Państwo i Prawo
Dyktatura liberalnej demokracji
Dariusz Matuszak 18.11.2020

To było bardzo wymowne.  Christiane Amanpour, jedna z gwiazd CNN swój program z 8 listopada rozpoczęła od nawiązaniu do rocznicy Kryształowej Nocy. 82 lata wcześniej w nazistowskich Niemczech doszło do pogromu Żydów. Zginęło ponad 100 osób, zniszczono tysiące żydowski biznesów, spalono blisko 200 synagog. Amanpour na tle archiwalnych zdjęć pokazujących płonące stosów książek, witryny zniszczonych żydowskich sklepów mówiła, że Kryształowa Noc była zapowiedzą Holocaustu. Że w wśród tych buchających z książek płomieni dokonywano zamachu na wiedzę, historię i prawdę, i że te same wartości zaatakował w ciągu swej prezydentury Donald Trump. Teraz jednak jest nadzieja, że Biden i Harris przywrócą normalność.

 

W zohydzaniu przeciwników politycznych nie ma już żadnych granic. Porównania nie były dziełem jakiejś egzaltowanej lewicowej aktywistki, która w mediach społecznościowych wypisuje, co jej tam do główki przyjdzie. To jedna z najbardziej znanych brytyjskich dziennikarek dla jednej z najbardziej znanych na świecie telewizji zbudowała ten ciąg skojarzeń: Trump – nazizm – zagłada. Sekretarz stanu Arizona Katie Hobbs pisze o wyborcach Donalda Trumpa per neonaziści. Mowa o mniej więcej połowie dorosłej populacji Stanów Zjednoczonych.  Kongresmenka Aleksandria Ocasio Cortez zapowiada rozliczenie każdego, kto współpracował z obecną administracją. To właściwie naturalna konsekwencja uznania, że są kolaborantami reżimu. Wezwania do tworzenia list proskrypcyjnych są powszechne w mediach. Mało kto już wierzy, że są jeszcze jakieś szanse, iż akcjami prawników podważone zostanie zwycięstwo Bidena, więc obóz Trumpa dość szybko pustoszeje, zwłaszcza wobec zapowiedzi, że nikomu nie będzie darowane. 

Oczywiście domniemany prezydent elekt mówi, iż przychodzi „czas uzdrawiania” (time to heal), a za nim wszystkie kochające Demokratów media. To też sugestia, że za Trumpa i z jego powodu relacje społeczne w USA były chore, że chora była jego polityka nastawiona na dzielenie i szczucie. I nie ma znaczenia to, że Trump uzyskał wśród czarnoskórych i Latynosów wyższe poparcie niż jakikolwiek inny republikański kandydat. Teksty o „uzdrawianiu” to rytualne zaklęcia i zakłamania. Poziom obłudy jest tak wielki, że nic nikomu nie zgrzyta, kiedy jednym półgębkiem mówi się o szacunku i potrzebie pojednania, a drugim opisuje politycznego oponenta jako zło wcielone. To jest jak opowiadanie o pokojowych protestach BLM i Antify na tle płonących budynków. Wszystko już się osłuchało i opatrzyło. Publiczność przywykła.

Jurij Bezmienow, radziecki agent, specjalista od dywersji propagandowej, który w latach 70. zbiegł na Zachód opowiadał o poziomie degeneracji zachodnich elit, rozumianych jako wszelkiej maści pracownicy mediów, artyści, wykładowcy na uczelniach, i tacy tam intelektualiści. Twierdził, że są do tego stopnia zindoktrynowani, przeświadczeni o słuszności własnych poglądów – w tym przypadku chodziło o nasiąknięcie sowieckimi kłamstwami na temat wspaniałości socjalizmu, że nawet jeśli zabrać ich do Związku Radzieckiego, pokazać obozy, prawdziwe warunki życia w tym kraju, poziom zniewolenia społeczeństwa, to i tak nie uwierzą i będą głosić chwałę Kraju Rad. To oczywiście była tylko przenośnia ilustrująca poziom ideologicznego zaślepienia, Bezmienow opowiadał o stopniu odurzenia lewicowymi miazmatami i o niepomiernym poczuciu wyższości u owych elit – intelektualnym i moralnym. To ono sprawiało, że uważały, że można dopuszczać się moralnych i intelektualnych nadużyć walcząc z większym złem, że cel może uświęcać środki. Walcząc ze złem absolutnym, można wszak dopuścić się ot jakiejś tam podłości. 

Znakomite zastosowanie ma więc stworzony przez Orwella termin „dwójmyślenie” oznaczający godzenie i wyznawanie całkowicie ze sobą sprzecznych poglądów. To, co było domeną partyjnych kacyków i sprostytuowanych intelektualistów w sowieckich reżimach, dziś jest częścią przekazu w głównych zachodnich mediach. I tak potrafią one pogodzić pianie o wolności prasy i słowa z jawnie głoszoną potrzebą zaprowadzenia cenzury. Bezwstydnie kłamią, że chodzi o ochronę prawdy. W imię ochrony liberalizmu tracimy więc jedną z największych zdobyczy liberalizmu, czyli wolność słowa i przekonań właśnie. Cenzura, inżynieria myśli przestają być incydentami. One stały się immanentną częścią wielkiego projektu, jakim jest ta niby liberalna demokracja. 

Kilka dni temu Facebook całkowicie zlikwidował stronę Janusza Korwina Mikke. I co? I nic. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz. Nikogo, kompletnie nikogo, ani mediów, ani polityków, taki zamach na wolność słowa nie obchodzi. Od trzydziestu lat Mikke dla jednych geniusz, dla innych psychopata mógł sobie głosić, co chciał – raz mądrzej, raz zupełnie idiotycznie i tak naprawdę nikomu do głowy nie przychodziło, że można mu zakazać, zablokować go. Musieliśmy doczekać się postępów wolności i liberalizmu, wielkie zagranicznej korporacji z lepszego, bardziej demokratycznego świata, by doczekać się także cenzury pełną gębą. Wszelkie opowieści, ze Facebook to prywatna firma, więc może robić sobie, co chce, to tylko zwykłe szalbierstwo słowne. Istota sprowadza się do jednego, do zakazania głoszenia poglądów, które nam oświeconym liberałom się nie podobają. Oczywiście nie nazwiemy tego cenzurą tylko jakąś walką z mową nienawiści, czy fake newsami. 

Ewentualne ostateczne zwycięstwo Bidena sprawi, że wszelkie tamy puszczą, a Amerykanie będą sobie tylko przez szybę lizać swą Pierwsza Poprawkę do Konstytucji traktującą o wolności słowa. A za nimi cały świat, bo wiadomo, że co tam to i wszędzie. Wolność słowa zostanie zdławiona przez korporacje na rozkaz i ku uciesze liberalnych elit. To w ramach pełnej współpracy i symbiozy. Z punktu widzenia obywatela nie ma znaczenia, kto dławi wolność słowa – urząd na Mysiej w Warszawie, czy firma w Krzemowej Dolinie. Skutek jest ten sam. Trump jeszcze nie zdążył umrzeć, a już nikt się z niczym nie kryje. Schemat całkowitego zdławienia wolności słowa jest niezmiernie prosty. Nawet Państwo nie zauważą, jak zacznie w pełni działać. A jak się będą miały sprawy, opiszę państwu na pewnym przykładzie. 

Twitter to spółka, która od dawna cenzuruje wszystko, co konserwatywne i związane z prawicą. Co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. Jednym z argumentów jest to, iż oczywiście to prywatna spółka, więc może sobie blokować, albo i nie blokować, a jak się komu nie podoba, to niech sobie założy własnego Twittera. I tak „własny” Twitter został założony. Nazywa się Parler. Idea jest dokładnie taka sama jak w przypadku „Ćwierkacza”.  Amerykańska prawica, czy Republikanie, którzy mają dość cenzury na Twitterze zaczynają się masowo na Parlera przerzucać. Ale, ale nie ma to tamto. CNN już twierdzi, że Parler to zagrożenie dla demokracji i zaczyna prowadzić kampanię, by aplikacja nie była dostępna w telefonach komórkowych. I taki CNN wie, co mówi, i słów na wiatr nie rzuca. Otóż właścicielem stacji jest koncern AT&T jeden z największych operatorów telefonii komórkowej w Stanach Zjednoczonych i dostawca internetu. Do niego należy Warner Merdia z CNN, ale także ze stacjami i kanałami HBO, Cinemax i kilkunastoma innymi, kilka wytwórni filmowych, oraz magazyny prasowe jak „Time”, „Fortune”, czy „People”. Decyzją kilku osób z AT&T, czy Warner Media taki zagrażający demokracji Parler może z dnia na dzień zniknąć dla 1/3 Amerykanów. Nie podoba się, to sobie załóżcie własne AT&T. Pozostałe 2/3 mediowej Ameryki należy w praktyce do 2 innych firm.

Powoli wszędzie pękają też wszelkie normy estetyczne. Możemy już zapomnieć o Potędze Smaku Zbigniewa Herberta i jego słowach: 

 

lecz w gruncie rzeczy to była sprawa smaku

Tak smaku

w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia”

 

Tak wielu ludzi godzi się już, że na czele ruchu, który miałby obalić „reżim PiS” stoi prymitywne, ordynarne babsko, które prowadzi ku lepszemu pod hasłami „Wściekłe k…y”, „Wy…..ć”, „Je…ć”. Wyobrażamy sobie coś takiego w roku 1980, czy 1981. Wulgarne formy mają być teraz oznaką słusznego gniewu, znacznie gorętszego niż wtedy. Wygląda więc na to, że teraz jest gorzej niż 40 lat temu za komuny. Wierzę, że wiele osób w to wierzy. Na chwilę dostosuje się do poziomu; one są poje…e. Podobnie jak pani dziennikarka z CNN przyrównująca Trumpa do nazistów.

Bardzo źle dla świata zapowiadają się najbliższe lata, jeśli ostatecznym zwycięzca okażą się Biden i Harris. A to ze względu na to, co sobą reprezentują, na sposób, w jaki sięgają po władzę i co za sobą wloką.  Wbrew temu, co opowiadają media, to wyjątkowo marne postacie. Sam Biden, przewiduję, błyskawicznie zostanie odsunięty i tylko od kalkulacji propagandowych będzie zależało to, czy oficjalnie zastąpi go Harris, czy też pozwolą mu w Białym Domu dospać do końca kadencji. Za nimi zaś w pełnej symbiozie skrajna lewica od Sandersa, BLM, Ocasio Cortez, band Antify i w symbiozie z nimi zepsute elity gospodarcze i „intelektualne”. Wśród komentarzy dotyczących wyborów natknąłem się gdzieś na pochodzący od jednej z organizacji wenezuelskich imigrantów (nie pomnę gdzie i jak się ta organizacja nazywała). Wspominano własne doświadczenia sprzed 20 lat i naiwność, że jeśli się będzie mówić prawdę, jeśli obnaży się bezeceństwa rwącego się do władzy wówczas Hugo Chaveza, absurdy lewicowego programu, to ostatecznie wygra rozsądek i Wenezuela nie stanie się krajem socjalistycznym. A jednak dokonało się inaczej i dziś, to jeszcze 60 lat temu jedno z najbogatszych państw świata, należy do najbiedniejszych. W ciągu dwóch pokoleń i mniej niż życia przeciętnego człowieka z wielkiego bogactwa do upadlającej nędzy. Obawiam się, że na tą samą drogę wkracza Ameryka. Wspominałem wiele razy o tym – nie mam żadnych uprzedzeń rasowych, więc nie widzę zasadniczego powodu, by np. taka Hiszpania nie miała stoczyć się tak jak Wenezuela – Madryt pędzi tą samą co niegdyś Caracas ścieżką, że aż błoto spod podeszew pryska. Za skrajną pychę i arogancję uważam mniemanie, że taki nędzny los nie może spotkać ludów Europy i Ameryki Północnej, czyli naszego kręgu cywilizacyjnego. Niestety, ale słyszę werble postępu i stukot maszerujących w podkutych buciorach tolerancji, coraz równiejszej równości i sprawiedliwszej sprawiedliwsi społecznej. Wśród komentarzy na temat odejścia Trumpa słyszałem też taki dziękczynny, że teraz wszelkiej maści populistom zostanie odebrany tlen. To prawda. Coraz mniej jest przeszkód by od Lizbony po Helsinki, wszystko było urządzone wedle jednego sznytu. Ronald Reagan mówił, że jeśli kiedyś faszyzm zawita do Ameryki, to zrobi to pod przebraniem antyfaszyzmu.