Ekspertoza
Łukasz Warzecha 11.07.2019

Ekspertoza to kolejna po celebrozie (o której niedawno pisałem) choroba polskiego życia publicznego. Z tym że o ile celebroza jest endemiczna, to ekspertoza już niekoniecznie. W różnym natężeniu występuje w różnych miejscach w świecie głównie zachodnim, gdzie debata publiczna rządzi się prawami typowymi dla obumierającego i często zdegenerowanego ładu liberalnego.

 

W ostatnim czasie w swojej publicystyce dużo miejsca poświęcam dwóm patologiom: miejskiemu aktywizmowi z jego samochodofobiczną odmianą oraz klimatyzmowi. W obu przypadkach mamy do czynienia z agresywnymi, bardzo daleko idącymi postulatami, wchodzącymi w sferę inżynierii społecznej. Obie grupy domagają się bezwarunkowej zmiany ludzkich nawyków, bez względu na koszty, twierdząc, że to jedyny sposób uratowania – odpowiednio: miast i planety. Obie grupy są nosicielami wirusa ekspertozy, która jest nie tylko dolegliwością, ale też sprytnym środkiem erystycznym, demagogicznym narzędziem, chętnie stosowanym dla uzyskania posłuchu.

W niezrównanej „Erystyce” Artur Schopenhauer opisuje argument z autorytetu. Takie jest właśnie źródło ekspertozy. W opublikowanym w poprzednim wydaniu tygodnika „Do Rzeczy” tekście o klimatycznym szwindlu przywołałem zeszłoroczne wystąpienie byłego członka IPCC (Międzyrządowego Panelu do spraw Zmian Klimatu) prof. Richarda Lindzena, który w lapidarnej formie przedstawił mechanizm polityczny, działający w kwestiach klimatycznych. Lindzen wymienił kilka czynników – między innymi wskazał, że politycy oczekują akceptacji naukowców, a prezentując się jako entuzjaści walki z globalnym ociepleniem – choć kompletnie nie rozumieją związanych z tym zagadnień naukowych – taką akceptację uzyskują i w jej cieple się ogrzewają. Tak działa ekspertoza.

Metoda jest prosta: jeżeli chcemy przedstawić swój subiektywny pogląd czy wręcz paradygmat w jakiejś sprawie jako niepodlegający dyskusji, przywołujemy odpowiednią liczbę opinii ekspertów, stwarzając wrażenie, że wspomniany paradygmat nie jest skutkiem arbitralnie przyjętych założeń, ale „opinii eksperckich”. Czyli że jest obiektywnym wnioskiem z bezstronnej i bezpoglądowej analizy niebudzących wątpliwości danych. Na ogromną część ludzi taki argument z autorytetu na sterydach działa bez pudła, szczególnie że w dzisiejszych czasach ma postać multimedialnych kampanii zasilanych z różnych hojnych źródeł, wieloetapowych działań lobbingowych, a także kampanii w mediach tradycyjnych i społecznościowych. Chodzi o efekt psychologiczny: odbiorcy dzielą się, najogólniej rzecz biorąc, na trzy grupy.

Pierwsza to ci, którzy, napędzani kompleksami, przyjmują bezdyskusyjnie „opinię ekspertów”, bo w ten sposób we własnym odczuciu stają się mądrzejsi i szlachetniejsi. Mądry ekspert, którego przyjmują jak gwiazdę „na Zachodzie” powiedział, że trzeba zakazać wjazdu samochodom do miasta, więc będę to powtarzał, a tym samym będę się sobie i innym wydawał choć trochę tak mądry, jak ów ekspert.

Druga grupa jest napędzana strachem przed konfrontacją i odrzuceniem. Jej członkowie mogą mieć ciche wątpliwości albo problem może ich w ogóle nie interesować, ale będą powtarzali wyuczone „eksperckie” kwestie, bo nie chcą się znaleźć na marginesie.

Wreszcie trzecia grupa, najmniej liczna, to samodzielnie myślący sceptycy, na których argumenty z autorytetu nie działają. Którzy sami je weryfikują, poddając przede wszystkim testowi zdrowego rozsądku, nawet jeżeli nie są specjalistami w danej dziedzinie. Wbrew zaś temu, co twierdzą nosiciele ekspertozy, w wielu przypadkach, zwłaszcza nauk społecznych, ów test sprawdza się doskonale.

Środowiska odwołujące się do ekspertozy reagują alergicznie na kilka oczywistych stwierdzeń.

Po pierwsze – w ogromnej części zagadnień zawsze znajdzie się ekspertów, którzy poprą dowolny pogląd. Encyklopedycznym wręcz przykładem były badania dotyczące szkodliwości masła. Opinia na jego temat w ciągu ostatnich kilkunastu lat zmieniała się kilkakrotnie. To samo dotyczy opinii na temat umiarkowanego picia alkoholu, w szczególności wina. Mniej więcej w tym samym czasie można było spotkać eksperckie opinie, mówiące o tym, że wino w umiarkowanych ilościach jest bardzo zdrowe oraz, że nawet w małych ilościach wyrządza straszliwe szkody i powoduje raka.

Po drugie – eksperci, w tym także naukowcy zajmujący się naukami ścisłymi, o naukach społecznych nie mówiąc, mają swoje poglądy polityczne czy społeczne. Twierdzenie, że jest inaczej, jest niedorzeczne. Oczywiście nie w każdym przypadku i nie w każdej dziedzinie te poglądy przekładają się na opinie ekspertów, ale sceptyk musi zakładać, że nie jest to rzadkość. Wiele zagadnień, który zajmują się eksperci, jest częścią tej czy innej agendy politycznej, więc ekspert o określonych politycznych sympatiach będzie w naturalny sposób starał się dostosować swoją działalność do wspomnianej agendy – zwłaszcza jeżeli w grę wchodzą też czynniki czysto materialne.

Po trzecie – eksperci, jak wszyscy, podlegają środowiskowym mechanizmom. Są wśród nich konformizm, mimikra, interesowność, oportunizm, chęć zrobienia kariery czy po prostu konieczność utrzymania się. Redakcja klimatystycznego portalu Nauka o Klimacie, replikując na mój artykuł w „Do Rzeczy”, użyła charakterystycznego dla klimatystów erystycznego chwytu: oznajmiła, że twierdzę, iż wśród naukowców jest jakiś „spisek”, po czym tę tezę wyśmiała. Oczywiście niczego takiego nie napisałem – napisałem jedynie to, co piszę również tutaj: że świat nauki rządzi się powszechnymi, opisanymi przez socjologów regułami, typowymi dla zamkniętych środowisk, w dodatku w większości zasilanych publicznymi lub prywatnymi pieniędzmi sponsorów, a nie zarabiającymi na siebie samemu. Twierdzenie, że naukowcy są wolni od cech, które przejawiają przedstawiciele dziesiątek innych grup zawodowych w swoich domenach, jest całkowicie absurdalne.

Po czwarte – ekspertoza celowo zaciera granicę między dwoma etapami aktywności: zbieraniem czystych danych i prezentowaniem wniosków. Zresztą już na etapie zbierania danych można dokonać takiego wyboru, jaki pasuje do tezy. Czymś całkiem natomiast innym od danych wyjściowych (załóżmy, że prawdziwych) jest doszukiwanie się między nimi zależności, a już kompletnie czym innym – prezentowanie wniosków. Nosiciele ekspertozy starają się zaprezentować ten proces jako jednolity, żeby sprawić wrażenie, że prezentowane korelacje oraz wnioski są tak samo „obiektywne”, mają tak samo twardą wartość, jak wyjściowe dane. Widać to znakomicie w narracji klimatystów: kłamliwie nazywają oni „faktami” zarówno wyjściowe dane, jak i hipotetyczne zależności pomiędzy nimi oraz wnioski, które z tych zależności wyprowadzają.

Po piąte – eksperci wychodzą często z określonego paradygmatu, przedstawiając go jako obiektywne kryterium, podczas gdy nie jest on niczym innym jak tylko arbitralnie przyjętym, a często ideologicznie motywowanym zestawem przekonań. Przykładem jest narracja miejskich aktywistów, którzy przywołują „eksperckie” stwierdzenia, że miasto, z którego wyrzuciło się samochody, zasadziło pierdyliard drzew, a ludność przesadziło na rowerki, jest „lepsze do życia”. Oczywiście nie istnieje nic takiego jak obiektywne kryterium „lepszości do życia”. Dla jednej osoby lepsze do życia będzie miasto jak z mokrego snu Jana Mencwela, dla innej – takie, gdzie wygodnie da się w dowolne miejsce dojechać autem i będzie gdzie je zaparkować. Rzecz czysto uznaniowa.

Na ekspertozę istnieje tylko jedno lekarstwo: zdrowy rozsądek. Nie można dać się sterroryzować ani oszołomić nazwiskami i tytułami ekspertów. Trzeba oddzielić poszczególne wątki ich wywodów, zwłaszcza sceptycznie podchodząc do arbitralnie formułowanych wniosków i zaleceń. Trzeba domagać się upraszczania sztucznie komplikowanego języka. Trzeba słuchać, ale słuchać sceptycznie, cały czas wzbudzając w sobie wątpliwości. Sceptycyzm jest naturalną postawą człowieka myślącego.