Ekooszołomstwo rządzi
Łukasz Warzecha 28.04.2019

Co robi normalny człowiek, widząc kogoś, kto wlazł pod ciężarówkę i ogłasza, że się do niej przykleił? Pierwsza myśl: zadzwonić po karetkę wyposażoną w kaftan bezpieczeństwa. I jest to myśl absolutnie słuszna, aczkolwiek w dzisiejszych czasach może na nas sprowadzić oskarżenia o niedbanie o naszą planetę i przyszłość naszych dzieci. Co jedno ma z drugim wspólnego? Ano tyle, że być może trafiliśmy akurat na jednego z aktywistów grupy Extinction Rebellion.

 

Kilka dni temu sześcioro aktywistów skupionych pod tym szyldem w taki właśnie sposób zablokowało ciężarówkę na londyńskim Waterloo Bridge. Nie sprowadzono jednak karetki z wariatkowa, ale policję. Część aktywistów odeszła dobrowolnie. Jedna z pań oznajmiła policjantom, że bardzo chce jej się sikać, więc jeśli będą ją nieśli, to ich obsika. Poniechali. Jeden z aktywistów okazał się przyklejony do ciężarówki tak skutecznie, że odklejanie go trwało sześć godzin. To był jednak tylko jeden z elementów protestu, który obejmował blokowanie wielu punktów i arterii w brytyjskiej stolicy. W ten sposób Extinction Rebellion protestowało przeciwko aktywności człowieka, która ich zdaniem prowadzi do tak radykalnych zmian klimatu, że ludzkości grozi wyginięcie. Nie wiem, czy ktoś policzył, ile dodatkowo spalin wygenerowały samochody, stojące w korkach z powodu happeningu grupy. Na pewno trochę tego było. No, ale od ekooszołomów nie domagajmy się nawet podstawowej logiki. Fanatyzm ma to do siebie, że się nią nie posługuje.

A teraz czas na „łamiącą wiadomość”: jak z satysfakcją poinformowała „Gazeta Wyborcza”, Extinction Rebellion ukonstytuowało się również nad Wisłą.

Wspólnie też zdecydują, co zablokować w Warszawie, choć to jeszcze nie teraz. – Takie akcje, niestety, ale będą konieczne. Na razie stawiamy jednak na komunikację, dotarcie do ludzi, powiększenie naszych szeregów. I mniejsze happeningi – mówi Wereszczyński.

Wspólnie, bo – jak w porządnej, ideowej lewicy – ER jest zarządzane niczym komuna. Wspomniany Maciej Wereszczyński to jeden z aktywistów.

Najbliższa okazja do wzięcia udziału w ich happeningu już w sobotę [27 kwietnia]. O godz. 14 pod pomnikiem Kopernika zaczyna się Wiosenny Marsz Klimatyczny organizowany przez Earth Strike. Zanim jego uczestnicy przejdą pod Sejm, o godz. 14.20 odbędzie się akcja Die-in – uczestnicy położą się na ziemi, symbolizując wymieranie. Podobne akcje odbywają się na całym świecie, w Polsce w sześciu miastach.

Koncepcja z kładzeniem się na ziemi bardzo mi się podoba. Ułatwia też pracę policji, gdyby kładzenie się na ziemi było połączone z blokowaniem jakiejś ulicy – leżącego aktywistę łatwiej wynieść. Wymieranie aktywistów jest niestety tylko symboliczne, a przecież najlogiczniejszym sposobem uwolnienia ziemi od fatalnej aktywności człowieka, polegającej między innymi na wydalaniu dwutlenku węgla, byłoby wymieranie wcale nie symboliczne. Od dawna piszę, że ekooszołomstwo powinno dać wreszcie przykład, skutecznie przestając oddychać.

Z ER można, a nawet trzeba sobie żartować, nie ma bowiem lepszego sposobu skompromitowania idiotycznych pomysłów niż wykorzystanie potencjału głupoty, który prezentują same z siebie osoby je kolportujące. Tyle że ER to tylko jeden z przejawów większego problemu, który ma także poważniejsze odcienie.

Weźmy choćby taką Gretę Thunberg. 15-letnia Szwedka w sierpniu ubiegłego roku oznajmiła, że zamiast do szkoły, co piątek będzie przychodziła pod gmach szwedzkiego parlamentu protestować przeciwko rzekomej bierności władz w sprawie zmian klimatycznych. Namawiała też innych na strajk szkolny. W normalnych warunkach rodzice wzięliby panienkę w obroty, dali jej karę w postaci miesiąca bez internetu, żeby wybić z głowy głupoty i tyle by tego protestu było. Ale to Szwecja. Gdyby się tak zachowali, niechybnie zainteresowałby się nimi szwedzki urząd do spraw dzieci. Nie zainteresował się natomiast oczywiście tym, dlaczego rodzice pozwalają 15-latce chodzić pod parlament zamiast do szkoły. W końcu „wyrażała siebie”, i to w świętej sprawie ocalenia planety.

Thunberg tymczasem zrobiła na swoim rotacyjnym strajku nielichą karierę. Zapraszano ją, by występowała na wielu oficjalnych spotkaniach, w Szwecji przyznano jej tytuł Kobiety Roku, a nawet nominowano do Pokojowej Nagrody Nobla. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie fakt, że mamy tu do czynienia z przykładem jakiegoś skrajnego zidiocenia i dryfu w stronę złowrogiej pajdokracji. Bo przecież wygłaszane przez Thunberg tezy nie wykraczają poza oklepane banały i klisze bojowników o klimat. Trudno oczekiwać, żeby 15-letnia Szwedka zdawała sobie sprawę z tego, z jak skomplikowanymi mechanizmami gospodarczymi i społecznymi ma do czynienia. Traktowanie ze śmiertelną powagą klepiącej gotowce dziewczynki przez światowych przywódców pokazuje, że albo ich kaliber intelektualny jest porażająco mały, albo że boją się wystąpić przeciwko terrorowi ekoszmergla.

Happeningi ER czy fetowanie szwedzkiej nastolatki to tylko dwa przykłady spośród bardzo wielu przejawów jednej z najgroźniejszych dzisiaj ideologii: obsesji na punkcie klimatu i ochrony środowiska. Nie byłoby ani Thunberg, ani zapewne ER, gdyby politycy dawno już nie ulegli tej fatalnej modzie, podporządkowując zdrowy rozsądek i dobrobyt obywateli ekologicznej ideologii. Za czym, rzecz jasna, stoją też gigantyczne pieniądze i interesy, prawdopodobnie również ze strony państw z Zachodem rywalizujących. Bo przecież forsowanie niektórych rozwiązań wbrew rynkowi i logice skutkuje osłabieniem gospodarek i finansów. Gdy uchwalano unijny pakiet klimatyczny, Putin z kumplami z radości wychylali wódkę szklankami.

Przez moment można było mieć nadzieję, że teoretycznie konserwatywne rządy PiS nie poddadzą się tym trendom, ale stało się odwrotnie. Dostaliśmy dęty program produkcji auta elektrycznego, które – co dziś widać już całkiem wyraźnie – jest projektem całkowicie wirtualnym, ale za to popartym całkiem realnymi regulacjami dodatkowymi, czyli wprowadzeniem opłaty emisyjnej, stworzeniem możliwości wyznaczania stref niskoemisyjnego transportu w centrach miast czy narzuceniem na samorządowy kosztownych obowiązków, wynikających z ustawy o elektromobilności. Można odnieść wrażenie, że cała heca z elektrycznym autem służyła w gruncie rzeczy tylko jednemu celowi: osobistej karierze ministra Michała Kurtyki.

Już za rządów PiS nastąpiło zaostrzenie ustawy śmieciowej, stawiającej przed obywatelami i samorządami wzięte z sufitu wymogi, dotyczące selekcji odpadów. Zadziwiające, że w szeregach partii rządzącej nie znalazł się nikt, kto zachowałby dość zdrowego rozsądku, żeby głośno powiedzieć, że większość Polaków nie zastawi swoich kuchni sześcioma kubłami, żeby poświęcać godzinę dziennie na wykonywanie roboty, którą powinny wykonywać firmy utylizacyjne.

Polska była też gospodarzem szczytu COP24, podczas którego przedstawiciele rządu PiS prezentowali retorykę idealnie wpisującą się w ekologiczny bełkot. Co oczywiście nie zapobiegło krytyce z lewej strony – dla „GW” czy „Grinpicu” obecny rząd zawsze będzie robił za mało. Zresztą każdy będzie podobnie traktowany – wszak to typowy mechanizm równi pochyłej. Z punktu widzenia ekologicznych radykałów nigdy nie jest dość ekologicznie.

Kolejne wykwity złotej myśli ekologów są przekuwane w prawo na poziomie unijnym. Najnowszy tego przejaw to całkowicie absurdalny zakaz stosowania plastikowych utensyliów. Europa jest marginalnym źródłem tego typu zanieczyszczeń, a zakaz uderzy nie tylko w wygodę obywateli, ale też będzie miał bardzo konkretne skutki gospodarcze: upadek określonej liczby firm, większe koszty wszelkiego rodzaju imprez, gdzie jakieś utensylia trzeba będzie zastosować – ale tego przecież nikt nie liczył. Może poza tymi, którzy już kalkulują zyski, bo najpierw opracowali technologię produkcji „ekologicznych” sztućców, a potem postarali się poprzez lobbystów, żeby UE uchwaliła odpowiednie prawo. To oczywiście tylko moje przypuszczenie, ale naprawdę zdziwiłbym się, gdyby tacy szatani nie byli tu czynni.

UE narzuca też producentom samochodów kolejne, coraz bardziej restrykcyjne normy emisji spalin, co sprawia, że silniki stają się coraz mniejsze, coraz bardziej wysilone, a więc coraz bardziej awaryjne, obstawione bezużytecznymi technologiami w rodzaju systemów start-stop, które mają zapewnić, że na papierze wymagania zostaną spełnione, a które sprawiają, że klienci za nowe auto płacą więcej, a w zamian szybciej im się ono zepsuje. I wrócą po kolejne. To kolejny przykład manipulacji mechanizmami rynku, który bez tego preferowałby inne rozwiązania.

I ER, i Greta Thunberg, i opisane wyżej działania rządów i instytucji europejskich to elementy tej samej układanki. Najgorsze jest to, że ekologiczna ideologia została już tak skutecznie wprasowana w ludzkie mózgi na Zachodzie, że stała się dogmatem, który odwagę podważać mają tylko bardzo nieliczni – i próżno ich szukać wśród przedstawicieli głównych polskich sił politycznych. Przy czym, co ciekawe, PiS okazuje się w tej sferze gorszy od Platformy, bo w przeciwieństwie do niej nie tylko gada, ale też robi. Dla premiera Morawieckiego oficjalna ekologia jest bowiem elementem wizerunku, który ma w oczach naszych zagranicznych partnerów „ucywilizować” rządy PiS. Koszty tego piarowego zabiegu ponosimy wszyscy.

Co gorsza, po stronie konserwatywnej, zamiast zdecydowanej walki z atakiem ekolewactwa na wolny rynek, gospodarkę, dobrobyt i zdrowy rozsądek, pojawiają się coraz częściej pomysły, aby iść w stronę „zielonego konserwatyzmu”.

W 2008 roku ukazała się w Polsce książka ówczesnego prezydenta Czech Vaclava Klausa „Błękitna planeta w zielonych okowach”. Klaus analizował w niej, jak politycy poddają się dyktatowi ekologów, mimo że ci operują jedynie przypuszczeniami, spekulacjami, a czasem fałszywymi danymi – tymczasem koszty są jak najbardziej realne. Wygląda na to, że w Europie Klaus był ostatnim przywódcą, którego stać było na votum separatum wobec ekooszołomskiego dogmatu.