Efekt Tuska i rozgrzebane fronty
Jerzy Wysocki 27.04.2017

Ostatni sondaż, w którym Platforma po raz pierwszy od wyborów wyprzedza PiS może zaskakiwać nawet samych zainteresowanych. A zwłaszcza tych wszystkich zawodowych i amatorskich analityków, którzy na Platformie postawili już krzyżyk, zerkając z nadzieją/niepokojem na fenomen .Nowoczesnej. Oczywiście jeden sondaż nic nie znaczy. Dobrze też wiemy jak chwiejny i kapryśny jest polski wyborca.

Polska polityka nauczyła nas, że rządzące partie przegrywają same ze sobą. Niezrealizowane obietnice, rozgrzebane plany, a przede wszystkim afery, i to niezależnie czy to poważna korupcja czy banalny zegarek lub ośmiorniczki. Założyć można nawet, że to drugie bardziej wpływa na wyobraźnię wyborcy. W dobie polityki komiksowej i Internetu, widok żołnierzy salutujących panu Misiewiczowi czy notorycznie rozbijanych rządowych limuzyn budzi większe zainteresowanie niż atrakcyjne graficznie prezentacje planów rozwoju gospodarczego wicepremiera Morawieckiego.

Ale jest też problem rozgrzebanych frontów, czyli próby wprowadzania tzw dobrej zmiany w zbyt wielu obszarach. Podobno odbyło się spotkanie władz PiS, na którym – jak ustalił jeden z dzienników – dojść miano do wniosku: za dużo, za ostro, za szybko. Chodzi o mocno kontrowersyjne projekty jak zakaz pigułki „dzień po”, ograniczenie kadencyjności władz samorządowych, projekt metropolii warszawskiej czy zmiany w sądownictwie. Wszystkie te projekty napotykają na sprzeciw istotnych grup społecznych czy zawodowych. Podobnie jak likwidacja gimnazjów, zakaz handlu w niedzielę czy unikalna polityka ekologiczna.  Za dużo pootwieraliśmy frontów – przyznać miał w rozmowie z „Faktem” członek władz PiS.

Gdy spełniano socjalne obietnice wyborcze ze sztandarowym projektem 500 plus czy obniżając wiek emerytalny, wszystko było OK. Problem w tym, że ludzie szybko się przyzwyczajają a przywileje traktują jak dobro należne. Gdy zaś czują, że coś im się odbiera, rodzi się bunt. I to nie tyle bunt organizowany przez opozycyjne partie, lecz – dla władzy – bardziej niebezpieczne, bunt spontaniczny, jak w przypadku „czarnego marszu” czy miliona podpisów pod referendum w sprawie gimnazjów.

Jeśli 95 procent mieszkańców Legionowa nie chce włączenia ich miasta do Warszawy, to jaki pożytek z pokazania takiego projektu? Projektu, który być może ma jakiś sens, ale sympatii rządzącym nie przynosi. Wprost przeciwnie, buduje opozycje. Opozycję słabą, bezbarwną i skonfliktowaną, ale liczącą na kolejne wpadki rządu, zwłaszcza te personalne i wizerunkowe, które widać najlepiej.

Jako konsultantowi public relations, nawet po kilku winach, nie przyszłoby do głowy aby wynik 1:27 dla Tuska nazwać sukcesem polskiej dyplomacji i witać panią premier kwiatami na lotnisku, jak złotego medalistę powracającego z mistrzostw Europy. Wezwanie zwycięskiego Tuska na ponad 8 godzinne przesłuchanie w sprawie dla ludzi zupełnie niezrozumiałej, sprowokowanie rywala do całodziennego spektaklu, w którym mógł zagrał sprawnie rolę prześladowanego, cenionego w całej Europie bohatera – totalna bezmyślność i wizerunkowa ignorancja.

To nie charyzmatyczna postać i porywające tłumy wystąpienia Grzegorza Schetyny wywindowały notowania Platformy. To szkolne błędy doświadczonych polityków PiS i Donald Tusk, który od dawna w polskiej polityce czynnie nie uczestniczy, ale widać komuś go brakuje…