wyników wyborów do rady miasta i dzielnic, które odbywały się w tych samych komisjach wyborczych. Prezydent po prostu nie mógł znieść, że „jego” Istambuł będzie rządzony przez przedstawiciela opozycji.

Władza w Istambule stwarza również możliwość zablokowania przeróżnych inicjatyw biznesowych rządzącej partii i otoczenia Erdogana. A poza tym, nie jest wykluczone, że pozwoli na oskarżenia rządzących o korupcję, bo sporo gigantycznych projektów budowlanych ludzi z zaplecza partii AKP było już wcześniej uznawanych za korupcyjne. Teraz Imamoglu będzie miał dostęp do dokumentacji tych projektów. Na koniec, rządząc w gospodarczej stolicy państwa, opozycja zyska możliwość finansowego wspierania swoich zwolenników.

Ponowienie wyborów na burmistrza Istambułu, zostało solidarnie skrytykowane przez opozycję turecką i Zachód. Unieważnienie wyborów uznano za głębokie naruszenie zasad demokracji. Okazało się, że aparat państwa może być i jest wykorzystywany w celu obrony interesów partii rządzącej.

Wyznaczone na 23 czerwca powtórne wybory były obserwowane wyjątkowo uważnie przez otoczenie międzynarodowe. Turcja pod rządami Erdogana przekształca się bowiem w państwo coraz dalsze od norm zachodnich. A przecież formalnie pozostaje krajem negocjującym członkostwo w Unii Europejskiej i jednym z kluczowych członków NATO. Naruszenie wolności wyborów czy, mówiąc wprost ich sfałszowanie, byłoby jasnym sygnałem przekroczenia ostatniej bariery, dzielącej Turcję od uznania jej za dyktaturę.

Wybory odbyły się uczciwie. I tym razem młody polityk uzyskał poparcie nie podlegające dyskusji, miał ponad 700 tys. głosów więcej od swojego rywala, którym był jeden z najważniejszych polityków rządzącej AKP, były premier i były marszałek parlamentu Binali Yildirim.

Zwycięstwo Imamoglu w Stambule, a wcześniej sukces opozycji we wszystkich większych miastach ze stołeczną Ankarą na czele stanowią sygnał, że dwudziestoletnia dominacja Erdogana i jego Partii Sprawiedliwości i Rozwoju na tureckiej scenie politycznej może zostać wkrótce zakwestionowana.

I to jest rzeczywista treść tych wyborów. Bo w końcu z polskiej perspektywy to, kto rządzi w Turcji na poziomie samorządowym może wydawać się kompletnie nieważne. Ale nie jest nieważne w jakim kierunku zmierza Turcja. Zarówno ze względu na położenie geograficzne, jak siłę militarną i wreszcie imperialną tradycję, Turcja jest kluczowym składnikiem bezpieczeństwa Bliskiego i Środkowego Wschodu.

Najbliższe 4 lata (do wyborów parlamentarnych) będą czasem starcia pomiędzy Turcja Erdogana i Turcją Kemala. Wybory samorządowe pokazały, że ta druga niezwykle wzmocniła się w wielkich miastach. Od ostatecznego efektu tego starcia będzie zależało nie tylko tureckie ale i nasze (jako członka UE i NATO) bezpieczeństwo.